Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 182 183 184 185 186 187 188 189 190 ... 210
Перейти на страницу:

Zło­dziej po­stu­kał w drzwi, na­słu­chu­jąc. Coś mu mó­wi­ło, że de­ski mają co naj­mniej trzy cale gru­bo­ści…

Się­gnął po Moc, wle­wa­jąc w ręce i nogi siłę i szyb­kość. I na­gle, trzy­ma­jąc w ręku sty­li­sko, po­czuł dzi­ką ra­dość, szczę­ście i eks­cy­ta­cję. Jak ni­g­dy wcze­śniej. Tań­czą­ce pło­mie­nie po­chod­ni za­mar­ły na chwi­lę, a on za­mach­nął się krót­ko, z przed­ra­mie­nia, jak­by wal­czył ki­jem w por­to­wej ulicz­ce, i grzmot­nął w drzwi. Do­kład­nie dwa cale od ich le­wej kra­wę­dzi, może cal po­ni­żej fra­mu­gi. W miej­scu, gdzie, jak za­uwa­żył przy po­przed­nich drzwiach, znaj­do­wał się pio­no­wy pręt peł­nią­cy funk­cję za­wia­su.

Wal­nął obu­chem, żeby ostrze nie ugrzę­zło w drew­nie, ob­ró­cił broń i ude­rzył na dole, sy­me­trycz­nie, dwa cale od kra­wę­dzi, cal nad pro­giem. I za­nim prze­brzmiał od­głos dru­gie­go ude­rze­nia, Alt­sin cof­nął się o krok i kop­nię­ciem w śro­dek wy­ła­mał drzwi z za­wia­sów.

Wpa­dły do środ­ka z ta­kim im­pe­tem, że ude­rzy­ły o prze­ciw­le­głą ścia­nę.

Któ­ryś z żoł­nie­rzy wy­dał z sie­bie prze­cią­głe wes­tchnie­nie i rzu­cił peł­nym czci gło­sem:

— Niech mnie Byk wy­ru­cha obo­ma ro­ga­mi we wło­cha­te dup­sko.

Zło­dziej mu­siał udać, że tego nie sły­szy, bo miał pew­ność, że je­śli par­sk­nie śmie­chem, za­brzmi ra­czej pi­skli­wie i ner­wo­wo niż zło­wiesz­czo i groź­nie. Wciąż czuł pul­so­wa­nie Mocy, ude­rza­ją­ce do gło­wy jak wino, wciąż świat wo­kół nie­go zda­wał się po­grą­żo­ny w pół­płyn­nym szkle, wol­ny i spo­koj­ny. A on tyl­ko pra­gnął bo­jo­we­go sza­łu, krwi i wal­ki. Pra­gnął… za­mach­nąć się to­po­rem i po­czuć, jak pod ostrzem pęka czyjś cze­rep… bo w cza­sie bi­twy krew pach­nie jak fioł­ki, a wy­pru­te fla­ki mają aro­mat świe­żo za­ora­nej zie­mi. Po­przed­nio, gdy wal­czył i mu­siał od­pie­rać czy­jeś ata­ki, to była sa­mo­obro­na, a nie praw­dzi­wa bi­twa. Lecz te­raz ma ze sobą od­dział dru­hów, a przed nim kuli się ża­ło­sny i god­ny po­gar­dy nie­przy­ja­ciel.

I jest bli­sko.

Alt­sin prze­szedł przez próg, pro­sto w po­grą­żo­ne w pół­mro­ku po­miesz­cze­nie, bar­dzo zresz­tą przy­po­mi­na­ją­ce to z krę­co­ny­mi scho­da­mi. Tyl­ko za­miast scho­dów i kla­py nad nimi w środ­ku cze­ka­ły kły i pa­zu­ry.

Pierw­szy po­twór rzu­cił się na nie­go, le­d­wo zło­dziej zro­bił krok za drzwi. Ma­syw­na be­stia o cie­le gór­skie­go lwa, z gło­wą wy­po­sa­żo­ną w wil­cze szczę­ki. Więk­sze i mniej­sze szczę­ki.

Scho­dząc z li­nii ata­ku, rąb­nął ją z góry, oszczęd­nym cio­sem, żeby ostrze przy­pad­kiem nie ugrzę­zło mię­dzy ko­ść­mi, a po­tem, wy­ry­wa­jąc to­pór z czasz­ki, usta­wił się przo­dem do ko­lej­ne­go na­past­ni­ka. Be­stia ode­rwa­ła się wła­śnie od ścia­ny i jak sza­ry cień ru­szy­ła na nie­go ga­dzim spo­so­bem, szo­ru­jąc brzu­chem po pod­ło­dze i sze­ro­ko roz­sta­wia­jąc łapy.

Nie cze­kał, sko­czył do przo­du i po­tęż­nym ude­rze­niem z góry roz­rą­bał jej łeb, przy­gważ­dża­jąc go do po­kła­du. Nie tra­cił cza­su na wy­ry­wa­nie to­po­ra, bo trze­ci stwór – o cie­le char­ta, tyl­ko dwu­krot­nie więk­szy niż ja­ki­kol­wiek pies – su­nął wła­śnie w po­wie­trzu w jego stro­nę. Zło­dziej zła­pał go za przed­nie łapy, zła­mał je, jak­by były su­chy­mi ga­łąz­ka­mi, ob­ró­cił się na pię­cie i ci­snął zwie­rzę­ciem o ścia­nę. Ude­rzy­ło z taką siłą, że roz­płasz­czy­ło się na drew­nie jak mo­kra szma­ta, po czym osu­nę­ło na po­sadz­kę, zo­sta­wia­jąc mo­kry ślad.

Alt­sin za­marł w bez­ru­chu, na­słu­chu­jąc. Trzy… były tyl­ko trzy be­stie. Jesz­cze kil­ka ude­rzeń ser­ca temu żywe i śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ne, a te­raz mar­twe. I to my… on… ja… ja to zro­bi­łem. Te wszyst­kie dary – umie­jęt­ność wal­ki to­po­rem, któ­re­go ni­g­dy wcze­śniej nie uży­wał, po­dob­ny do tań­ca spo­sób po­ru­sza­nia się, gdzie ża­den ruch nie jest zbęd­ny, wie­dza, w któ­rym miej­scu znaj­du­je się ko­lej­ny wróg i jak go po­wa­lić – to wszyst­ko było te­raz czę­ścią jego oso­by. Bar­dziej niż pa­mięć ru­chów, ja­kiej cia­ło na­bie­ra po la­tach ćwi­cze­nia szer­mier­ki, bar­dziej niż in­stynk­ty dzi­kie­go zwie­rzę­cia.

Dla­cze­go cię to dzi­wi?

W koń­cu Ob­ją­łeś du­szę boga, któ­ry na­ro­dził się z…

Któ­ry po­wstał jako…

Upadł na ko­la­na wstrzą­sa­ny dresz­cza­mi, jak przez mgłę re­je­stru­jąc to, że do po­miesz­cze­nia wle­wa się stru­mień zbroj­nych, że na­gle oto­czył go pier­ścień sta­li, ale żoł­nie­rze sto­ją ple­ca­mi do nie­go, osła­nia­jąc wła­sny­mi tar­cza­mi i cia­ła­mi.

— W po­rząd­ku? — Po­rucz­nik prze­pchnął się mię­dzy straż­ni­ka­mi i przy­klęk­nął. — Gdy mó­wi­łem, że­byś mi po­ka­zał, co umiesz, nie mia­łem na my­śli za­bi­ja­nia tych stwo­rów go­ły­mi rę­ka­mi.

Alt­sin za­ci­snął po­wie­ki, nie chcąc pa­trzeć na tę uśmiech­nię­tą gębę.

— Ochhh — wy­stę­kał — za­mknij się. I dddaj mi chwi­lę…

To wal­ka, zro­zu­miał. Praw­dzi­we star­cie na śmierć i ży­cie, a nie ja­kaś po­tycz­ka z za­gło­dzo­ny­mi my­śli­wy­mi. Ob­ją­łeś du­szę boga, ale żeby się­gnąć po jego wie­dzę, wy­drzeć se­kre­ty, na­praw­dę się z nim po­łą­czyć, po­trze­bu­jesz tań­ca śmier­ci i krwi. Wal­ki, gdy nie ma cza­su na my­śle­nie. Wte­dy Ob­ję­cie jest peł­ne. Cał­ko­wi­te. Praw­dzi­we.

Nie chcę tego. Wiel­ka Mat­ko, Opie­kun­ko Za­gu­bio­nych, nie chcę tego. A Oum… Na­gle ogar­nął go pu­sty śmiech. Ty ża­ło­sny, prze­mą­drza­ły, za­smar­ka­ny dur­niu. Ten bo­żek na­dal tobą ma­ni­pu­lu­je. Wy­słał cię w dro­gę, ka­żąc szu­kać od­po­wie­dzi, wska­zó­wek do od­kry­cia praw­dy o prze­szło­ści świa­ta, a tak na­praw­dę wie­dział, że bę­dziesz mu­siał tu wal­czyć i że w koń­cu poj­miesz, że nie ma róż­ni­cy mię­dzy nim a tobą. Drzew­ny bo­żek i Bi­tew­na Pięść, Pani Lodu czy Bliź­nię­ta… Wszy­scy na­ro­dzi­li się ze snów i ma­rzeń zwy­kłych śmier­tel­ni­ków.

Wstał, cho­ciaż za­krę­ci­ło mu się w gło­wie, a wą­tłe świa­tło po­chod­ni nie­mi­ło­sier­nie draż­ni­ło oczy. Zło­dziej miał świa­do­mość, że żoł­nie­rze pa­trzą na nie­go z pew­nym sza­cun­kiem, choć tak na­praw­dę ni­cze­go tu nie po­ka­zał. Ni­cze­go.

— Są dwa wyj­ścia, pa­nie po­rucz­ni­ku! — do­bie­gło spod ścia­ny. — Jed­no za­mknię­te, dru­gie nie. Da­waj­cie psy.

Psy we­szły do środ­ka zje­żo­ne i spię­te, po­war­ku­jąc na tru­py stwo­rów. Ja­sno­wło­sy straż­nik uspo­ko­ił je kil­ko­ma sło­wa­mi i dał do po­wą­cha­nia kil­ka frag­men­tów ma­te­ria­łu.

— Szu­kać.

Alt­sin wie­dział, któ­re drzwi zo­sta­ną wska­za­ne, za­nim psy ru­szy­ły z miej­sca. I wie­dział też, że będą to te za­mknię­te. Zda­wał też so­bie spra­wę, co znaj­du­je się za nimi. Ten mo­ment, w któ­rym spły­nę­ły na nie­go głęb­sze „dary”, dał mu taką wie­dzę.

1 ... 182 183 184 185 186 187 188 189 190 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)