Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Daremnie.
— Ghorny! — przeleciało między szeregami czwororękich. — Ghorny!
— To znaczy „pasterze” — wyjaśniła półgłosem Usta Ziemi. — Ci są najgorsi.
Jednooka wojowniczka pojawiła się za nią dość niespodziewanie, a Key’la miała ochotę rzucić się i ją objąć. Powstrzymał ją sposób, w jaki czwororęka kobieta się poruszała i jak jej dolne dłonie zaciskały się na rękojeściach szabel.
To nie był czas na uściski.
— Dolinę Żalu stworzyła zraniona, może nawet zniszczona Księga Pamięci, którą wypchnięto tu z waszego świata. Zawierała ona wszystko, co jej twórcy uznali za ważne: zwierzęta, rośliny, ryby, góry, rzeki i lasy. Oraz ludzi. Nie takich jak ty, ale jednak ludzi. I teraz Vawenn’obleris używa ich ciał, oraz wspomnień, radości, marzeń i smutków, do tworzenia nowych bytów. A te, które mają w sobie dość dużo ludzkiego… materiału, są zaskakująco rozumne. Potrafią kierować innymi stworami. Dlatego nazywamy ich Pasterzami.
Za linią dziesiątkowanych strzałami bestii pojawiły się dwie wysokie, chude sylwetki. Key’la widziała je dokładnie. Jedna zdawała się składać z czterech przeraźliwie długich nóg, podtrzymujących niewielki korpus z parą szczupłych rąk na dokładkę, druga poruszała się jak człowiek, lecz zamiast ramion wyrastały jej ptasie skrzydła. Obie miały jednak ludzkie głowy i blade twarze z wielkimi czarnymi oczyma, które wpatrywały się beznamiętnie w pole bitwy. Grzywy śnieżnobiałych włosów sięgały im prawie do ziemi.
Obaj pasterze wykonywali zamaszyste ruchy, otwierając usta w krzyku, który ginął w jazgocie bestii. A kierowane ich rozkazami stwory gromadziły się w stada i pędziły naprzód.
I wreszcie zderzyły się z pierwszą linią obrony.
Po kilku chwilach Key’la odwróciła się i zamknęła oczy, nie chcąc patrzeć na orgię rzezi, rąbania, kłucia, sieczenia, gryzienia, szarpania i darcia pazurami. Walka między vaihirami a stworami z Doliny była przerażająca jak starcie dwóch watah zdziczałych psów. Zwierzęca zawziętość, siła i szał królowały po obu stronach.
— Walczymy tak od tysiąca waszych lat, dziecko — w głosie Ust Ziemi zabrzmiała dziwny smutek. — Gdy Niszczycielka zraniła Księgę Pamięci, nasz bóg w imieniu reszty Wygnanych podjął się strzeżenia tego miejsca. A oni przyjęli jego ofertę z entuzjazmem, bo w końcu kto jak nie my, bestie stworzone do walki i mordu, nadawał się lepiej do tego, by powstrzymać inne potwory?
Key’la zrozumiała nagle, co jej nie pasowało w tej bitwie. Poza rykami stworów z Doliny nie dobiegały do niej ani okrzyki triumfu, ani wrzaski nienawiści czy grozy. Czwororęcy walczyli i ginęli w milczeniu.
— Kiedyś, gdy byłam młoda — kontynuowała wojowniczka — nienawidziłam Thowetha za los, na jaki nas skazał. Wieczną wojnę z szaleństwem. Lecz któregoś dnia, stojąc przed jednym z twoich pobratymców, zrozumiałam, że nasz bóg był sprytny. W oczach tego człowieka widziałam strach i odrazę. Bo ludzie uwielbiają znajdować sobie potwory, które mogą nienawidzić i obwiniać za wszystko, co złe. Więc póki tkwiliśmy tutaj, walcząc z bestiami z Doliny, byliśmy potrzebni.
— Mówiłaś, że teraz ludzie was atakują.
— O tak. Od trzystu lat my wymieramy, a Dolina Żalu się rozrasta. I wygląda na to, że nikomu to nie przeszkadza. A nawet niektórzy chcieliby, by rozrastała się szybciej. Dobrzy Panowie wysyłają zatem ewelunrech, by na nas polowali. Słyszysz? Słuchaj, walka się kończy.
Słyszała. Ryki, wycia i syki bestii zaczęły cichnąć, przygasać.
— Zabiliśmy pasterzy i większość ich stada ucieka. Nawet te istoty mają coś w rodzaju rozsądku. Możesz już otworzyć oczy.
Key’la i tak wszystko widziała. Wewnątrz. Oczyma wyobraźni.
— Nie chcę. Chodźmy już dalej.
Później dowiedziała się, że trzydziestu wojowników poległo, a drugie tyle było rannych. Tak skończyła się pierwsza z bitew, które vaihirowie stoczyli na drodze do swojego boga.
* * *
— Widzisz? Jest przed nami. Widzisz?
W głosie Ust Ziemi słychać było takie napięcie, że wydawało się, iż jednooka kobieta zaraz wybuchnie. Key’la nie dziwiła się jej. Byli już blisko, bardzo blisko, choć zapłacili za to wielką cenę.
Mieli za sobą osiemnaście starć. Tyle dziewczynka naliczyła, choć tak naprawdę nie sposób było dokładnie określić, ile tych walk było, bo zdarzało się, że zanim jeden atak się skończył, gdzieś z boku nadchodził następny. Choć Usta Ziemi zapewniała ją, że ich bóg tkwi pół dnia drogi od krawędzi Vawenn’obleris, oni szli już… znacznie dłużej. Dzień, może dwa?
Raz rozbili obozowisko na szczycie stromego wzniesienia, gdzie przez wiele godzin odpierali dzikie ataki różnorakich bestii. Key’la była już tak zmęczona, że drzemała tam niespokojnie z głową na kolanach Kocyka i nie przeszkadzało jej nic, ryk potworów, jęki rannych, dziki wrzask tych, których pochłonęło pohe.
Bo niektórym vaihirom, zwłaszcza wojownikom zmęczonym długą walką, zdarzało się wpaść w szał. Reszta armii obserwowała takich szaleńców w napięciu: jeśli rzucali się na potwory z Doliny, cieszono się, że przed śmiercią zabiorą w niebyt jeszcze kilka z nich, jeśli jednak atakowali własnych pobratymców, zabijano ich szybko i bezlitośnie.
Key’la nie miała nawet siły płakać nad ich losem.
Lecz ponieważ nie była głupia, zaczęła się zastanawiać, co ona właściwie tu robi i dlaczego Trzydzieści Dłoni strzegło jej i pilnowało tak zawzięcie. Gdy na stalowoszarym niebie pojawiły się latające bestie, Usta Ziemi przydzieliła jej kilku łuczników do ochrony, a Dwa Palce, Czarny Biały i Kubek Wody, a nawet Kawałek Żelaza, bez przerwy kręcili się wokół. Wiedząc, jak vaihirowie podchodzą do śmierci i zabijania, wysiłek, jaki wkładali w to, by utrzymać ją przy życiu, zdawał się co najmniej niezwykły.