Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 173 174 175 176 177 178 179 180 181 ... 210
Перейти на страницу:

Niech po­ka­że, w któ­rym ręku trzy­ma ukry­te ostrze.

Chy­ba że po­trze­bu­je za­chę­ty – za­sta­no­wi­ła się, pa­trząc na sze­re­gi ka­wa­le­rii.

Do­brze więc, tym ra­zem to ona go szturch­nie.

Pora spu­ścić kon­ni­cę ze smy­czy.

* * *

— Rusz się, Luka, i po­móż mi.

Koło bez­ce­re­mo­nial­nie kop­nę­ła go w kost­kę, zmu­sza­jąc do wsta­nia. Do cho­le­ry, prze­cież klap­nął tyl­ko na chwi­lę, by zła­pać od­dech.

— Spa­łeś. Te­raz nie ma cza­su na spa­nie.

Spał?

Zer­k­nął na cień drze­wa, pod któ­rym przy­siadł. Na­praw­dę się prze­su­nął.

Pod­niósł się i po­mógł dziew­czy­nie z ran­nym. Mło­dy męż­czy­zna trzy­mał się za brzuch, mię­dzy pal­ca­mi bły­ska­ły mu wnętrz­no­ści, a na twa­rzy nie miał nic oprócz obłęd­ne­go cier­pie­nia.

Niech to szlag!

Pro­wa­dząc go pod ra­mio­na, do­tar­li do szpi­ta­la. Ko­lej­ne­go, do cho­le­ry, szpi­ta­la. Po­wstań­cza ar­mia zo­sta­wia­ła je za sobą je­den po dru­gim. Ten umiesz­czo­no na pra­wym skrzy­dle, nie­co w głę­bi lasu, by schro­nić się przed słoń­cem. Za go­dzi­nę albo dwie na­dej­dzie po­łu­dnie i cień drzew bę­dzie bło­go­sła­wień­stwem dla ran­nych.

I ko­na­ją­cych. Jak ten chło­pak, któ­re­go tasz­czy­li. Luka czuł od nie­go nie tyl­ko smród krwi i potu, ale też odór gów­na. Roz­pru­ty brzuch moż­na zszyć, ale roz­pru­te wnętrz­no­ści to śmierć. I to pa­skud­na.

— Po­łóż­my go tu. — Wska­zał naj­bliż­sze wol­ne po­sła­nie. — Niech od­pocz­nie.

— Do­brze.

Ode­szli kil­ka kro­ków i dzie­sięt­nik bez­ce­re­mo­nial­nie zła­pał Koło za ra­mię.

— Nie trać na ta­kich cza­su, dziew­czy­no, nie war­to, jak ro­zu­miem. Nie spro­wa­dzaj tu umie­ra­ją­cych, bo i tak nikt im nie po­mo­że.

Zer­k­nę­ła na nie­go, lek­ko uno­sząc gło­wę, i skrzy­wi­ła war­gi. Jej po­pa­rzo­na skó­ra była za­czer­wie­nio­na i moc­no ścią­gnię­ta, więc ten gry­mas wy­glą­dał ma­ka­brycz­nie.

— On pła­kał, Luka. Nie zo­sta­wię ni­ko­go, kto pła­cze.

— Ale…

— Nie. Nie ma ale. Nie ma mą­dro­ści pola bi­twy i roz­sąd­ku ra­to­wa­nia naj­pierw lżej ran­nych.

Po­wie­dzia­ła to spo­koj­nie i po raz pierw­szy od dłu­gie­go cza­su od­niósł wra­że­nie, że opu­ści­ły ją One. Była po pro­stu sobą. Jego Koło wró­ci­ła.

I na­gle uśmiech­nę­ła się. Strasz­nie.

— Gdy sie­dzia­łam w ko­pal­ni, Luka, głę­bo­ko pod zie­mią, sły­sza­łam, jak dzie­ci krzy­czą w ciem­no­ściach. W za­wa­lo­nych tu­ne­lach. Jak wo­ła­ją mat­ki i oj­ców. I nie mo­głam nic zro­bić. Pró­bo­wa­łam im za­śpie­wać, Luka, pró­bo­wa­łam im opo­wia­dać o ra­tun­ku. O tym, że przyj­dzie­cie i nas wy­cią­gnie­cie. Po­tem dzie­ci prze­sta­wa­ły krzy­czeć i tyl­ko pła­ka­ły. Póki nie skoń­czy­ło im się po­wie­trze. A ja nie mo­głam im po­móc, mu­sia­łam je zo­sta­wić. Więc te­raz nie zo­sta­wię ni­ko­go, kto pła­cze.

Spoj­rzał jej w oczy, z któ­rych to za­kry­te biel­mem wy­da­wa­ło się bar­dziej żywe niż dru­gie, i zro­zu­miał, że się po­my­lił. One nie opu­ści­ły Koła. Trzy­ma­ły ją moc­niej niż kie­dy­kol­wiek.

— Cza­sem trze­ba — spró­bo­wał jesz­cze raz.

— Cie­bie nie zo­sta­wi­łam.

Za­mru­gał za­sko­czo­ny. Wró­ci­ła garść wspo­mnień z noc­nej bi­twy, w tym te, jak szedł noga za nogą, ogłu­pia­ły i otę­pia­ły od ran i upły­wu krwi, wspie­ra­jąc się na…

— Tak. To by­łam ja. Nie zo­sta­wi­łam cie­bie, więc nie zo­sta­wię ni­ko­go in­ne­go. I Luka…

— Co?

Nad­cho­dzi ciem­ność.

Rozdział 39

Va­ihi­ro­wie za­ata­ko­wa­li Do­li­nę Żalu po dłuż­szym od­po­czyn­ku, któ­ry Key’la zwy­kła na­zy­wać snem, więc chy­ba był to ra­nek. Choć sło­wo „za­ata­ko­wa­li” nie było wła­ści­we, bo prze­cież nie rzu­ci­li się na­przód z ry­kiem trąb i wa­le­niem w bęb­ny, sztur­mu­jąc na wro­ga uszy­ko­wa­ne­go do bi­twy. Po pro­stu prze­kro­czy­li gra­ni­cę miej­sca zwa­ne­go Va­wenn’ob­le­ris, a Key’la zo­rien­to­wa­ła się, że to już, bo ich ar­mia ście­śni­ła szyk, a wie­lu czwo­ro­rę­kich za­ło­ży­ło pan­ce­rze i heł­my, któ­rych nie uży­wa­no do tej pory.

Sama na­zwa „do­li­na” była tu my­lą­ca, gdyż ob­szar, któ­ry tak okre­śla­no, miał we­dług Ust Zie­mi po­nad trzy dni mar­szu śred­ni­cy. Czy­li oko­ło pięć­dzie­się­ciu mil ludz­ką mia­rą, jak wy­ja­śni­ła jed­no­oka. Po­noć kie­dyś na­praw­dę była to tyl­ko do­li­na – moż­li­we, że już wte­dy ol­brzy­mia – ale od­kąd va­ihi­ro­wie za­czę­li słab­nąć bez swo­je­go boga, jej kosz­mar­ne ema­na­cje roz­la­ły się wo­kół, po­chła­nia­jąc wiel­ki ka­wał świa­ta.

A za­tem pierw­sze ze­tknię­cie Key’li z Do­li­ną Żalu, prze­kro­cze­nie umow­nej gra­ni­cy, po­le­ga­ło na wspię­ciu się na so­lid­ne wzgó­rze i ru­sze­niu jego grzbie­tem.

— Uwa­żaj na wszyst­ko — po­wie­dział jej Czar­ny Bia­ły, któ­ry wła­śnie spra­wo­wał nad nią pie­czę. — Na to, co na zie­mi, i na to, co na nie­bie.

Key’la po­ki­wa­ła po­waż­nie gło­wą, ści­ska­jąc drzew­ce koh­hy w spo­tnia­łych dło­niach. Ko­cyk też za­cho­wy­wał się ner­wo­wo, pa­zu­ry jego le­wej dło­ni zgrzy­ta­ły nie­spo­koj­nie, oczy wę­dro­wa­ły po ho­ry­zon­cie. Po jed­nej stro­nie mie­li kil­ka niż­szych wzgórz, po dru­giej – kil­ka­set kro­ków od ich wznie­sie­nia – ru­mo­wi­sko ostrych, stro­mych skał, wy­glą­da­ją­cych jak ko­lek­cja ze­psu­tych, po­kry­tych próch­ni­cą zę­bów ol­brzy­ma. Wszech­obec­na czerń spra­wia­ła, że Key’la za­czy­na­ła mieć dzi­wacz­ne sko­ja­rze­nia.

I stam­tąd wła­śnie nad­szedł pierw­szy atak.

Na oczach dziew­czyn­ki gła­zy na­gle po­kry­ły się set­ka­mi stwo­rów. Nie­peł­nych – bez nóg, bez py­sków, z jed­nym nie­po­trzeb­nym do ni­cze­go skrzy­dłem albo po­je­dyn­czą łapą wy­ra­sta­ją­cą z ple­ców. Lub wręcz prze­ciw­nie, prze­peł­nych – z wie­lo­ma do­dat­ko­wy­mi koń­czy­na­mi, gło­wa­mi, ogo­na­mi, z kor­pu­sa­mi skła­da­ją­cy­mi się z byle jak po­łą­czo­nych frag­men­tów in­nych ciał. Lecz w tej hor­dzie po­ja­wia­ły się też be­stie w ja­kiś dzi­wacz­ny spo­sób wła­ści­we, sy­me­trycz­ne i za­mknię­te w do­sko­na­łych pro­por­cjach. Na­wet je­śli był to na przy­kład po­kry­ty łu­ska­mi stwór o gło­wie wołu, ła­pach niedź­wie­dzia i ogo­nie węża.

Któ­ry padł pierw­szy prze­szy­ty trze­ma strza­ła­mi.

Va­ihi­ro­wie raz-dwa usta­wi­li się w szy­ku. Uzbro­je­ni w dłu­gą broń drzew­co­wą oraz w cięż­kie mie­cze i to­po­ry wo­jow­ni­cy wy­su­nę­li się na­przód, a sto­ją­cy nie­co wy­żej, na grzbie­cie wzgó­rza, łucz­ni­cy po­sy­ła­li w nad­cią­ga­ją­cą falę obłę­du strza­łę za strza­łą.

Key’la sta­nę­ła za łucz­ni­ka­mi, ści­ska­jąc w dło­niach bo­jo­wy kij, któ­ry wy­da­wał jej się w tej chwi­li nie bar­dziej groź­ny niż mio­tła, i mo­dli­ła się bez­gło­śnie, by im się uda­ło. By po­two­ry zo­sta­ły wy­strze­la­ne do ostat­nie­go, nim doj­dą do li­nii pie­szych.

1 ... 173 174 175 176 177 178 179 180 181 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)