Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 175 176 177 178 179 180 181 182 183 ... 210
Перейти на страницу:

Prze­mknę­ło jej na­wet przez gło­wę po­dej­rze­nie, że cią­gną ją i Ko­cy­ka ze sobą, by zło­żyć ich w ofie­rze swo­je­mu krwa­we­mu bogu. Lecz od­rzu­ci­ła tę myśl, przy­po­mi­na­jąc so­bie, jak nie­wie­le bra­ko­wa­ło, by za­bi­to i ją jej ka­na­loo, gdy od­wa­ży­ła się prze­mó­wić w krę­gu. Gdy­by mie­li zo­stać zło­że­ni w ofie­rze, ple­mię nie igra­ło­by tak z nimi, po pro­stu zwią­za­no by ich i przy­wle­czo­no na miej­sce.

Zresz­tą cóż to by była za ofia­ra, dwój­ka dzie­ci, wo­bec mo­rza krwi, któ­rą czwo­ro­rę­cy prze­le­wa­li po dro­dze.

Nie mia­ła jed­nak od­wa­gi za­py­tać o to Ust Zie­mi.

I wresz­cie, po wie­lu go­dzi­nach prze­dzie­ra­nia się przez hor­dy po­two­rów, gdy ich ar­mia stop­nia­ła o po­nad dwa ty­sią­ce wo­jow­ni­ków, a resz­ta w więk­szo­ści była ran­na, wy­szli na grzbiet ko­lej­ne­go wzgó­rza i uj­rze­li go.

Uwię­zio­ne­go boga.

To zna­czy zo­ba­czy­ła go Key’la, na pew­no też Usta Zie­mi, oraz garść tych, któ­rzy w taki czy inny spo­sób mie­li więk­szą wraż­li­wość na se­kre­ty świa­ta.

Bo prze­cież gdy­by wszy­scy va­ihi­ro­wie do­strze­gli Tho­we­tha, cała ich ar­mia pa­dła­by na ko­la­na, zdję­ta uwiel­bie­niem i gro­zą.

Key’la sama mia­ła na to ocho­tę, choć prze­cież nie był to jej bóg. Ani bóg żad­ne­go in­ne­go czło­wie­ka. Lecz pro­mie­niu­ją­ca od czer­wo­nej, czwo­ro­rę­kiej po­sta­ci bez­oso­bo­wa Po­tę­ga zda­wa­ła się pra­wie za­gi­nać wo­kół sie­bie świa­tło.

Wi­dzia­ła go od tyłu. Tho­weth stał pół­na­gi, z czte­re­ma rę­ko­ma unie­sio­ny­mi w górę. W trzech trzy­mał broń, miecz, to­pór i chy­ba krót­ką włócz­nię, czwar­ta, lewa dol­na, była za­ci­śnię­ta w pięść. To była poza wal­ki, poza gnie­wu i ru­chu, któ­ry naj­pew­niej miał na celu zdru­zgo­ta­nie fir­ma­men­tu. Bo bóg va­ihi­rów ob­ja­wił się tu jako ko­los, gi­gant się­ga­ją­cy gło­wą po­wa­ły nie­ba. Ja­kim cu­dem nie do­strze­gli go z da­le­ka? Dla­cze­go mu­sie­li po­dejść na za­le­d­wie kil­ka mil, nim z prze­strze­ni wy­ło­nił się za­rys jego syl­wet­ki?

— Po­win­ni­śmy do­strzec go wcze­śniej… — szep­nę­ła dziew­czyn­ka.

Usta Zie­mi po­krę­ci­ła gło­wą.

— To jest i nie jest praw­dzi­wy Tho­weth. Nasz bóg, tak jak twoi, nie jest gi­gan­tem wiel­ko­ści góry. To tyl­ko ema­na­cja Po­tę­gi, któ­rą dys­po­nu­je. Two­je i moje zmy­sły, wraż­li­we na Moc, usi­łu­ją nadać wła­ści­we pro­por­cja temu, co czu­ją. Tak jak małe dziec­ko, pa­trząc na ojca, wi­dzi ol­brzy­ma, tak my, spo­glą­da­jąc na boga w peł­nym ma­je­sta­cie, do­strze­ga­my po­stać, któ­ra nas przy­tła­cza.

— Jest cały czer­wo­ny…

— Dla cie­bie. Dla two­jej rasy czer­wień to sym­bol prze­mo­cy i krwi. Ja go wi­dzę jako zło­te­go gi­gan­ta.

— Zło­te­go?

— To ko­lor na­dziei, dziew­czyn­ko. Ni­g­dy jesz­cze nikt z na­szych nie do­tarł tak bli­sko. Wi­dzisz łań­cu­chy?

Wi­dzia­ła. Ogni­wa wy­glą­da­ją­ce jak zro­bio­ne z przy­dy­mio­ne­go szkła, któ­re peł­zły wo­kół kor­pu­su Tho­we­tha, owi­ja­ły się wo­kół jego szyi i – Key’la zmru­ży­ła oczy – po­ru­sza­ły się, lek­ko drża­ły.

Koń­ce łań­cu­cha tkwi­ły w dwóch skal­nych ko­lum­nach u stóp gi­gan­ta.

— Mu­si­my ze­rwać choć je­den z nich — po­wie­dzia­ła Usta Zie­mi ta­kim to­nem, jak­by cho­dzi­ło o zmia­nę ubra­nia.

Ze­rwać? Key’la nie wy­buch­nę­ła śmie­chem tyl­ko dla­te­go, że była zbyt zmę­czo­na. Łań­cu­chy, któ­re wię­żą boga?

Rozdział 40

Głu­pi lu­dzie po­wia­da­ją, że ta­kie rze­czy nie po­win­ny się zda­rzać. Nie, je­śli na świe­cie ist­nie­je coś ta­kie­go jak spra­wie­dli­wość, ład i po­rzą­dek. Lecz mą­drzy mó­wią, że nie ma co pła­kać nad roz­la­nym mle­kiem, a spra­wie­dli­wość i ład ist­nie­ją tyl­ko tam, gdzie lu­dzie są dość roz­sąd­ni i sil­ni, by je pie­lę­gno­wać.

Na­zy­wał się Grest i gdy za­bra­no go do ahy­ry, miał za­le­d­wie pięć lat. Ofi­cer Sło­wi­ków zwró­cił na nie­go uwa­gę, bo chło­piec bez stra­chu krę­cił się po staj­ni mię­dzy koń­mi wła­ści­cie­la, po­ma­ga­jąc ile sił w rę­kach. A ko­nie naj­wy­raź­niej go lu­bi­ły. Pan Gre­sta wspo­mniał Sło­wi­ko­wi, że ma jesz­cze jed­ne­go ta­kie­go sa­me­go mal­ca, ale ofi­cer mach­nął ręką. Był zmę­czo­ny i spra­gnio­ny, nie chciał tra­cić cza­su na oce­nia­nie ko­lej­ne­go gów­nia­rza. Kil­ka srebr­nych mo­net zmie­ni­ło więc wła­ści­cie­la, pod­pi­sa­no umo­wę i tego sa­me­go dnia za­smar­ka­ny i prze­ra­żo­ny Grest zna­lazł się w po­ko­ju z dwu­dzie­sto­ma in­ny­mi Pi­sklę­ta­mi.

Wszyst­kie­go tam było mało. Mało sien­ni­ków i ko­ców na noc, mało je­dze­nia, mało ubrań. Gdy­by wie­dział coś o Stro­fach wy­cho­wa­nia – li­czą­cym kil­ka­set lat pod­ręcz­ni­ku szko­le­nia Rodu Sło­wi­ka – roz­po­znał­by za­pew­ne treść pierw­sze­go roz­dzia­łu Od­dzie­lić wró­ble od so­ko­łów. Chłop­cy mu­sie­li wal­czyć mię­dzy sobą o wszyst­ko. Je­dze­nie, ubra­nie, miej­sce do spa­nia.

Naj­pierw na­uczył się, że nie wol­no pła­kać, bo płacz jest ozna­ką sła­bo­ści. Po­tem na­uczył się ko­pać, gryźć i wpy­chać pal­ce w oczy. A po­tem, że sa­mot­ność to głód i chłód. W kil­ka dni po­wsta­ły grup­ki wspie­ra­ją­ce się na­wza­jem, a ci, któ­rzy nie na­le­że­li do żad­nej, wy­li­zy­wa­li reszt­ki z garn­ków i spa­li na go­łej po­sadz­ce. Mar­nie­li, cho­ro­wa­li, zni­ka­li.

Po mie­sią­cu zo­sta­ło ich dwu­na­stu. I te­raz na­resz­cie sien­ni­ków, ko­ców i je­dze­nia wy­star­czy­ło dla wszyst­kich.

Za­czę­ło się szko­le­nie. Przy­szedł star­szy, co naj­mniej dzie­się­cio­let­ni chło­pak i po­wie­dział:

— To jest wa­sze nor­ste, wa­sze gniaz­do. Wa­sze gniaz­do na­zy­wa się Eiwi­re — wska­zał drew­nia­ną ta­blicz­kę nad drzwia­mi — i od tej chwi­li tak brzmi wa­sze na­zwi­sko. Je­ste­ście ro­dzi­ną.

Nie mi­nął rok, a za­po­mniał słów mo­dli­twy do Wiel­kiej Pani, któ­ra oka­za­ła się zwy­kłą bo­gin­ką nie­wol­ni­ków. Te­raz mo­dlił się do Aga­ra, Mą­dre­go, Pło­mien­ne­go Wład­cy Świa­tła. Tego, Któ­ry Nisz­czy Ciem­ność. Nim mi­nę­ły ko­lej­ne dwa lata, za­po­mniał twa­rzy ojca, mat­ki i bra­ci. Te­raz oj­cem był dla nie­go nad­zor­ca Pi­skląt w ahy­rze, męż­czy­zna po­staw­ny, po­tęż­ny, z wiel­ką siwą bro­dą i brzu­chem peł­nym głę­bo­kie­go śmie­chu. A ro­dzi­ną byli chłop­cy z gniaz­da.

Ćwi­czył co­dzien­nie, naj­pierw wal­kę ki­jem i pał­ką, po­tem no­żem, ta­sa­kiem i krót­kim kor­dem. Uczył się po­słu­gi­wać włócz­nią i rzu­cać oszcze­pem. W wie­ku dwu­na­stu lat otrzy­mał pierw­szą praw­dzi­wą sza­blę, w wie­ku czter­na­stu do­ło­żo­no mu buz­dy­gan o sze­ściu pió­rach i to­pór na dłu­gim trzon­ku oraz wpro­wa­dzo­no na­ukę po­słu­gi­wa­nia się lek­ką ko­pią.

Uczył się za­pa­sów i wal­ki na pię­ści, kop­nięć i pod­cięć. Uczył się wal­ki z ko­nia. Po­tra­fił, ga­lo­pu­jąc, po­chy­lić się w sio­dle i pod­nieść mo­ne­tę le­żą­cą na zie­mi, po­tra­fił w peł­nym cwa­le za­ło­żyć na sie­bie pi­ko­wa­ny ka­ftan i kol­czu­gę. Albo zdjąć, je­śli taki padł roz­kaz.

1 ... 175 176 177 178 179 180 181 182 183 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)