Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Przemknęło jej nawet przez głowę podejrzenie, że ciągną ją i Kocyka ze sobą, by złożyć ich w ofierze swojemu krwawemu bogu. Lecz odrzuciła tę myśl, przypominając sobie, jak niewiele brakowało, by zabito i ją jej kanaloo, gdy odważyła się przemówić w kręgu. Gdyby mieli zostać złożeni w ofierze, plemię nie igrałoby tak z nimi, po prostu związano by ich i przywleczono na miejsce.
Zresztą cóż to by była za ofiara, dwójka dzieci, wobec morza krwi, którą czwororęcy przelewali po drodze.
Nie miała jednak odwagi zapytać o to Ust Ziemi.
I wreszcie, po wielu godzinach przedzierania się przez hordy potworów, gdy ich armia stopniała o ponad dwa tysiące wojowników, a reszta w większości była ranna, wyszli na grzbiet kolejnego wzgórza i ujrzeli go.
Uwięzionego boga.
To znaczy zobaczyła go Key’la, na pewno też Usta Ziemi, oraz garść tych, którzy w taki czy inny sposób mieli większą wrażliwość na sekrety świata.
Bo przecież gdyby wszyscy vaihirowie dostrzegli Thowetha, cała ich armia padłaby na kolana, zdjęta uwielbieniem i grozą.
Key’la sama miała na to ochotę, choć przecież nie był to jej bóg. Ani bóg żadnego innego człowieka. Lecz promieniująca od czerwonej, czwororękiej postaci bezosobowa Potęga zdawała się prawie zaginać wokół siebie światło.
Widziała go od tyłu. Thoweth stał półnagi, z czterema rękoma uniesionymi w górę. W trzech trzymał broń, miecz, topór i chyba krótką włócznię, czwarta, lewa dolna, była zaciśnięta w pięść. To była poza walki, poza gniewu i ruchu, który najpewniej miał na celu zdruzgotanie firmamentu. Bo bóg vaihirów objawił się tu jako kolos, gigant sięgający głową powały nieba. Jakim cudem nie dostrzegli go z daleka? Dlaczego musieli podejść na zaledwie kilka mil, nim z przestrzeni wyłonił się zarys jego sylwetki?
— Powinniśmy dostrzec go wcześniej… — szepnęła dziewczynka.
Usta Ziemi pokręciła głową.
— To jest i nie jest prawdziwy Thoweth. Nasz bóg, tak jak twoi, nie jest gigantem wielkości góry. To tylko emanacja Potęgi, którą dysponuje. Twoje i moje zmysły, wrażliwe na Moc, usiłują nadać właściwe proporcja temu, co czują. Tak jak małe dziecko, patrząc na ojca, widzi olbrzyma, tak my, spoglądając na boga w pełnym majestacie, dostrzegamy postać, która nas przytłacza.
— Jest cały czerwony…
— Dla ciebie. Dla twojej rasy czerwień to symbol przemocy i krwi. Ja go widzę jako złotego giganta.
— Złotego?
— To kolor nadziei, dziewczynko. Nigdy jeszcze nikt z naszych nie dotarł tak blisko. Widzisz łańcuchy?
Widziała. Ogniwa wyglądające jak zrobione z przydymionego szkła, które pełzły wokół korpusu Thowetha, owijały się wokół jego szyi i – Key’la zmrużyła oczy – poruszały się, lekko drżały.
Końce łańcucha tkwiły w dwóch skalnych kolumnach u stóp giganta.
— Musimy zerwać choć jeden z nich — powiedziała Usta Ziemi takim tonem, jakby chodziło o zmianę ubrania.
Zerwać? Key’la nie wybuchnęła śmiechem tylko dlatego, że była zbyt zmęczona. Łańcuchy, które więżą boga?
Rozdział 40
Głupi ludzie powiadają, że takie rzeczy nie powinny się zdarzać. Nie, jeśli na świecie istnieje coś takiego jak sprawiedliwość, ład i porządek. Lecz mądrzy mówią, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, a sprawiedliwość i ład istnieją tylko tam, gdzie ludzie są dość rozsądni i silni, by je pielęgnować.
Nazywał się Grest i gdy zabrano go do ahyry, miał zaledwie pięć lat. Oficer Słowików zwrócił na niego uwagę, bo chłopiec bez strachu kręcił się po stajni między końmi właściciela, pomagając ile sił w rękach. A konie najwyraźniej go lubiły. Pan Gresta wspomniał Słowikowi, że ma jeszcze jednego takiego samego malca, ale oficer machnął ręką. Był zmęczony i spragniony, nie chciał tracić czasu na ocenianie kolejnego gówniarza. Kilka srebrnych monet zmieniło więc właściciela, podpisano umowę i tego samego dnia zasmarkany i przerażony Grest znalazł się w pokoju z dwudziestoma innymi Pisklętami.
Wszystkiego tam było mało. Mało sienników i koców na noc, mało jedzenia, mało ubrań. Gdyby wiedział coś o Strofach wychowania – liczącym kilkaset lat podręczniku szkolenia Rodu Słowika – rozpoznałby zapewne treść pierwszego rozdziału Oddzielić wróble od sokołów. Chłopcy musieli walczyć między sobą o wszystko. Jedzenie, ubranie, miejsce do spania.
Najpierw nauczył się, że nie wolno płakać, bo płacz jest oznaką słabości. Potem nauczył się kopać, gryźć i wpychać palce w oczy. A potem, że samotność to głód i chłód. W kilka dni powstały grupki wspierające się nawzajem, a ci, którzy nie należeli do żadnej, wylizywali resztki z garnków i spali na gołej posadzce. Marnieli, chorowali, znikali.
Po miesiącu zostało ich dwunastu. I teraz nareszcie sienników, koców i jedzenia wystarczyło dla wszystkich.
Zaczęło się szkolenie. Przyszedł starszy, co najmniej dziesięcioletni chłopak i powiedział:
— To jest wasze norste, wasze gniazdo. Wasze gniazdo nazywa się Eiwire — wskazał drewnianą tabliczkę nad drzwiami — i od tej chwili tak brzmi wasze nazwisko. Jesteście rodziną.
Nie minął rok, a zapomniał słów modlitwy do Wielkiej Pani, która okazała się zwykłą boginką niewolników. Teraz modlił się do Agara, Mądrego, Płomiennego Władcy Światła. Tego, Który Niszczy Ciemność. Nim minęły kolejne dwa lata, zapomniał twarzy ojca, matki i braci. Teraz ojcem był dla niego nadzorca Piskląt w ahyrze, mężczyzna postawny, potężny, z wielką siwą brodą i brzuchem pełnym głębokiego śmiechu. A rodziną byli chłopcy z gniazda.
Ćwiczył codziennie, najpierw walkę kijem i pałką, potem nożem, tasakiem i krótkim kordem. Uczył się posługiwać włócznią i rzucać oszczepem. W wieku dwunastu lat otrzymał pierwszą prawdziwą szablę, w wieku czternastu dołożono mu buzdygan o sześciu piórach i topór na długim trzonku oraz wprowadzono naukę posługiwania się lekką kopią.
Uczył się zapasów i walki na pięści, kopnięć i podcięć. Uczył się walki z konia. Potrafił, galopując, pochylić się w siodle i podnieść monetę leżącą na ziemi, potrafił w pełnym cwale założyć na siebie pikowany kaftan i kolczugę. Albo zdjąć, jeśli taki padł rozkaz.