Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Podmuchy wiatru poruszały nielicznymi gobelinami zdobiącymi ściany korytarza — wszystkie były w starym stylu i nosiły widoczne ślady wskazujące jednoznacznie, że wielokrotnie je zdejmowano i ponownie zawieszano. Dworu najwyraźniej nie zbudowano od razu w kształcie, jaki miał dziś, lecz rozbudowywano go sukcesywnie niczym farmerskie domy — wraz z większymi zyskami lub w razie potrzeby, czyli gdy rozrastała się rodzina. Dynastia Pendaloan nigdy nie wydawała się szczególnie majętna, chociaż zdarzały się okresy, kiedy była rzeczywiście liczna. Efekty można było dostrzec na mocno zniszczonych, staromodnych draperiach ściennych. Wszystkie gzymsy pomalowano na jaskrawe kolory — czerwień, błękit bądź też żółć — choć korytarze różniły się od siebie szerokością i wysokością, a czasem też krzyżowały się pod osobliwym, ukośnym kątem. Z okien, które kiedyś wychodziły na pola, rozciągał się obecnie widok na dziedzińce. Przy oknach znajdowały się wysokie ławeczki, na których niczego nie stawiano, ażeby nie przesłaniać słońca. Z niektórych części dworu do innych prowadziły jedynie zadaszone kolumnady, z których widać było jeden z tych dziedzińców. Kolumny najczęściej wykonywano z drewna i również pokrywano farbą w wyrazistym kolorze, nielicznym zaś dodatkowo dodawano rzeźbienia.
Na jednym z tych przejść, przyozdobionym grubymi, zielonymi kolumnami, stały dwie siostry i wpatrywały się w dół, na ruchliwy dziedziniec. W każdym razie patrzyły nań w momencie, gdy Cadsuane otworzyła drzwi prowadzące na kolumnadę. Jedna z kobiet, Beldeine, podniosła na Cadsuane wzrok i zesztywniała, po czym poprawiła szal zakończony zielonymi frędzlami, który nosiła dopiero niecałe pięć lat. Była ładna, jej oblicze z wydatnymi kośćmi policzkowymi i nieco skośnymi brązowymi oczyma nie zyskało jeszcze typowej dla Aes Sedai bezwiekowości i wyglądała nawet na młodszą niż Min, zwłaszcza kiedy posłała wchodzącej szybkie, lodowate spojrzenie. Sekundę później odwróciła się i pospiesznie ruszyła w przeciwnym kierunku.
Jej towarzyszka, siostra imieniem Merise, uśmiechnęła się z kolei z rozbawieniem, nieznacznie przesuwając na ramionach szal z zielonymi frędzlami. A przecież Merise, wysoka kobieta z włosami sczesanymi w tył z bladej twarzy, nie należała do osób, które często się uśmiechają.
— Beldeine zaczyna się martwić, że do tej pory nie połączyła jeszcze więzią żadnego Strażnika — zauważyła z wyraźnym taraboniańskim akcentem, kiedy Cadsuane zatrzymała się obok niej. Tym niemniej jej niebieskie oczy patrzyły teraz ponownie na dziedziniec. — Zastanawia się nad połączeniem więzią z Asha’manem, o ile jakiegoś znajdzie. Kazałam jej porozmawiać z Daigian. Jeśli rozmowa nie pomoże jej, pomoże przynajmniej Daigian.
Wszyscy Strażnicy, których przywiozły tu z sobą siostry, zebrali się obecnie na wyłożonym kamienną posadzką dziedzińcu. Wszyscy nosili — mimo zimna — tylko koszule z długim rękawem, większość siedziała na pomalowanych, drewnianych ławkach i przyglądała się, jak dwóch z nich ćwiczy z drewnianymi mieczami. Jahar, jeden z trzech Strażników Merise, był przystojnym młodzieńcem o przyciemnionej przez słońce cerze. Srebrne dzwoneczki przymocowane do końców jego dwóch długich warkoczy zabrzęczały, gdy mężczyzna z furią zaatakował swego przeciwnika. Jahar poruszał się w taki sposób, jakby walczył czarną lancą. Nie było nawet śladu wiatru, a jednak ośmioramienna gwiazdka, którą Cadsuane miała we włosach, wyraźnie się poruszała. Niczym złoty kompas... Cadsuane podniosła rękę i zatrzymała ozdobę, gdyż wyraźnie czuła jej wibrowanie. Wtedy zrozumiała! Tak, tak, Jahar był Asha’manem. Cadsuane pojęła ten fakt, chociaż gwiazda nie wskazała jednoznacznie na niego, jedynie dała do zrozumienia, że w jej pobliżu znajduje się mężczyzna, który potrafi przenosić Moc. Cadsuane odkryła już wcześniej, że gwiazda drży tym silniej, im więcej jest w jej otoczeniu mężczyzn z umiejętnością przenoszenia. Przeciwnik Jahara, bardzo wysoki, barczysty osobnik cechujący się kamiennym obliczem i splecionym skórzanym rzemieniem na siwiejących skroniach, przytrzymującym długie do ramion włosy, nie był wprawdzie Asha’manem, lecz potrafił być nieubłagany. Lan niby nie poruszał się szybko, ale jakby... płynął. Zawsze zdążył odparować swoim ostrzem z powiązanych rózg uderzenie miecza Jahara, który — choć młodszy — ani razu nie zdołał go dosięgnąć.
Nagle drewniane ostrze Lana trafiło bok Jahara z głośnym trzaskiem. Gdyby cios został zadany stalą, Asha’man padłby martwy. Jahar wciąż jeszcze cofał się przed siłą tego uderzenia, podczas gdy Lan płynnym ruchem wrócił do poprzedniej pozycji i trwał w gotowości z długim ostrzem uniesionym pionowo w rękach. W tym momencie wstał Nethan, inny Strażnik Merise. Szczupły mężczyzna, lekko posiwiały na skroniach, dość wysoki, chociaż i tak o dłoń lub więcej niższy od Lana. Jahar odprawił go jednak machnięciem ręki i znów podniósł ćwiczebne ostrze, głośno domagając się kolejnego ataku.
— Czy Daigian jakoś się trzyma? — spytała Cadsuane.
— Radzi sobie lepiej, niż się spodziewałam — przyznała Merise. — Dużo przebywa w swoim pokoju, a płacze jedynie w tajemnicy. — Przesunęła wzrok od mężczyzn z mieczami ku pomalowanej na zielono ławce, na której siedział Strażnik Verin — krępy, siwowłosy Tomas — obok osobnika niemal łysego, z wyjątkiem kępki białych włosów. — Damer chciał spróbować ją Uzdrowić, jednakże Daigian odmówiła. Może nigdy wcześniej nie miała Strażnika, lecz wie, że żałoba po zmarłym stanowi część wspomnienia po nim. Jestem zaskoczona, że Corele w ogóle rozważała coś takiego.
Potrząsając głową, Tarabonianka wróciła do obserwacji Jahara. Strażnicy innych sióstr właściwie jej nie interesowali, przynajmniej nie w takim stopniu jak jej trzej.
— Asha’mani — o, ci to się smucą. Tak jak Strażnicy. Sądziłam, że Jahar i Damer może tylko poszli za przykładem innych, jednakże z tego, co mówił Jahar, wynika, że właśnie takie są ich zwyczaje. Nie wtrącałam się oczywiście, widziałam wszakże, że popijali, wspominając młodego Strażnika Daigian, Ebena. Ani razu nie wymienili jego imienia, ale na stole postawili na jego części puchar pełen wina. Bassane i Nethan wiedzą, że każdego dnia mogą umrzeć i godzą się z tym faktem. A Jahar wręcz wyczekuje śmierci, tak, tak, powiedziałabym, że codziennie jej wyczekuje. Każdą godzinę traktuje zapewne jako swoją ostatnią.
Cadsuane ledwie się powstrzymała przed zerknięciem na swoją towarzyszkę. Merise nieczęsto wygłaszała tak długie przemowy. Jej rysy były gładkie, postawa niewzruszona, tym niemniej coś w jej zachowaniu denerwowało.
— Wiem, że myślisz o więzi z nim — zauważyła łagodnie, wpatrując się w dziedziniec. Rozmowa z Aes Sedai o jej Strażniku wymagała delikatności. Z tego też względu Cadsuane patrzyła wyłącznie na dziedziniec i marszczyła brwi. — Uwierzyłaś już, że młody al’Thor odniósł sukces w Shadar Logoth? Twoim zdaniem naprawdę zdołał oczyścić ze skazy męską połowę Źródła?
Corele także się zastanawiała nad więzią z Damerem, jednak Żółte tak bardzo skupiały się na swoich daremnych wysiłkach zrozumienia, jak przy użyciu saidara dokonać tego, co Rand zrobił z saidinem, że Corele nie zauważyłaby skazy Czarnego, nawet gdyby ją połknęła. Szkoda, że sama Cadsuane nie otrzymała szala na przykład pięćdziesiąt lat później... Wówczas również związałaby jednego z tych mężczyzn i nie musiałaby nikogo wypytywać o takie rzeczy. Jednak różnica pięćdziesięciu lat wiele zmieniała. Nie doszłoby do śmierci Norii w jej małym domku na Czarnych Wzgórzach i Cadsuane Melaidhrin pewnie wcale nie trafiłaby do Białej Wieży. Jej historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Przede wszystkim bez wątpienia nie znalazłaby się w okolicznościach choćby przypominających obecne. Dlatego musiała zadawać takie pytania. Zadawała więc je delikatnie i spokojnie czekała na odpowiedź.