Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 176 177 178 179 180 181 182 183 184 ... 210
Перейти на страницу:

I co­dzien­nie, od pierw­sze­go dnia po­by­tu w ahy­rze, miał w ręku łuk.

Przez wie­le go­dzin na­pi­nał go i po­wo­li zwal­niał na­ciąg, nie wy­pusz­cza­jąc cię­ci­wy gwał­tow­nie, by nie uszko­dzić ra­mion bro­ni, bo za to do­sta­wa­ło się dwa­dzie­ścia ba­tów. Tre­no­wał, by utwar­dzić pal­ce i na­brać sił. Pierw­szy raz po­zwo­lo­no mu wy­pu­ścić strza­łę po sze­ściu mie­sią­cach ta­kich tre­nin­gów. Po­tem aż do czter­na­ste­go roku ży­cia uży­wał tyl­ko ćwi­czeb­nych łu­ków, choć to wła­śnie dzię­ki nim po­znał dwa­dzie­ścia czte­ry spo­so­by chwy­ta­nia i na­pi­na­nia cię­ci­wy, od naj­prost­szych, na dwa pal­ce, po ta­kie, w któ­rych uży­wa­no pier­ście­nia na kciuk.

Gdy skoń­czył dwa­dzie­ścia lat, po­tra­fił wy­strze­lić tu­zin strzał w mniej niż dwa­dzie­ścia ude­rzeń ser­ca, tra­fia­jąc za każ­dym ra­zem w cel śred­ni­cy trzech stóp z od­le­gło­ści po­nad stu jar­dów.

Po tym eg­za­mi­nie za­pro­po­no­wa­no mu, że Ród Sło­wi­ka wy­ku­pi jego ro­dzi­nę, tę daw­ną, nie­wol­ni­czą, by mo­gła pra­co­wać w ahy­rze. Od­mó­wił. Je­dy­ną ro­dzi­ną, jaką miał, byli jego to­wa­rzy­sze z gniaz­da i per­dii.

Gdy miał dwa­dzie­ścia czte­ry lata, prze­żył pierw­szy i ostat­ni kry­zys wia­ry. Wi­dział, jak Bia­łe Ko­no­we­ryn po­grą­ża się w cha­osie, w cza­sie gdy nie­wol­ni­cy w róż­nych czę­ściach księ­stwa pod­no­szą bunt. I wi­dział, jak Agar Od Ognia po­zwa­la, by La­we­ne­res, to śle­pe ksią­żąt­ko, nic z tym nie ro­bił. Grest Eiwi­re nie miał więc nic prze­ciw­ko, by Ob­rar z Kam­be­hii za­jął jego miej­sce. Sko­ro bóg, któ­re­go czcił tyle lat, miał wszyst­ko w du­pie, śmier­tel­ni­cy po­win­ni sami za­ła­twić pew­ne rze­czy.

A po­tem był świad­kiem, jak is­sar­ska dzi­ku­ska wspi­na się po scho­dach Świą­ty­ni Ognia, jak za­bi­ja naj­lep­sze­go szer­mie­rza Trzcin i wcho­dzi w Oko.

I po raz pierw­szy, od­kąd za­bra­no go do ahy­ry, za­pła­kał.

Oto znak.

Oto Pło­mień Aga­ra.

Bóg jed­nak nas nie opu­ścił.

A te­raz jego per­dia sta­ła pod pa­lą­cym słoń­cem na rów­ni­nie za­chod­nie­go Ko­no­we­ryn. Przed sobą w od­le­gło­ści oko­ło pię­ciu­set jar­dów mie­li oko­pa­ny ta­bor bun­tow­ni­ków, dwie­ście jar­dów po pra­wej – zwar­te sze­re­gi Ba­wo­łów. Te cięż­kie i nie­ru­cha­we tu­ma­ny jak do­tąd mia­ły naj­lep­szą za­ba­wę. Od­pie­ra­li atak za ata­kiem, po­szło ich już chy­ba z pięć albo sześć, usy­pa­li na­wet przed li­nią swo­ich tarcz cał­kiem spo­ry wał tru­pów. A Sło­wi­ki mu­sia­ły stać i pa­trzeć. Na­wet strza­ły nie wol­no im było po­słać na wro­ga.

Lecz roz­ka­zy wy­da­wa­ła Ona. Pani Oka. A to tak, jak­by wy­da­wał je sam Agar.

Na­gle usły­szał z tyłu szum, a po­tem sło­wa, na któ­re cze­ka­li od sa­me­go rana.

— Ude­rza­my. Uwa­ga, przy na­stęp­nym ata­ku ude­rza­my na skrzy­ło bun­tow­ni­ków. Go­to­wać się. Go­to­wać.

Nie było goń­ców wy­ma­chu­ją­cych ko­lo­ro­wy­mi fla­ga­mi ani prze­sad­ne­go za­mie­sza­nia. Roz­ka­zy przy­cho­dzi­ły słow­nie, prze­ka­zy­wa­ne z usta do ust, by ob­ser­wu­ją­cy ich z na­prze­ciw­ka wróg nie zo­rien­to­wał się, że coś szy­ku­ją. Do­pie­ro w ostat­niej chwi­li trąb­ki i bęb­ny rzu­cą ich do na­tar­cia.

Grest po­pra­wił się w sio­dle. Maj­dan łuku, któ­ry miał w ręku od wie­lu go­dzin, kle­ił mu się do dło­ni. Pół tu­zi­na strzał przy­trzy­my­wa­nych pal­ca­mi drża­ło. Jego per­dia była łucz­ni­cza, w od­dzia­łach ko­pij­ni­czych słu­ży­li star­si, naj­bar­dziej do­świad­cze­ni żoł­nie­rze. Ale cięż­ka jaz­da cze­ka­ła za wzgó­rzem, w cie­niu, by nie mę­czyć koni i lu­dzi. Ten atak bę­dzie na­le­żał do nich. Młod­szych i szyb­szych.

Bun­tow­ni­cy ru­szy­li do ko­lej­ne­go na­tar­cia. Kil­ka ty­się­cy po­wol­nej pie­cho­ty po­prze­dzo­nej ro­jem lek­ko­zbroj­nych. Tym ra­zem ba­li­sty nie mar­no­wa­ły po­ci­sków na oszczep­ni­ków i pro­ca­rzy, po­cze­ka­ły, aż ukry­te za rzę­da­mi cięż­kich tarcz ko­lum­ny wej­dą w za­sięg, i po­wi­ta­ły je za­bój­czą sal­wą.

Grest wi­dział, jak beł­ty i ka­mie­nie walą w pie­cho­tę nie­wol­ni­ków, oba­la­jąc lu­dzi i rzeź­biąc krwa­we bruz­dy w cia­snych sze­re­gach. Tar­czow­ni­cy nie cze­ka­li, aż ar­ty­le­rzy­ści prze­ła­du­ją, zła­ma­li szyk, i po­gna­li na­przód. Och, gdy­byż te­raz moż­na na nich ude­rzyć, spaść z boku, szy­jąc w roz­pro­szo­ne sze­re­gi strza­łę za strza­łą! A po­tem się­gnąć po sza­blę i wa­lić po łbach i ra­mio­nach, pchnąć płyt­kim szty­chem, stra­to­wać, wdep­tać w zie­mię ko­py­ta­mi…

Jesz­cze nie. Jesz­cze jest czas.

Na­cie­ra­ją­ca pie­cho­ta prze­bie­gła ze dwie­ście jar­dów i z po­wro­tem zwar­ła szyk. Mło­dy Sło­wik po­czuł na ten wi­dok coś na kształt sza­cun­ku. Nie mu­siał się tego wsty­dzić, Stro­fy wy­cho­wa­nia mó­wi­ły wy­raź­nie, że nie ma nic złe­go w po­dzi­wie dla spraw­no­ści bo­jo­wej wro­ga. Dzię­ki temu nie po­peł­nia się głu­pich błę­dów, a zwy­cię­stwo ma o wie­le słod­szy smak.

I znów, jak przy po­przed­nich ata­kach, lek­ka pie­cho­ta po ob­rzu­ce­niu Ba­wo­łów po­ci­ska­mi wy­co­fa­ła się, a cięż­ka na­tar­ła na ścia­nę ich pa­wę­ży. I znów był ło­mot, brzęk sta­li i głu­chy wrzask wy­do­by­wa­ją­cy się z ty­się­cy gar­deł. I znów Ba­wo­ły ugię­ły się lek­ko, cof­nę­ły o pół kro­ku, po czym wzmoc­ni­ły obro­nę w za­gro­żo­nych miej­scach i za­trzy­ma­ły wro­ga. A po­tem ode­pchnę­ły go o te pół kro­ku w tył i wbi­ja­jąc dol­ne kra­wę­dzie tarcz w zie­mię, za­ry­cza­ły zwy­cię­sko.

Nikt ich stąd nie ru­szy. Nikt i nic.

Grest na­uczył się już roz­po­zna­wać chwi­lę, gdy ata­ku­ją­cy od­sko­czą. To był ten mo­ment, gdy włócz­nie ko­no­wer­skiej pie­cho­ty okrwa­wia­ły się co­raz bar­dziej, a bez­sil­ne wa­le­nie o mur pa­wę­ży prze­bi­ja­ło się na­wet przez krzy­ki ran­nych i ko­na­ją­cych.

Te­raz. Bun­tow­ni­cy od­stą­pi­li od Ba­wo­łów, z po­cząt­ku co­fa­jąc się wol­no, po­tem co­raz szyb­ciej, w co­raz luź­niej­szym szy­ku. Lek­ka pie­cho­ta ru­szy­ła na­przód, by po­słać ostat­nie po­ci­ski, cięż­ka nie pró­bo­wa­ła jesz­cze zbie­rać się w zwar­te od­dzia­ły, wie­dząc, że cze­ka ją co naj­mniej jed­na sal­wa z ma­chin…

Po­wstań­cze od­dzia­ły prze­mie­sza­ły się do­kład­nie.

Z tyłu za­gra­ły Sło­wi­kom trąb­ki.

„Za Aga­ra i Ko­no­we­ryn! Na­przód!”

Grest Eiwi­re spiął ko­nia i ru­szył z miej­sca ra­zem z dwo­ma set­ka­mi swo­ich bra­ci z per­dii. Inne od­dzia­ły po­dą­ży­ły za nimi w skok, ale ich był pierw­szy. Po kil­ku­na­stu kro­kach prze­szli w kłus, po kil­ku­dzie­się­ciu w ga­lop. Po sko­sie, pro­sto w stro­nę ucie­ka­ją­cej pie­cho­ty.

Grest uniósł się w sio­dle, na­piął łuk. Pierw­sza strza­ła, dru­ga, trze­cia, czwar­ta, pią­ta. Każ­dą po­sy­łał co­raz bar­dziej pła­skim to­rem, co­raz pew­niej wy­bie­ra­jąc cele. Ostat­nią – szó­stą, tra­fił z od­le­gło­ści ja­kichś trzy­dzie­stu jar­dów w śro­dek pier­si chu­de­go wy­rost­ka, któ­ry wła­śnie pró­bo­wał za­krę­cić pro­cą, po czym jed­nym ru­chem umie­ścił łuk w łu­biach, wsu­nął lewą rękę w uchwyt tar­czy, a pra­wą wy­szarp­nął sza­blę.

1 ... 176 177 178 179 180 181 182 183 184 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)