Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 180 181 182 183 184 185 186 187 188 ... 210
Перейти на страницу:

Do­wód­ca Sło­wi­ków zdą­żył jesz­cze rzu­cić okiem na tył ta­bo­ru, gdzie wi­dać było zwar­tą masę pie­cho­ty.

Aga­rze, miej nas w opie­ce, po­my­ślał, za­nim strza­ła tra­fi­ła go w twarz, i zwa­lił się na zie­mię.

* * *

— Ten ta­bor na pra­wym skrzy­dle po­wstań­ców od rana mnie za­sta­na­wiał, dzie­ci. Po cho­le­rę go tam usta­wi­li, je­śli mie­li czas na wy­ko­pa­nie so­lid­nych szań­ców? To nie­spo­dzian­ka Krwa­we­go Ka­hel­le dla Pani Pło­mie­ni. Da­le­kie Po­łu­dnie uży­wa wo­zów do obro­ny od za­wsze. — La­skol­nyk uśmie­chał się dzi­ko. — Ale tyl­ko do obro­ny. Nikt ni­g­dy nie pró­bo­wał tu ata­ko­wać ta­bo­rem. A wie­cie dla­cze­go?

Cho­le­ra, nie mie­li po­ję­cia.

— Sło­nie. Oko­pa­ne wozy chro­nio­ne przez rzę­dy pali, pu­łap­ki i rów mogą się przed nimi obro­nić, ale ru­cho­my ta­bor sło­nie roz­nio­sły­by w drza­zgi, bo te be­stie są tak sil­ne, że uży­wa się ich na­wet do wy­ła­my­wa­nia miej­skich bram, a ko­nie się ich pa­nicz­nie boją. Więc Ka­hel-saw-Kir­hu i Kor’ben Ol­he­war mu­sie­li roz­wią­zać dwa pro­ble­my. Pierw­szy nie był trud­ny, bo wozy moż­na ru­szyć siłą ludz­kich mię­śni. Ale dru­gi? Jak ode­przeć atak tych gi­gan­tów, gdy ta­bor wyj­dzie z prze­smy­ku i od­sło­ni bok? Sło­wi­ki nie po­zwo­lą im prze­cież bez­kar­nie ko­pać ro­wów, wbi­jać pali wo­kół ani roz­rzu­cać kol­ców czy be­lek na­bi­ja­nych gwoź­dzia­mi.

Kha-dar po­pa­trzył po nich, jak na­uczy­ciel po stu­den­tach i kon­ty­nu­ował.

— Za­pew­ne nie­wol­ni­cy opan­ce­rzy­li wozy moc­niej niż zwy­kle i za­mie­ni­li je w praw­dzi­we jeże. Może też li­czą na łucz­ni­ków z pło­ną­cy­mi strza­ła­mi. Kto wie? No cóż, co­kol­wiek wy­my­śli­li, mam na­dzie­ję, że to wy­star­czy. Ich wozy są bar­dzo cięż­kie, więc idą wol­niej niż wo­jen­na ka­ra­wa­na, co da Ko­no­wer­czy­kom czas na re­ak­cję. Ale nie będą prze­cież mu­sie­li je­chać ta­bo­rem wie­lu mil. Saw-Kir­hu musi tyl­ko ze­pchnąć Sło­wi­ki ze wzgó­rza, oskrzy­dlić Ba­wo­ły i otwo­rzyć so­bie dro­gę na ich tyły, a po­tem, ma­jąc jed­no skrzy­dło za­bez­pie­czo­ne ta­bo­rem, a dru­gie rze­ką, ude­rzyć wszyst­kim, co ma. Sko­ro nie może wy­grać bi­twy obro­ną, pró­bu­je, ata­ku­jąc.

La­skol­nyk umilkł, a po­tem uniósł pa­lec.

— Słu­chaj­cie. Za­czy­na się.

Rze­czy­wi­ście, obóz Ko­no­wer­czy­ków stra­cił cały spo­kój. Ofi­ce­ro­wie bie­ga­li tam i z po­wro­tem, wy­krzy­ki­wa­no roz­ka­zy, w ich polu wi­dze­nia prze­my­ka­ło co­raz mniej żoł­nie­rzy. Wy­glą­da­ło na to, że o cza­ar­da­nie za­po­mnia­no. W koń­cu.

Ka­ile­an wsta­ła i przy­wo­ła­ła do sie­bie Ber­de­tha.

— Uda mu się, kha-dar?

— A czy ja je­stem wróż­ką, có­ruch­na? To jest bi­twa. Te­raz czas na ruch Pani Oka.

* * *

— Prze­każ Wu­aro­wi Sam­po­re, że ma się wy­co­fać poza za­sięg strzał i cze­kać. Niech spie­szy po­ło­wę lu­dzi, sa­mych łucz­ni­ków, resz­ta kon­ni­cy ma być go­to­wa, by do­wo­zić im strza­ły. Kos­se po­de­śle mu tyle pie­cho­ty, ile da rady. Po­wie­dział, że co naj­mniej dzie­sięć Ko­tłów i ze dwa ty­sią­ce na­jem­ni­ków.

— Wy­ko­nam, pani!

Go­niec wsko­czył na ko­nia i po­cwa­ło­wał z roz­ka­za­mi. Ta­bor zbli­żał się ni­czym su­ną­ca na­przód ścia­na lawy, po­wo­li, lecz nie­po­wstrzy­ma­nie. Wuar Sam­po­re już dwu­krot­nie rzu­cił na nie­go swo­je Sło­wi­ki, efekt jed­nak był je­dy­nie taki, że set­ka jeźdź­ców do­go­ry­wa­ła wo­kół ru­cho­mej twier­dzy, a dwie set­ki zo­sta­ły ran­ne. Stra­ci­li też spo­ro koni.

Ale przy­naj­mniej dwu­krot­nie zmu­sił wro­ga do za­trzy­ma­nia się, więc na ra­zie wozy prze­by­ły tyl­ko po­ło­wę od­le­gło­ści do po­zy­cji Ko­no­wer­czy­ków. Gdy za­czną wspi­nać się na wzgó­rze, po­win­ny jesz­cze zwol­nić.

De­ana nie mia­ła cza­su się za­sta­na­wiać, jak to się sta­ło, że do­wo­dzi. Ja­kim cu­dem z ko­goś na kształt ma­skot­ki, może i oto­czo­nej uwiel­bie­niem czy kul­tem, lecz przede wszyst­kim ma­ją­cej pod­no­sić mo­ra­le, sta­ła się wo­dzem ar­mii. To chy­ba dla­te­go, że sto­ją­cy na wzgó­rzu Ma­ahir przy­cią­gał każ­de­go goń­ca, któ­ry w tym cha­osie i za­mie­sza­niu szu­kał szta­bu. Olu­wer ugrzązł w cen­trum, od­pie­ra­jąc ze swo­imi Ba­wo­ła­mi ko­lej­ne ata­ki nie­wol­ni­czej pie­cho­ty, Sam­po­re, sta­jąc na­prze­ciw zu­peł­nie no­wej tak­ty­ki wro­ga, wo­lał do­wo­dzić na miej­scu, a ona zo­sta­ła tu sama, i na­gle wszy­scy spo­dzie­wa­li się, że po­wie im, co mają ro­bić. I co naj­dziw­niej­sze, wy­ko­ny­wa­li jej roz­ka­zy.

Sy­tu­acja nie była zła. Pra­wie po­ło­wa jej sił wciąż cze­ka­ła w re­zer­wie, w tym ty­siąc Ba­wo­łów, dwa ty­sią­ce na­jem­ni­ków, trze­cia część żoł­nie­rzy Rodu Sło­wi­ka z całą za­cięż­ną jaz­dą oraz kor­pus sło­ni i kil­ka ty­się­cy nu­awa­chi. Wróg na­wet o krok nie ze­pchnął jej pie­cho­ty do tyłu, a przy rze­ce na­jem­ni­cy wciąż za­wzię­cie bro­ni­li się za li­nią wo­zów. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, w tej chwi­li za­gro­że­nie sta­no­wił je­dy­nie ta­bor nie­wol­ni­czy.

De­ana się­ga­ła po całą wie­dzę Pie­śniar­ki Pa­mię­ci. Opo­wie­ści o wiel­kich bi­twach na pół­no­cy ste­pów, mię­dzy ko­czow­ni­ka­mi a wę­dru­ją­cy­mi w ka­ra­wa­nach Wo­za­ka­mi, za­wsze koń­czy­ły się zwy­cię­stwem jaz­dy, któ­ra roz­strze­li­wa­ła ko­nie po­cią­go­we i zmu­sza­ła wro­ga do obro­ny. Po­tem nie­odmien­nie na­stę­po­wa­ło ob­lę­że­nie lub szturm. Tu jed­nak nie było koni, wozy naj­wy­raź­niej pcha­li lu­dzie, więc za­trzy­mać je trze­ba było ina­czej. Gdy­by nie kil­ka ty­się­cy pie­cho­ty to­wa­rzy­szą­ce wo­jen­nej ka­ra­wa­nie i kry­ją­ce się w za­się­gu jej strzel­ców, spra­wa by­ła­by prost­sza. Ale te­raz ta­bor osła­niał pie­cho­tę przed szar­żą jaz­dy, a pie­cho­ta wspie­ra­ła go, gdy do­cho­dzi­ło do wal­ki wręcz.

De­ana wie­dzia­ła, że może za­trzy­mać tego pan­cer­ne­go po­two­ra, je­śli rzu­ci na nie­go wszyst­ko, co ma. Jed­no­cze­sny atak Ba­wo­łów, na­jem­nej pie­cho­ty i Sło­wi­ków naj­pew­niej osa­dził­by ta­bor w miej­scu, ale ona wo­la­ła unik­nąć wal­ki na wy­czer­pa­nie. To ni­g­dy nie jest do­bra tak­ty­ka, gdy wróg ma wię­cej lu­dzi. Poza tym czu­ła, że to nie ko­niec nie­spo­dzia­nek, od­dzia­ły re­zer­wo­we mogą jej jesz­cze być po­trzeb­ne.

Więc cze­ka­ła na sło­nie.

A te wciąż szy­ko­wa­ły się do bi­twy. Do tej pory tyl­ko Ma­ahi­ro­wi za­ło­żo­no pan­cerz, resz­ta zwie­rząt sta­ła w obo­zie bez cięż­kich zbroi, żeby się nie mę­czyć. Do cho­le­ry – De­ana za­ci­snę­ła dło­nie na rę­ko­je­ściach sza­bel – ile to jesz­cze po­trwa?

Czas. Bra­ko­wa­ło jej cza­su na­wet na prze­su­nię­cie ma­chin do ostrza­łu ta­bo­ru. Umne­res po­słał na po­moc Sło­wi­kom kil­ku cza­ro­dziei, ale na ra­zie do­sta­li za­kaz ujaw­nia­nia się. Wy­ko­rzy­sta­ją ich ma­gię, gdy sło­nie będą go­to­we.

Niech pie­cho­ta wzmoc­ni to skrzy­dło.

I niech wresz­cie przy­le­cą pta­ki.

* * *

Uwa­re Lew odło­żył drąg i się­gnął po włócz­nię. Brzeg wy­ło­nił się przed nimi nie­spo­dzie­wa­nie, bo za­sło­na z dymu oka­za­ła się znacz­nie sku­tecz­niej­sza, niż są­dzi­li. Tra­twa siłą roz­pę­du wbi­ła się w ba­gni­sty grunt, a zgro­ma­dze­ni na dzio­bie wo­jow­ni­cy od razu za­czę­li rzu­cać na nie­go wiąz­ki ga­łę­zi, żeby nie za­paść się po ko­la­na w bło­cie. Chwi­la – i już pięć­dzie­się­ciu Uawa­ri Nahs zna­la­zło się na brze­gu.

1 ... 180 181 182 183 184 185 186 187 188 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)