Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Przedłużająca się walka służyła Cieniowi. Kiedy Trolloki raz dotrą na południe, nie da rady ich powstrzymać. Mat uważał, że musi zwyciężyć lub przegrać szybko.
Tak, ostatni rzut kośćmi.
Mat wskazał miejsce na mapie, co do którego Bryne zrobił adnotację. Spotykały się w nim wzgórza i rzeki, co dawało dobry dostęp do wody.
– To miejsce? Merrilor? Używaliście go jako zaplecza?
Saerin cichutko zachichotała.
– Tak więc wracamy do miejsca, z którego rozpoczęliśmy, prawda?
– Są tam jakieś fortyfikacje – powiedziała Elayne. – Po jednej stronie zbudowano palisadę, a my możemy ją poszerzyć.
– Czegoś takiego potrzebujemy – oznajmił Mat, wyobrażając sobie bitwę w tym miejscu.
Merrilor umożliwiłby im znalezienie się w miejscu, do którego dotarłyby dwie armie Trolloków, mając nadzieję na zmiażdżenie ludzi w uścisku. To byłoby kuszące. Ale Mat uważał, że teren można byłoby znakomicie wykorzystać.
Tak. Byłoby tak jak podczas bitwy w Przesmyku Priya. Jeśli rozmieściliby łuczników wzdłuż klifów – nie, smoki – a Aes Sedai miałyby szansę na kilka dni odpoczynku…
Przesmyk Priya. Liczył na to, że wykorzysta dużą rzekę, by przy wylocie z Przesmyku pochwycić armię Hamarean w pułapkę. Kiedy już ją zastawiono, ta cholerna rzeka wyschła; Hamareańczycy postawili zaporę po drugiej stronie Przesmyku. „Lekcja, której nie zapomnę”.
– To zadziała – powiedział Mat, kładąc rękę na mapie. – Elayne?
– Niech tak będzie – rzekła. – Mam nadzieję, że wiesz, co robisz, Mat.
Kiedy to mówiła, w głowie Mata zaczęły grzechotać kości do gry.
Galad zamknął oczy Troma. Przez ponad godzinę poszukiwał jego ciała na polu bitwy pod Cairhien. Trom wykrwawił się i tylko rogi jego płaszcza pozostały białe. Galad oderwał z jego ramienia dystynkcje oficerskie – zdumiewająco czyste – i wstał.
Czuł się wykończony. Zaczął wracać, przemierzając pole bitwy i mijając poległych. Zleciały się wrony i kruki; pokryły cały teren za jego plecami. Falująca i drżąca ciemność pokryła grunt niczym pleśń. Z daleka wyglądało to tak, jakby ziemia była spalona. Leżało na niej mnóstwo padliny.
Od czasu do czasu Galad natykał się na ludzi takich jak on, którzy szukali pośród poległych ciał przyjaciół. Było zdumiewająco niewielu poszukiwaczy łupów – na nich właśnie trzeba było uważać. Elayne złapała kilku, którzy usiłowali wyślizgnąć się z Cairhien. Zagroziła, że ich powiesi.
„Zrobiła się twardsza” – pomyślał Galad, kierując się w stronę obozu. Wydawało mu się, że jego buty ważą tonę. „To dobrze.” Kiedy była dzieckiem, podejmowała decyzje, kierując się sercem. Teraz była królową i zachowywała się jak władczyni. Gdyby tylko mógł przywrócić do pionu jej poczucie moralności. Nie była złym człowiekiem, ale Galad chciałby, aby – jak inni władcy – widziała sprawy tak jasno, jak on.
Zaczynał akceptować, że rządzący tego nie robili. Zaczynał akceptować, że to było w porządku, jeśli robili, co w ich mocy. To, co miał w sobie i co umożliwiało mu widzenie słuszności spraw, było oczywistym darem Światłości i lekceważenie innych dlatego, że nie urodzili się z nim, było błędem. Podobnie jak lekceważenie kogoś z powodu faktu, że urodził się z jedną ręką i był w związku z tym gorszym szermierzem.
Wielu z tych, którzy przeżyli, siedziało na ziemi w tych nielicznych miejscach, gdzie nie było ciał poległych i krwi. Ci ludzie nie wyglądali jak zwycięzcy w bitwie, choć przybycie Asha’manów uratowało sytuację. Podstęp z lawą dał armii Elayne chwilę oddechu, którego potrzebowano, by się przegrupować i zaatakować ponownie.
Ta bitwa trwała krótko, lecz była bardzo brutalna. Trolloki nie poddały się i nie wolno im było załamać się i uciec. Toteż Galad i inni walczyli, krwawili i ginęli, nim okazało się, że zwyciężą. Teraz Trolloki były martwe. Pozostali przy życiu żołnierze siedzieli i patrzyli na pobojowisko ciał, jak gdyby odrętwiali na myśl, iż wśród tysięcy martwych można byłoby jeszcze znaleźć kilku żywych.
Zachodzące słońce i skłębione chmury sprawiały, że niebo przybrało czerwoną barwę, a na twarzach ludzi odbiła się krwawa poświata.
Galad dotarł wreszcie do długiego wzgórza, które rozdzielało dwa pola bitewne. Powoli wspiął się na nie, starając się odgonić myśl, jak wspaniale byłoby spocząć w łóżku. Albo na sienniku na podłodze. Albo na jakiejś płaskiej skale na uboczu, gdzie mógłby przykryć się swoim płaszczem.
Świeże powietrze na szczycie wzgórza wprawiło go w zdumienie. Tak długo wdychał odór krwi i śmierci, że teraz to czyste powietrze zdawało się mieć dziwny zapach. Potrząsnął głową, mijając żołnierzy Ziem Granicznych, którzy przechodzili przez bramy. Asha’mani byli zajęci spychaniem Trolloków na północ, tak by armia lorda Mandragoran mogła uciec.
Z tego, co słyszał Galad, z armii Ziem Granicznych pozostał zaledwie ułamek. Zdrada głównych dowódców została mocno odczuta zwłaszcza przez lorda Mandragoran i jego ludzi. Galada napawała zaś obrzydzeniem, bo ani jemu, ani nikomu z armii Elayne nie było łatwo podczas walki. To było straszne – i jakby tego było mało, armia Ziem Granicznych poniosła olbrzymie straty.
Galad patrząc ze szczytu wzgórza, jak wiele ptaków nadleciało, by ucztować na polu pokrytym ciałami poległych, czuł, że jego żołądek buntuje się. Sługi Czarnego padły w boju, a ci, którzy przetrwali, pożywiali się ciałami trupów.
Galad znalazł wreszcie Elayne. Jej porywcze słowa, wypowiedziane do Tama al’Thora i Argandy, zaskoczyły go.
– Mat ma rację – powiedziała. – Pole Merriloru jest doskonałym polem bitewnym. Światłości! Chciałabym, byśmy mogli dać ludziom więcej czasu na odpoczynek. Będziemy mieli tylko kilka dni albo najwyżej tydzień, nim Trolloki dotrą do Merriloru, podążając naszym śladem. – Potrząsnęła głową. – Powinniśmy byli przewidzieć nadejście Sharanów. Kiedy układ kart wydawał się dla Czarnego niekorzystny, było oczywiste, że wyłoży kilka nowych kart.
Zasady honoru Galada wymagały, by stał, podczas gdy Elayne rozmawiała ze swymi dowódcami. Tym razem jednak Galad odłożył honor w kąt, usiadł na stołku i pochylił się do przodu.
– Galad – powiedziała Elayne – naprawdę powinieneś zezwolić, by któryś z Asha’manów pomógł ci pozbyć się zmęczenia. Twój upór w traktowaniu ich jak wyrzutków jest głupotą.
Galad wyprostował się.
– Asha’mani nie mają tu nic do rzeczy – rzucił ostro. Zabrzmiało to kłótliwie. Był zmęczony. – Zmęczenie przypomina o tym, co utraciliśmy wczoraj. Moi ludzie muszą je znieść, i ja również, tak bym nie zapomniał, jak są wyczerpani i nie forsował ich zbyt mocno.
Elayne zmarszczyła brwi patrząc na niego. Galad już dawno przestał się martwić tym, że jego słowa mogłyby ją obrazić. Właściwie było tak, iż nie mógłby powiedzieć, że dzień był przyjemny, a herbata ciepła, nie ryzykując tym, że Elayne poczuje się obrażona.
Byłoby lepiej, gdyby Aybara nie uciekł. Ten człowiek był typem przywódcy – jednym z nielicznych, których Galad kiedykolwiek spotkał – z którym można było rozmawiać, nie obawiając się, iż poczuje się on urażony. Być może Dwie Rzeki byłyby dobrym miejscem, w którym Białe Płaszcze mogłyby mieć swą siedzibę.
Oczywiście, w przeszłości pomiędzy mieszkańcami Dwu Rzek i Białymi Płaszczami panowała wrogość, ale Galad mógłby nad tym popracować…
„Nazwałem ich Białymi Płaszczami” – pomyślał chwilę później. – „Tak właśnie myślałem o Dzieciach”. Minęło dużo czasu, odkąd zrobił to przez przypadek.