Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Atak Złego! – rozległ się nieopodal okrzyk Harnana.
Pozostałe ostrza – niektóre cienkie jak łodyga, inne mające szerokość ludzkiego ciała – rozorały ziemię. Faile rozpaczliwie próbowała opanować swe konie. Ruszyły w bok, obracając wóz i o mało go nie wywracając. Faile ściągnęła lejce.
Wokół zapanował szaleństwo. Ostrza przebijały ziemię. Jeden z wozów rozpadł się, gdy ostrza zniszczyły jego lewy bok. Żywność rozsypała się po suchej trawie. Niektóre konie oszalały ze strachu i wywróciły wozy. Kryształowe ostrza wciąż się pojawiały na całym pustym polu. Z pobliskiej wioski, leżącej przy końcu mostu prowadzącego z Tar Valon, słychać było krzyki.
– Brama! – krzyknęła Faile, wciąż walcząc ze swymi końmi. – Postaw ją!
Berisha odskoczyła w tył, bo ostrza przebiły ziemię wokół jej stóp. Popatrzyła na nie z pobladłą twarzą i dopiero wtedy Faile zrozumiała, że coś porusza się pomiędzy ostrzami.
Przypominało to dym. Kryształowe ostrze przebiło stopę Berishy. Krzyknęła, padając na kolana, podczas gdy na niebie pojawiło się pasmo światła. Dzięki, o Światłości, kobieta nie przerwała tkania i – wydawało się, że straszliwie powoli – pasmo światła obróciło się i powstał otwór, przez który mógł przedostać się duży wóz.
– Ruszamy przez bramę! – wrzasnęła Faile, ale jej głos zginął w zgiełku. Kryształy wyłoniły się z ziemi po lewej stronie, a grudki ziemi uderzyła ją w twarz. Konie zatańczyły, po czym ruszyły galopem. Nie chcąc ryzykować całkowitej utraty kontroli nad zwierzętami, Faile skierowała konie ku bramie. Nim jednak przez nią przeszły, Faile wstrzymała je stanowczo.
– Przez bramę! – krzyknęła do innych. Jej głos ponownie zginął w hałasie. Na szczęście Czerwone Ręce podchwycili jej okrzyk i popędzili wzdłuż załamującej się linii wozów, schwycili za lejce i pokierowali wozy ku portalowi. Inni żołnierze podnosili tych, którzy upadli na ziemię.
Harnan przejechał obok, wioząc Olvera. Za nim podążali Sandip i Setalle Anan, która przywarła do jego pleców. Kryształowych ostrzy było coraz więcej. Jeden wychylił się z ziemi obok Faile. Z przerażeniem stwierdziła, że dym wijący się pośród ostrzy przybierał kształt. Postacie mężczyzn i kobiet, którzy krzyczeli, jak gdyby schwytano ich w pułapkę.
Faile cofnęła się, zdumiona. Nieopodal ostatni ocalały wóz przejechał przez bramę.
Za chwilę pole będzie w całości pokryte kryształami. Ci z Czerwonych Rąk, którzy zostali z tyłu, pomagali rannym znajdującym się na grzbietach koni, lecz dwóch padło, gdy z ziemi wyłoniły się dwa kolejne ostrza. Trzeba było ruszać. Obok Faile pojawiła się Aravine, schwyciła lejce koni i poprowadziła wóz w bezpieczne miejsce.
– Berisha! – zawołała Faile. Aes Sedai klęczała obok portalu. Po jej bladej twarzy płynął pot. Faile zeskoczyła z wozu i schwyciła kobietę za ramię, podczas gdy Aravine przeprowadziła wóz przez bramę.
– Chodźmy – powiedziała Faile do Berishy. – Poniosę cię.
Berisha zachwiała się, potem padła, trzymając się za żołądek. Faile zdała sobie sprawę, że pomiędzy palcami kobiety cieknie krew. Berisha wpatrywała się w niebo, poruszając ustami, choć nie wydobywał się z nich żaden dźwięk.
– Pani! – Do Faile zbliżył się galopem Mandevwin. – Nie dbam, dokąd to prowadzi! Musimy przejść przez bramę!
– Co…
Urwała, bo Mandevwin schwycił ją w pasie i podciągnął w górę, podczas gdy kryształowe ostrza eksplodowały w pobliżu. Galopem przejechali przez bramę, która zamknęła się chwilę później.
Faile dyszała ciężko, gdy Mandevwin postawił ją na ziemi. Wpatrywała się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą widać było portal.
Jego słowa dopiero teraz do niej dotarły. „Nie dbam, dokąd to prowadzi…”
Mandevwin zauważył coś, czego ona w panice nie dostrzegła. Brama nie prowadziła ku Polu Merriloru.
– Gdzie… – wyszeptała Faile, przyłączając się do pozostałych, którzy wpatrywali się w przerażające otoczenie. Straszliwe gorąco, rośliny pokryte ciemnymi plamami, nieprzyjemny zapach w powietrzu.
Byli w Ugorze.
Aviendha przeżuwała swoje racje żywnościowe – chrupiące płatki owsiane z miodem. Smakowały nieźle. Bliskość Randa powodowała, że jedzenie przestawało się psuć.
Sięgnęła po butelkę wody, po czym zawahała się. Ostatnio piła mnóstwo. Rzadko myślała, jak bardzo cennym płynem była woda. Czyżby już zapomniała lekcję, którą dostała podczas powrotu do Ziemi Trzech Sfer, kiedy odwiedzała Rhuidean?
„O Światłości!” – pomyślała, unosząc butelkę do ust. – „Ale o co mam teraz dbać? Przecież to Ostatnia Bitwa!”
Usiadła na podłodze wielkiego namiotu Aielów w wiosce Thakan’dar. Znajdująca się obok Melaine przeżuwała swoją rację jedzenia. Melaine zbliżała się do rozwiązania; oczekiwała bliźniąt. Jej krągły brzuch wyraźnie rysował się pod suknią i szalem. O ile Pannom Włóczni nie wolno było walczyć w ciąży, o tyle Melaine zakazano wszelkich niebezpiecznych działań. Z własnej woli zgłosiła się do pracy w punkcie Uzdrawiania w Mayene – ale regularnie sprawdzała postępy bitwy. Wielu gai’shain przeszło przez bramy, by pomagać w jakiś sposób, choć wszystko, co mogli zrobić, to nosić wodę lub ziemię na wały, które Ituralde kazał wznosić, by dać obrońcom jakiś rodzaj ochrony.
W pobliżu posilała się grupa Panien Włóczni, rozmawiając za pomocą rąk. Aviendha mogła odczytać tę rozmowę, ale tego nie zrobiła. Przez to miałaby ochotę się do nich przyłączyć. Została wszak Mądrą i miała zapomnieć o swoim poprzednim życiu. To jednak nie oznaczało, że nie czuła odrobiny zazdrości. Skończyła posiłek i dołożyła drewnianą miskę do swego ekwipunku. Następnie wstała i wyślizgnęła się z namiotu.
Nocne powietrze było chłodne. Do wschodu słońca pozostała mniej więcej godzina, a okolica wyglądała jak Ziemia Trzech Sfer. Aviendha popatrzyła na górę, która dominowała nad doliną; nawet pomimo porannych ciemności widać było szczelinę prowadzącą w głąb wzniesienia.
Odkąd Rand wszedł do Szczeliny Zagłady, minęło wiele dni. Ituralde dotarł z powrotem do obozu ubiegłej nocy, opowiadając, iż zatrzymały go wilki i człowiek, który twierdził, że Perrin Aybara powierzył mu zadanie porwania Ituralde. Dowódca pozostawał pod ich kuratelą, ale wcale się na to nie uskarżał.
Trolloki nie atakowały doliny przez cały dzień, wciąż pozostając w przesmyku do niej prowadzącym. Cień wydawał się na coś czekać. Na szczęście do tej pory nie nastąpił atak Myrddraali. Ich ostatnią napaść z trudem udało się powstrzymać. Kiedy Bezocy pojawili się, by zabić obrońców przesmyku, Aviendha zwróciła się o pomoc do przenoszących; Myrddraale musiały zdać sobie sprawę, że pojawianie się w dużej liczbie było niemądre i kiedy tylko przenoszenie się rozpoczęło, uciekły.
Tak czy inaczej, Aviendha czuła wdzięczność za jakże rzadki moment odpoczynku i relatywnego spokoju, jaki nastąpił pomiędzy atakami. Wpatrywała się w szczelinę, wewnątrz której walczył Rand. Dobiegało stamtąd silne dudnienie; miało miejsce potężne przenoszenie. Na zewnątrz minęło kilkanaście dni, a wewnątrz? Dzień? Godziny? Minuty?
Panny Włóczni, które strzegły wejścia do szczeliny, po czterech godzinach służby zeszły z góry i okazało się, że minęło ich osiem.
„Musimy się trzymać” – pomyślała Aviendha. – „Musimy walczyć. Dać mu tyle czasu, ile zdołamy”.
Tyle dobrego, że wiedziała, iż Rand żyje. Wyczuwała to. I jego ból.
Odwróciła wzrok.
Wtedy dostrzegła kobietę przenoszącą w obozie. Było to słabe przenoszenie, ale Aviendha zaniepokoiła się. O tej porze, kiedy nie walczono, jedyne przenoszenie mogło mieć miejsce na terenie Podróżowania, a to obecne przebiegało gdzie indziej.