Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 185 186 187 188 189 190 191 192 193 ... 210
Перейти на страницу:

A że sil­ne z nich były skur­wy­sy­ny, to spo­ro strą­ci­li na zie­mię i skłu­li ni­czym zwie­rzę­ta.

Luka w pierw­szym od­ru­chu rzu­cił się na­przód, ale za­raz cof­nął. To nie była wal­ka dla nie­go. Z na wpół spraw­ną ręką i za­wro­ta­mi gło­wy, któ­re znów go do­pa­dły, tyl­ko by prze­szka­dzał.

Co ja tu ro­bię, do cho­le­ry? Dla­cze­go za­wsze pcham się tam, gdzie mnie nie po­trze­bu­ją?

Z tyłu ta­bo­ru nad­bie­gły kom­pa­nie po­wstań­czej pie­cho­ty i ru­nę­ły na Ba­wo­ły, po­więk­sza­jąc za­mie­sza­nie. Ale Ko­no­wer­czy­cy od­sko­czy­li wresz­cie, zo­sta­wia­jąc z przo­du ta­bo­ru kil­ka­dzie­siąt tru­pów. Swo­ich i obroń­ców. Oraz bur­ty pra­wie cał­kiem ogo­ło­co­ne z pik.

Roz­le­gły się okrzy­ki, przez czo­ło­we wozy prze­mknę­ły se­rie roz­ka­zów i po­le­ceń, któ­rym to­wa­rzy­szy­ły wią­zan­ki prze­kleństw. Ale nie było w nich sły­chać ani pa­ni­ki, ani stra­chu. Kor’ben Ol­he­war po­ja­wił się mię­dzy żoł­nie­rza­mi i na­tych­miast ścią­gnię­to z wo­zów reszt­ki po­ła­ma­nych bam­bu­sów, a na ich miej­scu umiesz­czo­no nowe, rów­nie dłu­gie i ostre.

Luka za­śmiał się ci­cho na ten wi­dok, prze­peł­nio­ny mie­sza­ni­ną dumy i zło­śli­wej ra­do­ści. Ta­bor wiózł kil­ka ty­się­cy ta­kich drą­gów. Mo­gli uzu­peł­niać nimi te wy­rwa­ne z burt, mo­gli opa­lo­wać przed­po­le albo po­wią­zać je i użyć jako prze­no­śnych ko­złów prze­ciw jeź­dzie. Oto me­ekhań­ska prze­myśl­ność i wo­zac­ka za­po­bie­gli­wość w jed­nym.

Nie za­ła­twi­cie nas tak ła­two, su­cze syny!

No, da­wać! Po­każ­cie, co jesz­cze ma­cie!

Oczy­ści­li przed­po­le, a ta­bor drgnął i ru­szył na­przód.

— Lewa! Pra­wa! Lewa! Pra­wa! Rów­no!

Przy­szło mu do gło­wy, że sko­ro i tak na nic się tu nie przy­da, to wró­ci do obo­zu i po­mo­że w la­za­re­cie. Koło na pew­no bę­dzie mu wdzięcz­na.

Aż przy­sta­nął na tę myśl. Koło.

Jak mógł ją zo­sta­wić bez opie­ki?

Mu­siał wró­cić.

* * *

— Atak idzie za ata­kiem, pani. Dym za­snu­wa całe na­sze pra­we skrzy­dło i się­ga cen­trum, i ani ba­li­sty, ani ma­go­wie nie mogą nas już sku­tecz­nie wspie­rać, bo nic nie wi­dać. — Mło­dy go­niec stał obok ko­nia wy­prę­żo­ny ni­czym stru­na. — Af’ge­mid Olu­wer prze­ka­zu­je, że je­śli po­trze­ba tych za­sra­nych cza­ro­jeb­ców gdzie in­dziej, mo­żesz ich, Pani Oka, za­brać. Nam się nie przy­da­dzą.

Na­wet nie mu­sia­ła py­tać, czy do­wód­ca Ba­wo­łów na­praw­dę użył ta­kich słów. Sama, sto­jąc nie­co po­ni­żej szczy­tu wzgó­rza, wi­dzia­ła cale pole bi­twy i mo­gła so­bie wy­obra­zić, ja­kie emo­cje tar­ga­ły Kos­se Olu­we­rem. Od­le­gły o pra­wie pół mili ta­bor nie­wol­ni­ków wciąż pełzł na­przód i na­wet ko­lej­ne dwa ata­ki Ba­wo­łów le­d­wo go spo­wol­ni­ły.

Na szczę­ście przy­szły już wie­ści, że sło­nie są go­to­we. Za­raz na­dej­dzie pora na ich ruch.

— Do­brze. Po­wiedz mu, żeby po­de­słał tu­zin naj­bar­dziej zmę­czo­nych do mnie, resz­tę niech za­trzy­ma. I niech…

— Po­oożar! Ogień w obo­zie! — Dru­gi go­niec po­ja­wił się na­gle, bie­gnąc pie­szo, bez heł­mu i tar­czy, za to z czy­stym obłę­dem w oczach. — Pani, ata­ku­ją nas od tyłu! Uawa­ri Nahs i pie­cho­ta! Zdo­by­li ta­bu­ny po­cią­go­we, przy­wią­za­li im do ogo­nów wiąz­ki trzci­ny, pod­pa­li­li i po­gna­li na nas. A te­raz idą i wy­rzy­na­ją wszyst­ko na swo­jej dro­dze. Mój koń… mo­je­go ko­nia…

Chło­pak za­milkł i wy­da­wa­ło się, że za­raz się roz­pła­cze. A De­ana po­czu­ła, jak­by jed­no­cze­śnie przy­gniótł ją wiel­ki głaz i uro­sły skrzy­dła. Więc to była ostat­nia sztucz­ka Krwa­we­go Ka­hel­le. Cud­nie bez­czel­na i sza­lo­na. Ale ostat­nia. Te­raz już wie­dzia­ła o wszyst­kim, co za­pla­no­wał wódz wro­gich wojsk.

— Uspo­kój się. — Unio­sła dłoń i po­gro­zi­ła goń­co­wi pal­cem. — Ilu ich jest?

— Ttt-ty­sią­ce, pani, ty­sią­ce. Mój koń, Bla­dy… je­den z tych czar­nych de­mo­nów ob­ciął mu łeb. Jed­nym cio­sem, pani. Tu­ranh Omroe chciał ich za­trzy­mać, ale roz­bi­li jego od­dział i każ­dy Ko­cioł wal­czy te­raz sam!

Omroe był naj­wyż­szym ofi­ce­rem Ba­wo­łów i do­wo­dził dzie­się­cio­ma re­zer­wo­wy­mi Ko­tła­mi. Je­śli on zo­stał roz­bi­ty, to nie­wol­ni­ków z pew­no­ścią było wie­lu. Ale w obo­zie De­ana po­zo­sta­wi­ła dość woj­ska, by za­trzy­mać ten atak, na­wet je­śli bun­tow­ni­cy spa­lą wszyst­ko do go­łej zie­mi.

I na­gle do­tar­ło do niej, co chcą zro­bić ata­ku­ją­cy.

Pani Ła­ska­wa! To dla­te­go uży­wa­li zwie­rząt z pło­ną­cy­mi wiech­cia­mi przy­wią­za­ny­mi do ogo­nów. Je­dy­ną rze­czą, któ­rej sło­nie boją się za­wsze i wszę­dzie, jest ogień. Obo­zo­wi­sko sło­ni znaj­do­wa­ło się naj­da­lej od rze­ki, ale je­śli nie­wol­ni­cy prze­bi­ją się w jego po­bli­że…

Umysł De­any wy­peł­ni­ła wi­zja set­ki spa­ni­ko­wa­nych sza­rych gi­gan­tów prze­le­wa­ją­cych się przez wzgó­rze, by spaść na ple­cy ko­no­wer­skiej ar­mii i wdep­tać ją w zie­mię.

— Ty — wska­za­ła pierw­sze­go goń­ca — ru­szaj do Wu­ara Sam­po­re. Niech pchnie ko­pij­ni­ków i na­jem­ną jaz­dę na po­moc obo­zo­wi. Na­tych­miast. Mają ata­ko­wać bez zwło­ki. A ty, chłop­cze, pędź do nu­awa­chi, niech za­bio­rą sło­nie jak naj­da­lej stąd.

— Wy­ko­nam, pani! — wrza­snę­li jed­nym gło­sem.

Jesz­cze da­le­ko było do koń­ca tej bi­twy.

De­ana zer­k­nę­ła na pole przed sobą, gdzie kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy lu­dzi usi­ło­wa­ło wła­śnie po­za­bi­jać się na­wza­jem. A po­tem spoj­rza­ła da­lej na za­chód, za li­nię nie­wol­ni­czych oko­pów.

A może jed­nak nie.

Da­le­ko za li­nią wro­ga w nie­bo wzbi­ja­ły się ty­sią­ce barw­nych punk­tów, a każ­dy cią­gnął za sobą dłu­gą wstę­gę w ko­lo­rze żół­tym lub czer­wo­nym.

Pta­ki.

Na­resz­cie do­tar­li.

* * *

W ko­no­wer­skim obo­zie wrza­ła wal­ka. Od stro­ny rze­ki wiatr przy­no­sił kłę­by dymu, sły­chać było wrza­ski i szczęk bro­ni. Od­dział Ba­wo­łów, któ­ry ru­szył w tam­tą stro­nę na pierw­sze od­gło­sy bit­ki, prze­padł, za to kil­ka za­cięż­nych kom­pa­nii, któ­re za nim po­szły, prze­bie­gło przed chwi­lą przed na­mio­tem cza­ar­da­nu, roz­bi­tych i okrwa­wio­nych.

1 ... 185 186 187 188 189 190 191 192 193 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)