Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
A że silne z nich były skurwysyny, to sporo strącili na ziemię i skłuli niczym zwierzęta.
Luka w pierwszym odruchu rzucił się naprzód, ale zaraz cofnął. To nie była walka dla niego. Z na wpół sprawną ręką i zawrotami głowy, które znów go dopadły, tylko by przeszkadzał.
Co ja tu robię, do cholery? Dlaczego zawsze pcham się tam, gdzie mnie nie potrzebują?
Z tyłu taboru nadbiegły kompanie powstańczej piechoty i runęły na Bawoły, powiększając zamieszanie. Ale Konowerczycy odskoczyli wreszcie, zostawiając z przodu taboru kilkadziesiąt trupów. Swoich i obrońców. Oraz burty prawie całkiem ogołocone z pik.
Rozległy się okrzyki, przez czołowe wozy przemknęły serie rozkazów i poleceń, którym towarzyszyły wiązanki przekleństw. Ale nie było w nich słychać ani paniki, ani strachu. Kor’ben Olhewar pojawił się między żołnierzami i natychmiast ściągnięto z wozów resztki połamanych bambusów, a na ich miejscu umieszczono nowe, równie długie i ostre.
Luka zaśmiał się cicho na ten widok, przepełniony mieszaniną dumy i złośliwej radości. Tabor wiózł kilka tysięcy takich drągów. Mogli uzupełniać nimi te wyrwane z burt, mogli opalować przedpole albo powiązać je i użyć jako przenośnych kozłów przeciw jeździe. Oto meekhańska przemyślność i wozacka zapobiegliwość w jednym.
Nie załatwicie nas tak łatwo, sucze syny!
No, dawać! Pokażcie, co jeszcze macie!
Oczyścili przedpole, a tabor drgnął i ruszył naprzód.
— Lewa! Prawa! Lewa! Prawa! Równo!
Przyszło mu do głowy, że skoro i tak na nic się tu nie przyda, to wróci do obozu i pomoże w lazarecie. Koło na pewno będzie mu wdzięczna.
Aż przystanął na tę myśl. Koło.
Jak mógł ją zostawić bez opieki?
Musiał wrócić.
* * *
— Atak idzie za atakiem, pani. Dym zasnuwa całe nasze prawe skrzydło i sięga centrum, i ani balisty, ani magowie nie mogą nas już skutecznie wspierać, bo nic nie widać. — Młody goniec stał obok konia wyprężony niczym struna. — Af’gemid Oluwer przekazuje, że jeśli potrzeba tych zasranych czarojebców gdzie indziej, możesz ich, Pani Oka, zabrać. Nam się nie przydadzą.
Nawet nie musiała pytać, czy dowódca Bawołów naprawdę użył takich słów. Sama, stojąc nieco poniżej szczytu wzgórza, widziała cale pole bitwy i mogła sobie wyobrazić, jakie emocje targały Kosse Oluwerem. Odległy o prawie pół mili tabor niewolników wciąż pełzł naprzód i nawet kolejne dwa ataki Bawołów ledwo go spowolniły.
Na szczęście przyszły już wieści, że słonie są gotowe. Zaraz nadejdzie pora na ich ruch.
— Dobrze. Powiedz mu, żeby podesłał tuzin najbardziej zmęczonych do mnie, resztę niech zatrzyma. I niech…
— Pooożar! Ogień w obozie! — Drugi goniec pojawił się nagle, biegnąc pieszo, bez hełmu i tarczy, za to z czystym obłędem w oczach. — Pani, atakują nas od tyłu! Uawari Nahs i piechota! Zdobyli tabuny pociągowe, przywiązali im do ogonów wiązki trzciny, podpalili i pognali na nas. A teraz idą i wyrzynają wszystko na swojej drodze. Mój koń… mojego konia…
Chłopak zamilkł i wydawało się, że zaraz się rozpłacze. A Deana poczuła, jakby jednocześnie przygniótł ją wielki głaz i urosły skrzydła. Więc to była ostatnia sztuczka Krwawego Kahelle. Cudnie bezczelna i szalona. Ale ostatnia. Teraz już wiedziała o wszystkim, co zaplanował wódz wrogich wojsk.
— Uspokój się. — Uniosła dłoń i pogroziła gońcowi palcem. — Ilu ich jest?
— Ttt-tysiące, pani, tysiące. Mój koń, Blady… jeden z tych czarnych demonów obciął mu łeb. Jednym ciosem, pani. Turanh Omroe chciał ich zatrzymać, ale rozbili jego oddział i każdy Kocioł walczy teraz sam!
Omroe był najwyższym oficerem Bawołów i dowodził dziesięcioma rezerwowymi Kotłami. Jeśli on został rozbity, to niewolników z pewnością było wielu. Ale w obozie Deana pozostawiła dość wojska, by zatrzymać ten atak, nawet jeśli buntownicy spalą wszystko do gołej ziemi.
I nagle dotarło do niej, co chcą zrobić atakujący.
Pani Łaskawa! To dlatego używali zwierząt z płonącymi wiechciami przywiązanymi do ogonów. Jedyną rzeczą, której słonie boją się zawsze i wszędzie, jest ogień. Obozowisko słoni znajdowało się najdalej od rzeki, ale jeśli niewolnicy przebiją się w jego pobliże…
Umysł Deany wypełniła wizja setki spanikowanych szarych gigantów przelewających się przez wzgórze, by spaść na plecy konowerskiej armii i wdeptać ją w ziemię.
— Ty — wskazała pierwszego gońca — ruszaj do Wuara Sampore. Niech pchnie kopijników i najemną jazdę na pomoc obozowi. Natychmiast. Mają atakować bez zwłoki. A ty, chłopcze, pędź do nuawachi, niech zabiorą słonie jak najdalej stąd.
— Wykonam, pani! — wrzasnęli jednym głosem.
Jeszcze daleko było do końca tej bitwy.
Deana zerknęła na pole przed sobą, gdzie kilkadziesiąt tysięcy ludzi usiłowało właśnie pozabijać się nawzajem. A potem spojrzała dalej na zachód, za linię niewolniczych okopów.
A może jednak nie.
Daleko za linią wroga w niebo wzbijały się tysiące barwnych punktów, a każdy ciągnął za sobą długą wstęgę w kolorze żółtym lub czerwonym.
Ptaki.
Nareszcie dotarli.
* * *
W konowerskim obozie wrzała walka. Od strony rzeki wiatr przynosił kłęby dymu, słychać było wrzaski i szczęk broni. Oddział Bawołów, który ruszył w tamtą stronę na pierwsze odgłosy bitki, przepadł, za to kilka zaciężnych kompanii, które za nim poszły, przebiegło przed chwilą przed namiotem czaardanu, rozbitych i okrwawionych.