Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— A potem ruszamy.
— Potem ruszamy.
* * *
— Pani. Raport z pola bitwy.
Deana zerknęła na posłańca, chłopca w wieku może czternastu lat, który w ahyrze Bawołów był jednym z Cieląt. Stał przed nią podekscytowany, zarumieniony, dysząc ledwo tłumioną radością.
Właściwie mógł się nie odzywać.
— Mów.
— Odparto wszystkie ataki w centrum. Tabor również się obronił. Buntownicy zostawili na przedpolu tysiące trupów.
Tysiące trupów. Przymknęła oczy i wzięła głęboki oddech. To był już trzeci szturm tego ranka. I jej Bawoły odparły każdy z nich, nie dając się wyciągnąć z zajmowanych pozycji. Zgodnie z rozkazami. Ale nie czuła nic poza wypalającym duszę smutkiem.
Niech już ten dzień się skończy. Niech przylecą ptaki.
— Dobrze. Wieści od Słowików?
Radość spełzła z oblicza chłopca. Najwyraźniej nie spodziewał się tak chłodnej reakcji.
— Wuar Sampore nie przysłał jeszcze gońca, pani, ale af’gemid Oluwer przekazał, że jazda starła się z kilkoma setkami buntowników na koniach i przepędziła ich z pola. Nic poza tym.
Tak. Dowódca Słowików musiał być wściekły, że nie zgodziła się na zmianę bitewnego ustawienia, gdy rankiem odkryli, że naprzeciw ich lewego skrzydła Kahel-saw-Kirhu ustawił swój własny tabor. Co prawda niebyt szeroki, na około sto pięćdziesiąt jardów, za to okopany i otoczony palami jak do wielodniowego oblężenia. Strzelcy w środku, a musiało ich być tam wielu, kontrolowali kawał pola bitwy, zwłaszcza przeciw konnicy. Sampore stwierdził, że może zdobyć ten tabor, jego jeźdźcy potrafili walczyć pieszo, ale straty byłyby znaczne, a od szturmowania umocnień w Białym Konoweryn były Bawoły.
Nie zgodziła się jednak na przesunięcie piechoty na lewe skrzydło. Ten tabor był tak oczywistym celem ataku, że Krwawy Kahelle równie dobrze mógł posłać im pismo z zaproszeniem do wpadnięcia w jakąś pułapkę.
Nie. Nie zagra w jego grę. Niech on gra w jej, próbując ściągnąć konowerskie wojska ze wzgórza.
— Dziękuję. Możesz wrócić do swojego dowódcy — odesłała gońca i zapatrzyła się w mapę.
Równie dobrze mogła gapić się w gwiazdy.
Ale przecież nie musieli dokonywać jakichś strategicznych cudów. Musieli tylko utrzymać się do popołudnia, najpóźniej wieczora, i nie zrobić żadnej głupoty, a na razie wszystko szło po ich myśli.
Zacisnęła pięści i poczuła, jak paznokcie wbijają się jej w skórę. Zabolało. Pani, Wielka Matko, nie potrafię. Nie potrafię siedzieć w namiocie pod strażą i czekać na jakiegoś rozradowanego gońca z garścią nowin o kolejnych tysiącach trupów. Oszaleję od tego.
Wyszła na zewnątrz i skinęła na najbliższego strażnika.
— Każ wezwać Maahira.
— Pani? — zamrugał, zaskoczony.
Jego ton sugerował, że jest o krok od nieposłuszeństwa. Uśmiechnęła się złośliwie, podeszła i stanęła tak blisko, że jej ekchaar niemal dotknął twarzy żołnierza. Słowik musiał wręcz czuć oddech Płomienia Agara.
— Insen, mój drogi — opłacało się uczyć imion osobistej straży — Sampore kazał wam trzymać mnie z dala od pola bitwy? Dla mojego bezpieczeństwa, rzecz jasna. Ale, na litość Wielkiej Matki i Płomienie Pana Ognia, jak zamierzasz mnie tu zatrzymać?
Nawet nie siliła się, by położyć dłonie na rękojeściach talherów.
— No to jak? Mam pójść sama po tego słonia?
Kilka minut później siedziała już na grzbiecie książęcego kolosa. Tym razem w specjalnej, obitej drewnem i skórą bitewnej wieżyczce, pokrytej spadzistym daszkiem i wyposażonej w solidne okiennice. Całość doskonale pasowała do Maahira, któremu założono pełny pancerz. Deana wspięła się po drabince, wychyliła znad krawędzi wieżyczki i zerknęła na Samiyego. Chłopiec miał stalowy hełm, stalowy kirys, a obie ręce chroniła mu kolcza siatka narzucona na pikowany kaftan. Pocił się i chyba klął pod nosem.
— Wszystko w porządku?
Rzucił jej spojrzenie, które najwyraźniej znaczyło, że nie jest w nastroju do głupich pytań.
— No dobrze, już nic nie mówię. Kto ci to zrobił?
— Oluwer. Kazał przyszykować Maahira jak do walki, mówiąc, że z pewnością nie usiedzisz w namiocie. Jak on cię dobrze zna. Gdzie jedziemy?
— Na razie ruszaj, zanim Sampore pojawi się tu na spienionym koniu i będzie żądał, żebym zeszła.
Gdy tylko wyjechali na wzgórze, jej oczom ukazało się całe pole bitwy.
Armia Białego Konoweryn, jej armia, była uszykowana tak, jak to zaplanowano wczoraj wieczorem. Dwa tysiące najemnej piechoty stało na samym krańcu prawego skrzydła, tuż przy rzece, broniąc taboru. Bawoły zajmowały środek; dwa potężne czworoboki ciężkiej piechoty ustawione dłuższymi krawędziami w stronę wroga liczyły po dwadzieścia brytah. W wolnej przestrzeni między nimi kłębiła się masa szarej, najemnej konnicy, ale z tego, co mówiły raporty, nie użyto jej jeszcze ani razu. Dowódca tego oddziału dostał wyraźne rozkazy. Miał stać, stwarzać zagrożenie i nie mieszać się do walki, jeśli nie zostanie bezpośrednio zaatakowany. Weteran setki opłaconych złotem bitew przyjął je z nieskrywanym zadowoleniem.
Czekał na swoją kolej.
Za piechotą stały machiny bojowe, a za nimi rezerwowe oddziały Bawołów. Z tej odległości, patrząc na głębokość i szerokość formacji, Deana musiała przyznać, że całość sprawiała wrażenie niemożliwej do złamania.
Tak jak ją poinformowano, wewnątrz obu formacji Bawołów znalazło się miejsce dla czarowników, z których każdy miał kilkuosobową straż, bezpośrednio odpowiedzialną za jego życie. Żołnierze ci trafiali na stos, jeśli ich podopieczny zginął. Taka była tradycja.
Na lewym skrzydle stały karnie szeregi Słowików. Połowa z nich. Na razie nie mieli wielu okazji do walki, choć najwyraźniej aż się do niej palili.
Zza jej pleców dobiegło ponure trąbienie słoni. Ukryte za wzgórzem zwierzęta słyszały bitwę, zapewne czuły też krew i niepokoiły się.
Muszą czekać. Niech Krwawy Kahelle pokaże wreszcie, jaki ma plan na wygranie tej bitwy. Bo skoro nie udawało mu się zmusić ich do ataku, na pewno wykombinował coś innego.