Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Niech pokaże, w którym ręku trzyma ukryte ostrze.
Chyba że potrzebuje zachęty – zastanowiła się, patrząc na szeregi kawalerii.
Dobrze więc, tym razem to ona go szturchnie.
Pora spuścić konnicę ze smyczy.
* * *
— Rusz się, Luka, i pomóż mi.
Koło bezceremonialnie kopnęła go w kostkę, zmuszając do wstania. Do cholery, przecież klapnął tylko na chwilę, by złapać oddech.
— Spałeś. Teraz nie ma czasu na spanie.
Spał?
Zerknął na cień drzewa, pod którym przysiadł. Naprawdę się przesunął.
Podniósł się i pomógł dziewczynie z rannym. Młody mężczyzna trzymał się za brzuch, między palcami błyskały mu wnętrzności, a na twarzy nie miał nic oprócz obłędnego cierpienia.
Niech to szlag!
Prowadząc go pod ramiona, dotarli do szpitala. Kolejnego, do cholery, szpitala. Powstańcza armia zostawiała je za sobą jeden po drugim. Ten umieszczono na prawym skrzydle, nieco w głębi lasu, by schronić się przed słońcem. Za godzinę albo dwie nadejdzie południe i cień drzew będzie błogosławieństwem dla rannych.
I konających. Jak ten chłopak, którego taszczyli. Luka czuł od niego nie tylko smród krwi i potu, ale też odór gówna. Rozpruty brzuch można zszyć, ale rozprute wnętrzności to śmierć. I to paskudna.
— Połóżmy go tu. — Wskazał najbliższe wolne posłanie. — Niech odpocznie.
— Dobrze.
Odeszli kilka kroków i dziesiętnik bezceremonialnie złapał Koło za ramię.
— Nie trać na takich czasu, dziewczyno, nie warto, jak rozumiem. Nie sprowadzaj tu umierających, bo i tak nikt im nie pomoże.
Zerknęła na niego, lekko unosząc głowę, i skrzywiła wargi. Jej poparzona skóra była zaczerwieniona i mocno ściągnięta, więc ten grymas wyglądał makabrycznie.
— On płakał, Luka. Nie zostawię nikogo, kto płacze.
— Ale…
— Nie. Nie ma ale. Nie ma mądrości pola bitwy i rozsądku ratowania najpierw lżej rannych.
Powiedziała to spokojnie i po raz pierwszy od długiego czasu odniósł wrażenie, że opuściły ją One. Była po prostu sobą. Jego Koło wróciła.
I nagle uśmiechnęła się. Strasznie.
— Gdy siedziałam w kopalni, Luka, głęboko pod ziemią, słyszałam, jak dzieci krzyczą w ciemnościach. W zawalonych tunelach. Jak wołają matki i ojców. I nie mogłam nic zrobić. Próbowałam im zaśpiewać, Luka, próbowałam im opowiadać o ratunku. O tym, że przyjdziecie i nas wyciągniecie. Potem dzieci przestawały krzyczeć i tylko płakały. Póki nie skończyło im się powietrze. A ja nie mogłam im pomóc, musiałam je zostawić. Więc teraz nie zostawię nikogo, kto płacze.
Spojrzał jej w oczy, z których to zakryte bielmem wydawało się bardziej żywe niż drugie, i zrozumiał, że się pomylił. One nie opuściły Koła. Trzymały ją mocniej niż kiedykolwiek.
— Czasem trzeba — spróbował jeszcze raz.
— Ciebie nie zostawiłam.
Zamrugał zaskoczony. Wróciła garść wspomnień z nocnej bitwy, w tym te, jak szedł noga za nogą, ogłupiały i otępiały od ran i upływu krwi, wspierając się na…
— Tak. To byłam ja. Nie zostawiłam ciebie, więc nie zostawię nikogo innego. I Luka…
— Co?
Nadchodzi ciemność.
Rozdział 39
Vaihirowie zaatakowali Dolinę Żalu po dłuższym odpoczynku, który Key’la zwykła nazywać snem, więc chyba był to ranek. Choć słowo „zaatakowali” nie było właściwe, bo przecież nie rzucili się naprzód z rykiem trąb i waleniem w bębny, szturmując na wroga uszykowanego do bitwy. Po prostu przekroczyli granicę miejsca zwanego Vawenn’obleris, a Key’la zorientowała się, że to już, bo ich armia ścieśniła szyk, a wielu czwororękich założyło pancerze i hełmy, których nie używano do tej pory.
Sama nazwa „dolina” była tu myląca, gdyż obszar, który tak określano, miał według Ust Ziemi ponad trzy dni marszu średnicy. Czyli około pięćdziesięciu mil ludzką miarą, jak wyjaśniła jednooka. Ponoć kiedyś naprawdę była to tylko dolina – możliwe, że już wtedy olbrzymia – ale odkąd vaihirowie zaczęli słabnąć bez swojego boga, jej koszmarne emanacje rozlały się wokół, pochłaniając wielki kawał świata.
A zatem pierwsze zetknięcie Key’li z Doliną Żalu, przekroczenie umownej granicy, polegało na wspięciu się na solidne wzgórze i ruszeniu jego grzbietem.
— Uważaj na wszystko — powiedział jej Czarny Biały, który właśnie sprawował nad nią pieczę. — Na to, co na ziemi, i na to, co na niebie.
Key’la pokiwała poważnie głową, ściskając drzewce kohhy w spotniałych dłoniach. Kocyk też zachowywał się nerwowo, pazury jego lewej dłoni zgrzytały niespokojnie, oczy wędrowały po horyzoncie. Po jednej stronie mieli kilka niższych wzgórz, po drugiej – kilkaset kroków od ich wzniesienia – rumowisko ostrych, stromych skał, wyglądających jak kolekcja zepsutych, pokrytych próchnicą zębów olbrzyma. Wszechobecna czerń sprawiała, że Key’la zaczynała mieć dziwaczne skojarzenia.
I stamtąd właśnie nadszedł pierwszy atak.
Na oczach dziewczynki głazy nagle pokryły się setkami stworów. Niepełnych – bez nóg, bez pysków, z jednym niepotrzebnym do niczego skrzydłem albo pojedynczą łapą wyrastającą z pleców. Lub wręcz przeciwnie, przepełnych – z wieloma dodatkowymi kończynami, głowami, ogonami, z korpusami składającymi się z byle jak połączonych fragmentów innych ciał. Lecz w tej hordzie pojawiały się też bestie w jakiś dziwaczny sposób właściwe, symetryczne i zamknięte w doskonałych proporcjach. Nawet jeśli był to na przykład pokryty łuskami stwór o głowie wołu, łapach niedźwiedzia i ogonie węża.
Który padł pierwszy przeszyty trzema strzałami.
Vaihirowie raz-dwa ustawili się w szyku. Uzbrojeni w długą broń drzewcową oraz w ciężkie miecze i topory wojownicy wysunęli się naprzód, a stojący nieco wyżej, na grzbiecie wzgórza, łucznicy posyłali w nadciągającą falę obłędu strzałę za strzałą.
Key’la stanęła za łucznikami, ściskając w dłoniach bojowy kij, który wydawał jej się w tej chwili nie bardziej groźny niż miotła, i modliła się bezgłośnie, by im się udało. By potwory zostały wystrzelane do ostatniego, nim dojdą do linii pieszych.