Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Złodziej postukał w drzwi, nasłuchując. Coś mu mówiło, że deski mają co najmniej trzy cale grubości…
Sięgnął po Moc, wlewając w ręce i nogi siłę i szybkość. I nagle, trzymając w ręku stylisko, poczuł dziką radość, szczęście i ekscytację. Jak nigdy wcześniej. Tańczące płomienie pochodni zamarły na chwilę, a on zamachnął się krótko, z przedramienia, jakby walczył kijem w portowej uliczce, i grzmotnął w drzwi. Dokładnie dwa cale od ich lewej krawędzi, może cal poniżej framugi. W miejscu, gdzie, jak zauważył przy poprzednich drzwiach, znajdował się pionowy pręt pełniący funkcję zawiasu.
Walnął obuchem, żeby ostrze nie ugrzęzło w drewnie, obrócił broń i uderzył na dole, symetrycznie, dwa cale od krawędzi, cal nad progiem. I zanim przebrzmiał odgłos drugiego uderzenia, Altsin cofnął się o krok i kopnięciem w środek wyłamał drzwi z zawiasów.
Wpadły do środka z takim impetem, że uderzyły o przeciwległą ścianę.
Któryś z żołnierzy wydał z siebie przeciągłe westchnienie i rzucił pełnym czci głosem:
— Niech mnie Byk wyrucha oboma rogami we włochate dupsko.
Złodziej musiał udać, że tego nie słyszy, bo miał pewność, że jeśli parsknie śmiechem, zabrzmi raczej piskliwie i nerwowo niż złowieszczo i groźnie. Wciąż czuł pulsowanie Mocy, uderzające do głowy jak wino, wciąż świat wokół niego zdawał się pogrążony w półpłynnym szkle, wolny i spokojny. A on tylko pragnął bojowego szału, krwi i walki. Pragnął… zamachnąć się toporem i poczuć, jak pod ostrzem pęka czyjś czerep… bo w czasie bitwy krew pachnie jak fiołki, a wyprute flaki mają aromat świeżo zaoranej ziemi. Poprzednio, gdy walczył i musiał odpierać czyjeś ataki, to była samoobrona, a nie prawdziwa bitwa. Lecz teraz ma ze sobą oddział druhów, a przed nim kuli się żałosny i godny pogardy nieprzyjaciel.
I jest blisko.
Altsin przeszedł przez próg, prosto w pogrążone w półmroku pomieszczenie, bardzo zresztą przypominające to z kręconymi schodami. Tylko zamiast schodów i klapy nad nimi w środku czekały kły i pazury.
Pierwszy potwór rzucił się na niego, ledwo złodziej zrobił krok za drzwi. Masywna bestia o ciele górskiego lwa, z głową wyposażoną w wilcze szczęki. Większe i mniejsze szczęki.
Schodząc z linii ataku, rąbnął ją z góry, oszczędnym ciosem, żeby ostrze przypadkiem nie ugrzęzło między kośćmi, a potem, wyrywając topór z czaszki, ustawił się przodem do kolejnego napastnika. Bestia oderwała się właśnie od ściany i jak szary cień ruszyła na niego gadzim sposobem, szorując brzuchem po podłodze i szeroko rozstawiając łapy.
Nie czekał, skoczył do przodu i potężnym uderzeniem z góry rozrąbał jej łeb, przygważdżając go do pokładu. Nie tracił czasu na wyrywanie topora, bo trzeci stwór – o ciele charta, tylko dwukrotnie większy niż jakikolwiek pies – sunął właśnie w powietrzu w jego stronę. Złodziej złapał go za przednie łapy, złamał je, jakby były suchymi gałązkami, obrócił się na pięcie i cisnął zwierzęciem o ścianę. Uderzyło z taką siłą, że rozpłaszczyło się na drewnie jak mokra szmata, po czym osunęło na posadzkę, zostawiając mokry ślad.
Altsin zamarł w bezruchu, nasłuchując. Trzy… były tylko trzy bestie. Jeszcze kilka uderzeń serca temu żywe i śmiertelnie niebezpieczne, a teraz martwe. I to my… on… ja… ja to zrobiłem. Te wszystkie dary – umiejętność walki toporem, którego nigdy wcześniej nie używał, podobny do tańca sposób poruszania się, gdzie żaden ruch nie jest zbędny, wiedza, w którym miejscu znajduje się kolejny wróg i jak go powalić – to wszystko było teraz częścią jego osoby. Bardziej niż pamięć ruchów, jakiej ciało nabiera po latach ćwiczenia szermierki, bardziej niż instynkty dzikiego zwierzęcia.
Dlaczego cię to dziwi?
W końcu Objąłeś duszę boga, który narodził się z…
Który powstał jako…
Upadł na kolana wstrząsany dreszczami, jak przez mgłę rejestrując to, że do pomieszczenia wlewa się strumień zbrojnych, że nagle otoczył go pierścień stali, ale żołnierze stoją plecami do niego, osłaniając własnymi tarczami i ciałami.
— W porządku? — Porucznik przepchnął się między strażnikami i przyklęknął. — Gdy mówiłem, żebyś mi pokazał, co umiesz, nie miałem na myśli zabijania tych stworów gołymi rękami.
Altsin zacisnął powieki, nie chcąc patrzeć na tę uśmiechniętą gębę.
— Ochhh — wystękał — zamknij się. I dddaj mi chwilę…
To walka, zrozumiał. Prawdziwe starcie na śmierć i życie, a nie jakaś potyczka z zagłodzonymi myśliwymi. Objąłeś duszę boga, ale żeby sięgnąć po jego wiedzę, wydrzeć sekrety, naprawdę się z nim połączyć, potrzebujesz tańca śmierci i krwi. Walki, gdy nie ma czasu na myślenie. Wtedy Objęcie jest pełne. Całkowite. Prawdziwe.
Nie chcę tego. Wielka Matko, Opiekunko Zagubionych, nie chcę tego. A Oum… Nagle ogarnął go pusty śmiech. Ty żałosny, przemądrzały, zasmarkany durniu. Ten bożek nadal tobą manipuluje. Wysłał cię w drogę, każąc szukać odpowiedzi, wskazówek do odkrycia prawdy o przeszłości świata, a tak naprawdę wiedział, że będziesz musiał tu walczyć i że w końcu pojmiesz, że nie ma różnicy między nim a tobą. Drzewny bożek i Bitewna Pięść, Pani Lodu czy Bliźnięta… Wszyscy narodzili się ze snów i marzeń zwykłych śmiertelników.
Wstał, chociaż zakręciło mu się w głowie, a wątłe światło pochodni niemiłosiernie drażniło oczy. Złodziej miał świadomość, że żołnierze patrzą na niego z pewnym szacunkiem, choć tak naprawdę niczego tu nie pokazał. Niczego.
— Są dwa wyjścia, panie poruczniku! — dobiegło spod ściany. — Jedno zamknięte, drugie nie. Dawajcie psy.
Psy weszły do środka zjeżone i spięte, powarkując na trupy stworów. Jasnowłosy strażnik uspokoił je kilkoma słowami i dał do powąchania kilka fragmentów materiału.
— Szukać.
Altsin wiedział, które drzwi zostaną wskazane, zanim psy ruszyły z miejsca. I wiedział też, że będą to te zamknięte. Zdawał też sobie sprawę, co znajduje się za nimi. Ten moment, w którym spłynęły na niego głębsze „dary”, dał mu taką wiedzę.