Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 172 173 174 175 176 177 178 179 180 ... 210
Перейти на страницу:

— A po­tem ru­sza­my.

— Po­tem ru­sza­my.

* * *

— Pani. Ra­port z pola bi­twy.

De­ana zer­k­nę­ła na po­słań­ca, chłop­ca w wie­ku może czter­na­stu lat, któ­ry w ahy­rze Ba­wo­łów był jed­nym z Cie­ląt. Stał przed nią pod­eks­cy­to­wa­ny, za­ru­mie­nio­ny, dy­sząc le­d­wo tłu­mio­ną ra­do­ścią.

Wła­ści­wie mógł się nie od­zy­wać.

— Mów.

— Od­par­to wszyst­kie ata­ki w cen­trum. Ta­bor rów­nież się obro­nił. Bun­tow­ni­cy zo­sta­wi­li na przed­po­lu ty­sią­ce tru­pów.

Ty­sią­ce tru­pów. Przy­mknę­ła oczy i wzię­ła głę­bo­ki od­dech. To był już trze­ci szturm tego ran­ka. I jej Ba­wo­ły od­par­ły każ­dy z nich, nie da­jąc się wy­cią­gnąć z zaj­mo­wa­nych po­zy­cji. Zgod­nie z roz­ka­za­mi. Ale nie czu­ła nic poza wy­pa­la­ją­cym du­szę smut­kiem.

Niech już ten dzień się skoń­czy. Niech przy­le­cą pta­ki.

— Do­brze. Wie­ści od Sło­wi­ków?

Ra­dość speł­zła z ob­li­cza chłop­ca. Naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wał się tak chłod­nej re­ak­cji.

— Wuar Sam­po­re nie przy­słał jesz­cze goń­ca, pani, ale af’ge­mid Olu­wer prze­ka­zał, że jaz­da star­ła się z kil­ko­ma set­ka­mi bun­tow­ni­ków na ko­niach i prze­pę­dzi­ła ich z pola. Nic poza tym.

Tak. Do­wód­ca Sło­wi­ków mu­siał być wście­kły, że nie zgo­dzi­ła się na zmia­nę bi­tew­ne­go usta­wie­nia, gdy ran­kiem od­kry­li, że na­prze­ciw ich le­we­go skrzy­dła Ka­hel-saw-Kir­hu usta­wił swój wła­sny ta­bor. Co praw­da nie­byt sze­ro­ki, na oko­ło sto pięć­dzie­siąt jar­dów, za to oko­pa­ny i oto­czo­ny pa­la­mi jak do wie­lo­dnio­we­go ob­lę­że­nia. Strzel­cy w środ­ku, a mu­sia­ło ich być tam wie­lu, kon­tro­lo­wa­li ka­wał pola bi­twy, zwłasz­cza prze­ciw kon­ni­cy. Sam­po­re stwier­dził, że może zdo­być ten ta­bor, jego jeźdź­cy po­tra­fi­li wal­czyć pie­szo, ale stra­ty by­ły­by znacz­ne, a od sztur­mo­wa­nia umoc­nień w Bia­łym Ko­no­we­ryn były Ba­wo­ły.

Nie zgo­dzi­ła się jed­nak na prze­su­nię­cie pie­cho­ty na lewe skrzy­dło. Ten ta­bor był tak oczy­wi­stym ce­lem ata­ku, że Krwa­wy Ka­hel­le rów­nie do­brze mógł po­słać im pi­smo z za­pro­sze­niem do wpad­nię­cia w ja­kąś pu­łap­kę.

Nie. Nie za­gra w jego grę. Niech on gra w jej, pró­bu­jąc ścią­gnąć ko­no­wer­skie woj­ska ze wzgó­rza.

— Dzię­ku­ję. Mo­żesz wró­cić do swo­je­go do­wód­cy — ode­sła­ła goń­ca i za­pa­trzy­ła się w mapę.

Rów­nie do­brze mo­gła ga­pić się w gwiaz­dy.

Ale prze­cież nie mu­sie­li do­ko­ny­wać ja­kichś stra­te­gicz­nych cu­dów. Mu­sie­li tyl­ko utrzy­mać się do po­po­łu­dnia, naj­póź­niej wie­czo­ra, i nie zro­bić żad­nej głu­po­ty, a na ra­zie wszyst­ko szło po ich my­śli.

Za­ci­snę­ła pię­ści i po­czu­ła, jak pa­znok­cie wbi­ja­ją się jej w skó­rę. Za­bo­la­ło. Pani, Wiel­ka Mat­ko, nie po­tra­fię. Nie po­tra­fię sie­dzieć w na­mio­cie pod stra­żą i cze­kać na ja­kie­goś roz­ra­do­wa­ne­go goń­ca z gar­ścią no­win o ko­lej­nych ty­sią­cach tru­pów. Osza­le­ję od tego.

Wy­szła na ze­wnątrz i ski­nę­ła na naj­bliż­sze­go straż­ni­ka.

— Każ we­zwać Ma­ahi­ra.

— Pani? — za­mru­gał, za­sko­czo­ny.

Jego ton su­ge­ro­wał, że jest o krok od nie­po­słu­szeń­stwa. Uśmiech­nę­ła się zło­śli­wie, po­de­szła i sta­nę­ła tak bli­sko, że jej ek­cha­ar nie­mal do­tknął twa­rzy żoł­nie­rza. Sło­wik mu­siał wręcz czuć od­dech Pło­mie­nia Aga­ra.

— In­sen, mój dro­gi — opła­ca­ło się uczyć imion oso­bi­stej stra­ży — Sam­po­re ka­zał wam trzy­mać mnie z dala od pola bi­twy? Dla mo­je­go bez­pie­czeń­stwa, rzecz ja­sna. Ale, na li­tość Wiel­kiej Mat­ki i Pło­mie­nie Pana Ognia, jak za­mie­rzasz mnie tu za­trzy­mać?

Na­wet nie si­li­ła się, by po­ło­żyć dło­nie na rę­ko­je­ściach tal­he­rów.

— No to jak? Mam pójść sama po tego sło­nia?

Kil­ka mi­nut póź­niej sie­dzia­ła już na grzbie­cie ksią­żę­ce­go ko­lo­sa. Tym ra­zem w spe­cjal­nej, obi­tej drew­nem i skó­rą bi­tew­nej wie­życz­ce, po­kry­tej spa­dzi­stym dasz­kiem i wy­po­sa­żo­nej w so­lid­ne okien­ni­ce. Ca­łość do­sko­na­le pa­so­wa­ła do Ma­ahi­ra, któ­re­mu za­ło­żo­no peł­ny pan­cerz. De­ana wspię­ła się po dra­bin­ce, wy­chy­li­ła znad kra­wę­dzi wie­życz­ki i zer­k­nę­ła na Sa­miy­ego. Chło­piec miał sta­lo­wy hełm, sta­lo­wy ki­rys, a obie ręce chro­ni­ła mu kol­cza siat­ka na­rzu­co­na na pi­ko­wa­ny ka­ftan. Po­cił się i chy­ba klął pod no­sem.

— Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Rzu­cił jej spoj­rze­nie, któ­re naj­wy­raź­niej zna­czy­ło, że nie jest w na­stro­ju do głu­pich py­tań.

— No do­brze, już nic nie mó­wię. Kto ci to zro­bił?

— Olu­wer. Ka­zał przy­szy­ko­wać Ma­ahi­ra jak do wal­ki, mó­wiąc, że z pew­no­ścią nie usie­dzisz w na­mio­cie. Jak on cię do­brze zna. Gdzie je­dzie­my?

— Na ra­zie ru­szaj, za­nim Sam­po­re po­ja­wi się tu na spie­nio­nym ko­niu i bę­dzie żą­dał, że­bym ze­szła.

Gdy tyl­ko wy­je­cha­li na wzgó­rze, jej oczom uka­za­ło się całe pole bi­twy.

Ar­mia Bia­łe­go Ko­no­we­ryn, jej ar­mia, była uszy­ko­wa­na tak, jak to za­pla­no­wa­no wczo­raj wie­czo­rem. Dwa ty­sią­ce na­jem­nej pie­cho­ty sta­ło na sa­mym krań­cu pra­we­go skrzy­dła, tuż przy rze­ce, bro­niąc ta­bo­ru. Ba­wo­ły zaj­mo­wa­ły śro­dek; dwa po­tęż­ne czwo­ro­bo­ki cięż­kiej pie­cho­ty usta­wio­ne dłuż­szy­mi kra­wę­dzia­mi w stro­nę wro­ga li­czy­ły po dwa­dzie­ścia bry­tah. W wol­nej prze­strze­ni mię­dzy nimi kłę­bi­ła się masa sza­rej, na­jem­nej kon­ni­cy, ale z tego, co mó­wi­ły ra­por­ty, nie uży­to jej jesz­cze ani razu. Do­wód­ca tego od­dzia­łu do­stał wy­raź­ne roz­ka­zy. Miał stać, stwa­rzać za­gro­że­nie i nie mie­szać się do wal­ki, je­śli nie zo­sta­nie bez­po­śred­nio za­ata­ko­wa­ny. We­te­ran set­ki opła­co­nych zło­tem bi­tew przy­jął je z nie­skry­wa­nym za­do­wo­le­niem.

Cze­kał na swo­ją ko­lej.

Za pie­cho­tą sta­ły ma­chi­ny bo­jo­we, a za nimi re­zer­wo­we od­dzia­ły Ba­wo­łów. Z tej od­le­gło­ści, pa­trząc na głę­bo­kość i sze­ro­kość for­ma­cji, De­ana mu­sia­ła przy­znać, że ca­łość spra­wia­ła wra­że­nie nie­moż­li­wej do zła­ma­nia.

Tak jak ją po­in­for­mo­wa­no, we­wnątrz obu for­ma­cji Ba­wo­łów zna­la­zło się miej­sce dla cza­row­ni­ków, z któ­rych każ­dy miał kil­ku­oso­bo­wą straż, bez­po­śred­nio od­po­wie­dzial­ną za jego ży­cie. Żoł­nie­rze ci tra­fia­li na stos, je­śli ich pod­opiecz­ny zgi­nął. Taka była tra­dy­cja.

Na le­wym skrzy­dle sta­ły kar­nie sze­re­gi Sło­wi­ków. Po­ło­wa z nich. Na ra­zie nie mie­li wie­lu oka­zji do wal­ki, choć naj­wy­raź­niej aż się do niej pa­li­li.

Zza jej ple­ców do­bie­gło po­nu­re trą­bie­nie sło­ni. Ukry­te za wzgó­rzem zwie­rzę­ta sły­sza­ły bi­twę, za­pew­ne czu­ły też krew i nie­po­ko­iły się.

Mu­szą cze­kać. Niech Krwa­wy Ka­hel­le po­ka­że wresz­cie, jaki ma plan na wy­gra­nie tej bi­twy. Bo sko­ro nie uda­wa­ło mu się zmu­sić ich do ata­ku, na pew­no wy­kom­bi­no­wał coś in­ne­go.

1 ... 172 173 174 175 176 177 178 179 180 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)