W Pogoni Za Rozumem
- Автор: Филдинг Хелен
- Серия: Bridget Jones (pl) #2
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «W Pogoni Za Rozumem». Краткое содержание книги:
– Nie przejmuj się, kochanie. Na pewno jej nie mówiłaś, że przyjdziecie. Po prostu coś sobie ubzdurała. Spróbuję wszystko załatwić. A zła wiadomość jest taka, że jednak jedzie do Kenii.
Mama wyrwała mu słuchawkę.
– Z paszportem wszystko załatwione. Zrobiłam sobie śliczne zdjęcie w tym sklepie ślubnym w Kettering, wiesz, tam, gdzie Ursula Collingwood zrobiła zdjęcia Karen.
– Wyretuszowali je?
– Nie! – oburzyła się. – Może i coś tam kombinowali z komputerem, ale nie miało to nic wspólnego z retuszem. W każdym razie Una i ja jedziemy w przyszłą sobotę. Na dziesięć dni. Afryka! Pomyśl tylko!
– A co z tatą?
– Słowo daję, Bridget! Trzeba używać życia! Jeżeli tato woli spędzać swoje życie między polem golfowym, robieniem przetworów i szopą, to już jego sprawa!
W końcu udało mi się ją spławić, do czego wydatnie nakłonił mnie Mark, który sterczał nade mną, w jednej ręce trzymając zwiniętą gazetę, a drugą stukając w zegarek. Poszliśmy do niego i teraz naprawdę mu uwierzyłam, bo zobaczyłam tam gospodynię, która sprzątała w kuchni, i piętnastu jej krewnych, którzy najwyraźniej czcili Marka jak bożka. Zostaliśmy w domu i zapaliliśmy wszystkie świece w sypialni. Hurra! Chyba już wszystko w porządku. Tak. Definitywnie w porządku. Kocham Marka Darcy’ego. Niekiedy trochę mnie przeraża, ale tak naprawdę to jest bardzo miły i słodki. To dobrze. Chyba. Zwłaszcza że za dwanaście dni walentynki.
3 lutego, poniedziałek
57,5 kg (bdb), jedn. alkoholu 3, papierosy 12, liczba dni do walentynek 11, liczba minut spędzonych na snuciu obsesyjnych rozważań na temat błędu, jakim jest obsesyjność feministek na punkcie walentynek: w przybliżeniu 162 (źle).
8.30.
Mam nadzieję, że tacie nic nie będzie. Skoro mama wyjeżdża w sobotę, to znaczy, że zostawi go samego w walentynki, co nie jest zbyt miłe. Może wyślę mu kartkę, niby od tajemniczej wielbicielki. Ciekawe, co zrobi Mark? Na pewno przynajmniej przyśle mi kartkę. To znaczy, z całą pewnością przyśle. I może pójdziemy na kolację albo gdzieś się zabawić. Mmmm. B. miło w końcu mieć faceta w walentynki. O, telefon.
8.45.
To był Mark. Jutro na dwa tygodnie jedzie do Nowego Jorku. Prawdę mówiąc, był dość nieprzyjemny i powiedział, że nie ma czasu dzisiaj się ze mną spotkać, bo musi uporządkować wszystkie papiery. Starałam się być miła i odparłam: „Och, to miło”, ale kiedy odłożyłam słuchawkę, wrzasnęłam: „Przecież za tydzień w piątek są walentynki. Aaaaaaa!” No i tak. Zachowuję się niedojrzale. Liczy się związek, a nie cyniczne sztuczki marketingowe.
4 lutego, czwartek – 8.00.
W kawiarni nad cappuccino i czekoladowym croissantem. A widzicie! Wyrwałam się z kieratu negatywnych myśli, bo może to i lepiej, że Mark wyjeżdża. Dam mu szansę rozciągnąć się jak marsjańska gumka, jak to radzą w książce Marsjanie i Wenusjanki na randce, i poczuć przyciąganie. A ja będę miała szansę popracować nad sobą i zająć się własnym życiem.
Plan na czas nieobecności Marka:
1. Codziennie chodzić na siłownię.
2. Spędzić całą masę cudownych wieczorów z Jude i Shazzer.
3. Zabrać się do sprzątania mieszkania.
4. Spędzać czas z tatą, kiedy mama wyjedzie.
5. Z całych sił starać się poprawić swoją pozycję w pracy.
Aha, no i oczywiście schudnąć trzy kilo.
Południe.
W biurze. Spokojny poranek. Dostałam do zrobienia materiał o zielonych samochodach.
– Chodzi o ekologiczną zieleń, Bridget – powiedział Richard Finch – a nie o kolor zielony.
Szybko sobie uświadomiłam, że materiał o zielonych samochodach w ogóle nie pójdzie, więc oddałam się fantazjom na temat Marka Darcy’ego i na własny użytek opracowałam projekt nowej papeterii w komputerze, używając różnych czcionek i odcieni, a jednocześnie wymyślałam nowe tematy, które naprawdę zawiodłyby mnie na szczyt… Aaaa!
12.15.
To ten cholerny Richard Finch ryknął:
– Bridget! To nie jest jakiś cholerny dom emeryta! To biurowe zebranie produkcji telewizyjnej! Jeśli już musisz gapić się przez okno, przynajmniej powstrzymaj się od oblizywania pióra. No jak, mogłabyś to zrobić?
– Tak – odparłam naburmuszona, odkładając pióro na biurko.
– Nie, nie chodzi mi o wyjęcie pióra z ust, tylko o to, czy mogłabyś znaleźć mi pięćdziesięcioletniego wyborcę ze środkowej Anglii, z własnym domem, który jest za?
– Jasne, nie ma sprawy – rzuciłam lekko, myśląc, że później spytam Patchouli, za czym ten wyborca ma być.
– Za czym? – spytał Richard Finch. Uśmiechnęłam się do niego szalenie tajemniczo.
– Zdaje się, że właśnie odpowiedziałeś na własne pytanie – powiedziałam. – Mężczyznę czy kobietę?
– I mężczyznę, i kobietę – wycedził sadystycznie Richard. – Po jednej osobie.
– Hetero czy gejów? – odparowałam.
– Powiedziałem, ze środkowej Anglii – burknął markotnie. – A teraz leć, cholera, do telefonu i pamiętaj, żeby na przyszłość wkładać spódnicę, bo mi rozpraszasz zespół. Słowo daję, zupełnie jakby w ogóle to zauważyli. Mają obsesję na punkcie własnej kariery, a poza tym moja spódnica wcale nie jest taka krótka, tylko po prostu podjechała mi do góry. Patchouli mówi, że wyborca ma być za euro lub inną walutą wspólną. Co jej zdaniem wychodzi na jedno. O żesz kurde. Dobra. O, telefon. To pewnie biuro prasowe Gabinetu Cieni.
12.25.
– O, cześć, kochanie. – Wrrr. To była moja matka. – Słuchaj, masz jakiś obcisły top?
– Mamo, prosiłam cię, żebyś nie dzwoniła do mnie do pracy, jeżeli nie jest to coś pilnego – syknęłam.
– No wiem, ale widzisz, jedziemy w sobotę, a w sklepach jeszcze jest pełno zimowych ciuchów.
Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Trochę potrwało, zanim udało mi się jej przerwać.
– Słowo daję, Bridge – powiedziała, kiedy już go przedstawiłam. – Chyba nie chcesz, żeby nocą niemieckie ciężarówki wywiozły nam całe złoto?
– Ale mamo, jak sama mówisz, trzeba używać życia! Musisz spróbować wszystkiego! Milczenie.
– To umocni walutę ludów afrykańskich. – Nie byłam pewna, czy to rzeczywiście prawda, ale nic nie szkodzi.
– No, może i tak, ale nie mam czasu na występowanie w telewizji, bo muszę się pakować.
– Słuchaj – syknęłam. – Chcesz ten top czy nie?
12.40.
Hurra! Udało mi się znaleźć niejednego, nie dwóch, lecz trzech wyborców ze środkowej Anglii. Una chce przyjść z mamą, żeby przejrzeć moją garderobę, a potem skoczyć do Dickens & Jones, a Geoffrey chce wystąpić w telewizji. Jestem researcherem najwyższej klasy.
– No! Jesteśmy zajęci, co? – Richard Finch był postlunchowo spocony i rozochocony. – Planujemy Jonesowską wersję naprawdę efektywnego programu waluty wspólnej, co?
– Niezupełnie – wymruczałam z luzackim, samokrytycznym uśmiechem. – Ale znalazłam dla ciebie tych wyborców ze środkowej Anglii, którzy są za. Właściwie to trzech – dodałam od niechcenia, przerzucając „notatki”.
– O, nikt ci nie powiedział? – spytał, uśmiechając się złośliwie. – Zrezygnowaliśmy z tego tematu. Teraz robimy zamachy bombowe. Możesz dla mnie znaleźć paru torysów – pasażerów z biletami okresowymi ze środkowej Anglii, którym trafiają do przekonania argumenty IRA?
20.00.
Uch. Spędziłam trzy godziny na smaganej wiatrem Victorii, próbując skierować uwagę pasażerów na IRA – do tego stopnia, że zaczęłam się obawiać, że zostanę aresztowana i przewieziona do Maże Prison. Wróciłam do biura, martwiąc się, co mama i Una znajdą w mojej garderobie, i wpakowałam się prosto na Richarda Fincha: „Chyba nie wierzyłaś, że kogoś znajdziesz, co? Frajerka!” Muszę zmienić pracę. Ojej, telefon. To był Tom. Hurra! Wrócił!