Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
I codziennie, od pierwszego dnia pobytu w ahyrze, miał w ręku łuk.
Przez wiele godzin napinał go i powoli zwalniał naciąg, nie wypuszczając cięciwy gwałtownie, by nie uszkodzić ramion broni, bo za to dostawało się dwadzieścia batów. Trenował, by utwardzić palce i nabrać sił. Pierwszy raz pozwolono mu wypuścić strzałę po sześciu miesiącach takich treningów. Potem aż do czternastego roku życia używał tylko ćwiczebnych łuków, choć to właśnie dzięki nim poznał dwadzieścia cztery sposoby chwytania i napinania cięciwy, od najprostszych, na dwa palce, po takie, w których używano pierścienia na kciuk.
Gdy skończył dwadzieścia lat, potrafił wystrzelić tuzin strzał w mniej niż dwadzieścia uderzeń serca, trafiając za każdym razem w cel średnicy trzech stóp z odległości ponad stu jardów.
Po tym egzaminie zaproponowano mu, że Ród Słowika wykupi jego rodzinę, tę dawną, niewolniczą, by mogła pracować w ahyrze. Odmówił. Jedyną rodziną, jaką miał, byli jego towarzysze z gniazda i perdii.
Gdy miał dwadzieścia cztery lata, przeżył pierwszy i ostatni kryzys wiary. Widział, jak Białe Konoweryn pogrąża się w chaosie, w czasie gdy niewolnicy w różnych częściach księstwa podnoszą bunt. I widział, jak Agar Od Ognia pozwala, by Laweneres, to ślepe książątko, nic z tym nie robił. Grest Eiwire nie miał więc nic przeciwko, by Obrar z Kambehii zajął jego miejsce. Skoro bóg, którego czcił tyle lat, miał wszystko w dupie, śmiertelnicy powinni sami załatwić pewne rzeczy.
A potem był świadkiem, jak issarska dzikuska wspina się po schodach Świątyni Ognia, jak zabija najlepszego szermierza Trzcin i wchodzi w Oko.
I po raz pierwszy, odkąd zabrano go do ahyry, zapłakał.
Oto znak.
Oto Płomień Agara.
Bóg jednak nas nie opuścił.
A teraz jego perdia stała pod palącym słońcem na równinie zachodniego Konoweryn. Przed sobą w odległości około pięciuset jardów mieli okopany tabor buntowników, dwieście jardów po prawej – zwarte szeregi Bawołów. Te ciężkie i nieruchawe tumany jak dotąd miały najlepszą zabawę. Odpierali atak za atakiem, poszło ich już chyba z pięć albo sześć, usypali nawet przed linią swoich tarcz całkiem spory wał trupów. A Słowiki musiały stać i patrzeć. Nawet strzały nie wolno im było posłać na wroga.
Lecz rozkazy wydawała Ona. Pani Oka. A to tak, jakby wydawał je sam Agar.
Nagle usłyszał z tyłu szum, a potem słowa, na które czekali od samego rana.
— Uderzamy. Uwaga, przy następnym ataku uderzamy na skrzyło buntowników. Gotować się. Gotować.
Nie było gońców wymachujących kolorowymi flagami ani przesadnego zamieszania. Rozkazy przychodziły słownie, przekazywane z usta do ust, by obserwujący ich z naprzeciwka wróg nie zorientował się, że coś szykują. Dopiero w ostatniej chwili trąbki i bębny rzucą ich do natarcia.
Grest poprawił się w siodle. Majdan łuku, który miał w ręku od wielu godzin, kleił mu się do dłoni. Pół tuzina strzał przytrzymywanych palcami drżało. Jego perdia była łucznicza, w oddziałach kopijniczych służyli starsi, najbardziej doświadczeni żołnierze. Ale ciężka jazda czekała za wzgórzem, w cieniu, by nie męczyć koni i ludzi. Ten atak będzie należał do nich. Młodszych i szybszych.
Buntownicy ruszyli do kolejnego natarcia. Kilka tysięcy powolnej piechoty poprzedzonej rojem lekkozbrojnych. Tym razem balisty nie marnowały pocisków na oszczepników i procarzy, poczekały, aż ukryte za rzędami ciężkich tarcz kolumny wejdą w zasięg, i powitały je zabójczą salwą.
Grest widział, jak bełty i kamienie walą w piechotę niewolników, obalając ludzi i rzeźbiąc krwawe bruzdy w ciasnych szeregach. Tarczownicy nie czekali, aż artylerzyści przeładują, złamali szyk, i pognali naprzód. Och, gdybyż teraz można na nich uderzyć, spaść z boku, szyjąc w rozproszone szeregi strzałę za strzałą! A potem sięgnąć po szablę i walić po łbach i ramionach, pchnąć płytkim sztychem, stratować, wdeptać w ziemię kopytami…
Jeszcze nie. Jeszcze jest czas.
Nacierająca piechota przebiegła ze dwieście jardów i z powrotem zwarła szyk. Młody Słowik poczuł na ten widok coś na kształt szacunku. Nie musiał się tego wstydzić, Strofy wychowania mówiły wyraźnie, że nie ma nic złego w podziwie dla sprawności bojowej wroga. Dzięki temu nie popełnia się głupich błędów, a zwycięstwo ma o wiele słodszy smak.
I znów, jak przy poprzednich atakach, lekka piechota po obrzuceniu Bawołów pociskami wycofała się, a ciężka natarła na ścianę ich pawęży. I znów był łomot, brzęk stali i głuchy wrzask wydobywający się z tysięcy gardeł. I znów Bawoły ugięły się lekko, cofnęły o pół kroku, po czym wzmocniły obronę w zagrożonych miejscach i zatrzymały wroga. A potem odepchnęły go o te pół kroku w tył i wbijając dolne krawędzie tarcz w ziemię, zaryczały zwycięsko.
Nikt ich stąd nie ruszy. Nikt i nic.
Grest nauczył się już rozpoznawać chwilę, gdy atakujący odskoczą. To był ten moment, gdy włócznie konowerskiej piechoty okrwawiały się coraz bardziej, a bezsilne walenie o mur pawęży przebijało się nawet przez krzyki rannych i konających.
Teraz. Buntownicy odstąpili od Bawołów, z początku cofając się wolno, potem coraz szybciej, w coraz luźniejszym szyku. Lekka piechota ruszyła naprzód, by posłać ostatnie pociski, ciężka nie próbowała jeszcze zbierać się w zwarte oddziały, wiedząc, że czeka ją co najmniej jedna salwa z machin…
Powstańcze oddziały przemieszały się dokładnie.
Z tyłu zagrały Słowikom trąbki.
„Za Agara i Konoweryn! Naprzód!”
Grest Eiwire spiął konia i ruszył z miejsca razem z dwoma setkami swoich braci z perdii. Inne oddziały podążyły za nimi w skok, ale ich był pierwszy. Po kilkunastu krokach przeszli w kłus, po kilkudziesięciu w galop. Po skosie, prosto w stronę uciekającej piechoty.
Grest uniósł się w siodle, napiął łuk. Pierwsza strzała, druga, trzecia, czwarta, piąta. Każdą posyłał coraz bardziej płaskim torem, coraz pewniej wybierając cele. Ostatnią – szóstą, trafił z odległości jakichś trzydziestu jardów w środek piersi chudego wyrostka, który właśnie próbował zakręcić procą, po czym jednym ruchem umieścił łuk w łubiach, wsunął lewą rękę w uchwyt tarczy, a prawą wyszarpnął szablę.