Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 174 175 176 177 178 179 180 181 182 ... 210
Перейти на страницу:

Da­rem­nie.

— Ghor­ny! — prze­le­cia­ło mię­dzy sze­re­ga­mi czwo­ro­rę­kich. — Ghor­ny!

— To zna­czy „pa­ste­rze” — wy­ja­śni­ła pół­gło­sem Usta Zie­mi. — Ci są naj­gor­si.

Jed­no­oka wo­jow­nicz­ka po­ja­wi­ła się za nią dość nie­spo­dzie­wa­nie, a Key’la mia­ła ocho­tę rzu­cić się i ją ob­jąć. Po­wstrzy­mał ją spo­sób, w jaki czwo­ro­rę­ka ko­bie­ta się po­ru­sza­ła i jak jej dol­ne dło­nie za­ci­ska­ły się na rę­ko­je­ściach sza­bel.

To nie był czas na uści­ski.

— Do­li­nę Żalu stwo­rzy­ła zra­nio­na, może na­wet znisz­czo­na Księ­ga Pa­mię­ci, któ­rą wy­pchnię­to tu z wa­sze­go świa­ta. Za­wie­ra­ła ona wszyst­ko, co jej twór­cy uzna­li za waż­ne: zwie­rzę­ta, ro­śli­ny, ryby, góry, rze­ki i lasy. Oraz lu­dzi. Nie ta­kich jak ty, ale jed­nak lu­dzi. I te­raz Va­wenn’ob­le­ris uży­wa ich ciał, oraz wspo­mnień, ra­do­ści, ma­rzeń i smut­ków, do two­rze­nia no­wych by­tów. A te, któ­re mają w so­bie dość dużo ludz­kie­go… ma­te­ria­łu, są za­ska­ku­ją­co ro­zum­ne. Po­tra­fią kie­ro­wać in­ny­mi stwo­ra­mi. Dla­te­go na­zy­wa­my ich Pa­ste­rza­mi.

Za li­nią dzie­siąt­ko­wa­nych strza­ła­mi be­stii po­ja­wi­ły się dwie wy­so­kie, chu­de syl­wet­ki. Key’la wi­dzia­ła je do­kład­nie. Jed­na zda­wa­ła się skła­dać z czte­rech prze­raź­li­wie dłu­gich nóg, pod­trzy­mu­ją­cych nie­wiel­ki kor­pus z parą szczu­płych rąk na do­kład­kę, dru­ga po­ru­sza­ła się jak czło­wiek, lecz za­miast ra­mion wy­ra­sta­ły jej pta­sie skrzy­dła. Obie mia­ły jed­nak ludz­kie gło­wy i bla­de twa­rze z wiel­ki­mi czar­ny­mi oczy­ma, któ­re wpa­try­wa­ły się bez­na­mięt­nie w pole bi­twy. Grzy­wy śnież­no­bia­łych wło­sów się­ga­ły im pra­wie do zie­mi.

Obaj pa­ste­rze wy­ko­ny­wa­li za­ma­szy­ste ru­chy, otwie­ra­jąc usta w krzy­ku, któ­ry gi­nął w ja­zgo­cie be­stii. A kie­ro­wa­ne ich roz­ka­za­mi stwo­ry gro­ma­dzi­ły się w sta­da i pę­dzi­ły na­przód.

I wresz­cie zde­rzy­ły się z pierw­szą li­nią obro­ny.

Po kil­ku chwi­lach Key’la od­wró­ci­ła się i za­mknę­ła oczy, nie chcąc pa­trzeć na or­gię rze­zi, rą­ba­nia, kłu­cia, sie­cze­nia, gry­zie­nia, szar­pa­nia i dar­cia pa­zu­ra­mi. Wal­ka mię­dzy va­ihi­ra­mi a stwo­ra­mi z Do­li­ny była prze­ra­ża­ją­ca jak star­cie dwóch wa­tah zdzi­cza­łych psów. Zwie­rzę­ca za­wzię­tość, siła i szał kró­lo­wa­ły po obu stro­nach.

— Wal­czy­my tak od ty­sią­ca wa­szych lat, dziec­ko — w gło­sie Ust Zie­mi za­brzmia­ła dziw­ny smu­tek. — Gdy Nisz­czy­ciel­ka zra­ni­ła Księ­gę Pa­mię­ci, nasz bóg w imie­niu resz­ty Wy­gna­nych pod­jął się strze­że­nia tego miej­sca. A oni przy­ję­li jego ofer­tę z en­tu­zja­zmem, bo w koń­cu kto jak nie my, be­stie stwo­rzo­ne do wal­ki i mor­du, nada­wał się le­piej do tego, by po­wstrzy­mać inne po­two­ry?

Key’la zro­zu­mia­ła na­gle, co jej nie pa­so­wa­ło w tej bi­twie. Poza ry­ka­mi stwo­rów z Do­li­ny nie do­bie­ga­ły do niej ani okrzy­ki trium­fu, ani wrza­ski nie­na­wi­ści czy gro­zy. Czwo­ro­rę­cy wal­czy­li i gi­nę­li w mil­cze­niu.

— Kie­dyś, gdy by­łam mło­da — kon­ty­nu­owa­ła wo­jow­nicz­ka — nie­na­wi­dzi­łam Tho­we­tha za los, na jaki nas ska­zał. Wiecz­ną woj­nę z sza­leń­stwem. Lecz któ­re­goś dnia, sto­jąc przed jed­nym z two­ich po­bra­tym­ców, zro­zu­mia­łam, że nasz bóg był spryt­ny. W oczach tego czło­wie­ka wi­dzia­łam strach i od­ra­zę. Bo lu­dzie uwiel­bia­ją znaj­do­wać so­bie po­two­ry, któ­re mogą nie­na­wi­dzić i ob­wi­niać za wszyst­ko, co złe. Więc póki tkwi­li­śmy tu­taj, wal­cząc z be­stia­mi z Do­li­ny, by­li­śmy po­trzeb­ni.

— Mó­wi­łaś, że te­raz lu­dzie was ata­ku­ją.

— O tak. Od trzy­stu lat my wy­mie­ra­my, a Do­li­na Żalu się roz­ra­sta. I wy­glą­da na to, że ni­ko­mu to nie prze­szka­dza. A na­wet nie­któ­rzy chcie­li­by, by roz­ra­sta­ła się szyb­ciej. Do­brzy Pa­no­wie wy­sy­ła­ją za­tem ewe­lun­rech, by na nas po­lo­wa­li. Sły­szysz? Słu­chaj, wal­ka się koń­czy.

Sły­sza­ła. Ryki, wy­cia i syki be­stii za­czę­ły cich­nąć, przy­ga­sać.

— Za­bi­li­śmy pa­ste­rzy i więk­szość ich sta­da ucie­ka. Na­wet te isto­ty mają coś w ro­dza­ju roz­sąd­ku. Mo­żesz już otwo­rzyć oczy.

Key’la i tak wszyst­ko wi­dzia­ła. We­wnątrz. Oczy­ma wy­obraź­ni.

— Nie chcę. Chodź­my już da­lej.

Póź­niej do­wie­dzia­ła się, że trzy­dzie­stu wo­jow­ni­ków po­le­gło, a dru­gie tyle było ran­nych. Tak skoń­czy­ła się pierw­sza z bi­tew, któ­re va­ihi­ro­wie sto­czy­li na dro­dze do swo­je­go boga.

* * *

— Wi­dzisz? Jest przed nami. Wi­dzisz?

W gło­sie Ust Zie­mi sły­chać było ta­kie na­pię­cie, że wy­da­wa­ło się, iż jed­no­oka ko­bie­ta za­raz wy­buch­nie. Key’la nie dzi­wi­ła się jej. Byli już bli­sko, bar­dzo bli­sko, choć za­pła­ci­li za to wiel­ką cenę.

Mie­li za sobą osiem­na­ście starć. Tyle dziew­czyn­ka na­li­czy­ła, choć tak na­praw­dę nie spo­sób było do­kład­nie okre­ślić, ile tych walk było, bo zda­rza­ło się, że za­nim je­den atak się skoń­czył, gdzieś z boku nad­cho­dził na­stęp­ny. Choć Usta Zie­mi za­pew­nia­ła ją, że ich bóg tkwi pół dnia dro­gi od kra­wę­dzi Va­wenn’ob­le­ris, oni szli już… znacz­nie dłu­żej. Dzień, może dwa?

Raz roz­bi­li obo­zo­wi­sko na szczy­cie stro­me­go wznie­sie­nia, gdzie przez wie­le go­dzin od­pie­ra­li dzi­kie ata­ki róż­no­ra­kich be­stii. Key’la była już tak zmę­czo­na, że drze­ma­ła tam nie­spo­koj­nie z gło­wą na ko­la­nach Ko­cy­ka i nie prze­szka­dza­ło jej nic, ryk po­two­rów, jęki ran­nych, dzi­ki wrzask tych, któ­rych po­chło­nę­ło pohe.

Bo nie­któ­rym va­ihi­rom, zwłasz­cza wo­jow­ni­kom zmę­czo­nym dłu­gą wal­ką, zda­rza­ło się wpaść w szał. Resz­ta ar­mii ob­ser­wo­wa­ła ta­kich sza­leń­ców w na­pię­ciu: je­śli rzu­ca­li się na po­two­ry z Do­li­ny, cie­szo­no się, że przed śmier­cią za­bio­rą w nie­byt jesz­cze kil­ka z nich, je­śli jed­nak ata­ko­wa­li wła­snych po­bra­tym­ców, za­bi­ja­no ich szyb­ko i bez­li­to­śnie.

Key’la nie mia­ła na­wet siły pła­kać nad ich lo­sem.

Lecz po­nie­waż nie była głu­pia, za­czę­ła się za­sta­na­wiać, co ona wła­ści­wie tu robi i dla­cze­go Trzy­dzie­ści Dło­ni strze­gło jej i pil­no­wa­ło tak za­wzię­cie. Gdy na sta­lo­wo­sza­rym nie­bie po­ja­wi­ły się la­ta­ją­ce be­stie, Usta Zie­mi przy­dzie­li­ła jej kil­ku łucz­ni­ków do ochro­ny, a Dwa Pal­ce, Czar­ny Bia­ły i Ku­bek Wody, a na­wet Ka­wa­łek Że­la­za, bez prze­rwy krę­ci­li się wo­kół. Wie­dząc, jak va­ihi­ro­wie pod­cho­dzą do śmier­ci i za­bi­ja­nia, wy­si­łek, jaki wkła­da­li w to, by utrzy­mać ją przy ży­ciu, zda­wał się co naj­mniej nie­zwy­kły.

1 ... 174 175 176 177 178 179 180 181 182 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)