Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Wasza Wysokość – odezwał się Arganda. Stał obok Logaina, przywódcy Asha’manów i Haviena Nurelle, nowego dowódcy Skrzydlatej Straży. Talmanes z Legionu Czerwonej Ręki nadszedł z kilkoma saldaeańskimi dowódcami i Legionem Smoka. Ogir Elder Haman siedział na ziemi nieopodal; wpatrywał się w zachodzące słońce, wyglądając na oszołomionego. – Wasza Wysokość – mówił dalej Arganda – zdaję sobie sprawę, że uważasz bitwę za wielkie zwycięstwo…
– To jest wielkie zwycięstwo – przerwała mu Elayne. – Musimy przekonać ludzi, by patrzyli na to w taki właśnie sposób. Osiem godzin temu przypuszczałam, że cała moja armia zostanie wyrżnięta. A wygraliśmy.
– Kosztem utraty połowy armii – mruknął Arganda.
– Uznaję to za zwycięstwo – powiedziała z uporem Elayne. – Spodziewaliśmy się całkowitej zagłady.
– Jedynym zwycięzcą dzisiaj jest rzeźnik – rzekł cicho Nurelle. Wyglądał na udręczonego.
– Nie – odezwał się Tam al’Thor – ona ma rację. Nasi żołnierze muszą zrozumieć, co zdobyliśmy, nawet jeśli straciliśmy wielu ludzi. Musimy traktować to jako zwycięstwo. Tak zostanie zapisane w historii, a żołnierze muszą patrzeć na bitwę w ten sposób.
– To kłamstwo – rzekł Galad.
– Nie – odparł al’Thor. – Dziś straciliśmy wielu przyjaciół. Światłości, i to wszyscy. Ale to Czarny chce, byśmy koncentrowali się na śmierci. Zabraniam ci mówić, że się mylę. Musimy patrzeć w kierunku Światłości, a nie Cienia, albo zostaniemy zniszczeni.
– Wygrywając tę bitwę – powiedziała Elayne, dobitnie akcentując pierwsze słowo – zyskujemy czas. Zbierzemy się w Merrilorze, okopiemy się na naszych pozycjach i wykorzystując nasze wszystkie siły, staniemy do ostatecznej walki przeciwko Cieniowi.
– Światłości – wyszeptał Talmanes. – Będziemy przechodzili przez to wszystko jeszcze raz?
– Tak – odparła niechętnie Elayne.
Galad popatrzył na pole usłane ciałami poległych, potem zadrżał.
– Merrilor będzie gorszy. Światłości, pomóż nam… będzie gorzej.
33
Tabaka księcia.
Perrin ścigał Zabójcę po nieboskłonie.
Skoczył ze skłębionej, srebrno-czarnej chmury. Zabójca mignął przed nim niczym plama na czarnym jak węgiel niebie. Powietrze pulsowało uderzeniami błyskawic i wściekłymi powiewami wiatru. Różne zapachy prześladowały Perrina, i to bez żadnego logicznego powiązania między sobą. Błoto we Łzie. Spalone ciasto. Gnijące śmieci. Zwiędły kwiat lilii.
Zabójca wylądował na chmurze z przodu i przemieścił się, obracając się w okamgnieniu z napiętym łukiem w ręku. Strzała błyskawicznie przecięła powietrze, lecz Perrin zdołał ją strącić za pomocą swego młota. Wylądował na tej samej chmurze, co Zabójca. Wyobraził sobie, że pod stopami ma stałe podłoże i burzowa chmura przeistoczyła się w substancję stałą.
Perrin ruszył do przodu poprzez smolistoszarą mgłę, która stanowiła wierzchnią warstwę chmury, i zaatakował. Starli się. W rękach Zabójcy pojawiła się tarcza i miecz.
Młot Perrina miarowo walił w tarczę przeciwnika do rytmu uderzeń piorunów. Każde uderzenie powodowało huk.
Zabójca chciał uciec, lecz Perrin zdołał pochwycić go za skraj płaszcza. Ponieważ Zabójca próbował się wyślizgnąć, Perrin wyobraził sobie, że pozostają w miejscu. Wiedział, że to nastąpi. To nie była możliwość, to po prostu się stało.
Obaj zniknęli na moment we mgle, po czym wrócili na chmurę. Zabójca warknął, następnie zamachnął się mieczem, odciął kawałek swego płaszcza i uwolnił się. Odwrócił się i stanął twarzą w twarz z Perrinem. Uchylił się w bok, dzierżąc miecz w dłoniach. Chmura pod ich stopami zadrżała i światło widmowej błyskawicy oblało mgliste opary.
– Stajesz się coraz bardziej denerwujący, wilcze szczenię – powiedział Zabójca.
– Nigdy nie walczyłeś z wilkiem, który mógłby z tobą zwyciężyć – odrzekł Perrin. – Zabijałeś je z daleka. Rzeź była łatwa. Teraz próbujesz dopaść ofiarę, która ma zęby, Zabójco.
Przeciwnik parsknął.
– Jesteś niczym chłopiec bawiący się mieczem ojca. Niebezpieczny, ale kompletnie nieświadomy, dlaczego i jak używa się broni.
– Zobaczymy, kto… – zaczął Perrin, lecz Zabójca zaatakował mieczem.
Perrin przygotował się, wyobrażając sobie, że miecz staje się tępy, powietrze gęste, aby ruchy bronią były utrudnione, a skóra twardnieje, aby broń mogła się po niej ześlizgnąć.
Sekundę później Perrin poczuł, że spada.
„Głupiec!” – pomyślał. Tak bardzo skoncentrował się na ataku, że stracił czujność, gdy Zabójca zmienił podłoże. Perrin przeleciał przez huczącą chmurę, czując, jak wiatr szarpie jego odzienie. Przygotował się, oczekując deszczu strzał. Zabójca był tak przewidywalny…
Ale nic takiego nie nastąpiło. Perrin spadał przez pewien czas. Następnie zaklął, obrócił się i zobaczył grad strzał, które wznosiły się ku niemu z dołu. Perrin przemieścił się kilka sekund przed tym, jak strzały dotarły do miejsca, w którym był przed chwilą.
Spadał. Nie dbał o to, by spowolnić ten proces. Uderzył o ziemię, spotęgowawszy moc swego ciała, tak by poradzić sobie z upadkiem. Ziemia pękła. Wokół Perrina wytrysnęła fontanna pyłu.
Burza narastała. Znajdowali się gdzieś na południu, na terenie pokrytym zaroślami i pnączami winorośli, które wiły się wokół pni drzew. Ziemia w tych okolicach była zryta i pobrużdżona. Pioruny uderzały raz po raz i to tak często, że Perrin nie zdążył policzyć do trzech, a już pokazywała się kolejna błyskawica.
Deszcz nie nadchodził, a ziemia kruszyła się. Całe łańcuchy wzgórz wkrótce się rozpadną. Ten, który Perrin właśnie opuścił, zniknął niczym ogromna kupa pyłu, a smugę kurzu i piachu porwał wiatr.
Na powrót znalazł się w powietrzu, w którym pełno było odłamków gruzu. Polował na Zabójcę. Czyżby ten z powrotem przemieścił się do Shayol Ghul? Nie. Powietrze przecięły kolejne dwie zmierzające w kierunku Perrina strzały. Zabójca skutecznie sprawiał, że wiatr nie zakłócał toru ich lotu.
Perrin odbił strzały w bok i rzucił się w stronę Zabójcy. Dostrzegł go na szczycie wzgórza. Podłoże rozpadało się tam w każdym miejscu, a pył unosił się w powietrze.
Perrin ruszył w dół, kołysząc młotem. Zabójca przemieścił się, oczywiście, a młot uderzył w skałę z hukiem przypominającym uderzenie pioruna. Perrin warknął. Zabójca był zbyt szybki!
Ale on również był prędki. Wcześniej czy później któryś z nich się poślizgnie. Wystarczy, że stanie się to raz.
Dostrzegł poruszającego się w oddali Zabójcę i ruszył za nim. Przeskoczył na kolejny szczyt wzgórza. Kamienie pod jego stopami pękały, pył był wszechobecny. Wzór słabł. Jednakże wola Perrina była silniejsza teraz, gdy był w swym ciele. Nie musiał już dłużej się martwić, że wchodzi w sen zbyt głęboko i utraci samego siebie.
Kiedy się poruszył, świat wokół niego zadrżał. Zaraz potem Perrin ujrzał przed sobą morze. Zawędrowali znacznie dalej na południe, niż sądził. Czy byli w Illian? We Łzie?
Zabójca znalazł się na plaży, gdzie woda rozbijała się o skały; piasek – jeśli był tam kiedykolwiek – został rozwiany przez wiatr. Kraina wydawała się powracać do stanu pierwotnego – trawa rosła bujnie, a erozja gleby sprawiła, że pozostały tylko kamienie i rozbijające się o nie fale.
Perrin wylądował obok Zabójcy. Tym razem nie było przemieszczenia. Obaj mężczyźni skoncentrowani byli na walce młotem i mieczem. Metal dzwonił o metal.
Perrin o mało nie trafił – jego młot lekko dotknął odzienia Zabójcy. Usłyszał przekleństwo, ale w następnej chwili Zabójca wyprowadził cios toporem. Perrin przygotował się na to i przyjął cios, stając bokiem, jednocześnie sprawiając, że jego skóra stała się twardsza.