Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
Schielke miał sprecyzowany cel swojej pieszej wędrówki. Zmierzał do redakcji „Schlesische Zeitung”, mieszczącej się w kamienicy na rogu Marstallgasse. Dotarłszy tam, zapukał energicznie do drzwi oznaczonych odpowiednią tabliczką. Otworzył mu mężczyzna w średnim wieku z ręką na temblaku.
-Przepraszam, czy nie jest za późno, żeby dać ogłoszenie w jutrzejszym wydaniu?
-Nie. - Mężczyzna potrząsnął głową. - Ale muszę panu policzyć za ekspres.
-Oczywiście.
Wszedł do zadymionego pomieszczenia. Mężczyzna rozłożył wielki zeszyt na swoim blacie w kantorku.
-Jakie to ma być ogłoszenie?
-O nowej powieści. Ale chcę na stronie redakcyjnej.
Tamten podniósł zdziwiony oczy.
-To będzie trochę drożej - powiedział. Potem cmoknął cicho. - Mój Boże, świat się kończy, Hunowie nadciągają, Hannibal u bram, a tu jeszcze powieści wydają. - Wzruszył ramionami. - Co mam złożyć?
Schielke podyktował z pamięci. Profesor Moriarty - największy wróg Holmesa - tylko to miał w głowie. I największy przyjaciel detektywa, jego brat Mycroft.
-Chciałbym zamówić jeszcze jedną usługę. Ci chłopcy, którzy sprzedają rano gazety...
-Wiem, o co panu chodzi - przerwał człowiek z ręką na temblaku. - Jest taka usługa. Mają wykrzyczeć treść pańskiego ogłoszenia zaraz po tytule dnia?
-Tak.
-Ale to będzie dużo kosztowało. - Wskazał palcem odpowiednią pozycję w cenniku. - Płatne z góry i gotówką.
-Oczywiście.
-Dobrze, to zapisuję. - Znowu nachylił się nad zeszytem. - Co chłopcy mają krzyczeć po tytule dnia? Maksimum trzy krótkie zdania.
Schielke już wiedział.
-Niech krzyczą... - zapalił papierosa i wydmuchnął dym. - Niech krzyczą: „Nowa powieść! Profesor Moriarty zastawił pułapkę! Mycroft czeka pod portalem!”.
-Hm... dziwne. Ale co mnie to obchodzi. Pan płaci.
Portali w Breslau było tysiące. Wszystkie kościoły, a liczba ich była wręcz magiczna, większość budowli publicznych, ba, nawet domy prywatne, należące do bogatych obywateli. Ogromna liczba. Ale tylko jeden, którego nie trzeba było określać nazwą, choć ją miał. Portal Ołbiński.
Schielke dobrze znał historię miasta, lubił też znać historię swoich wrogów. A tu miał dwa w jednym. Portal był ufundowany przez Piotra Włostowica, palatyna Bolesława Krzywoustego i ostał tu wmurowany po zniszczeniu klasztoru na Elbing, dzielnicy niegdyś położonej daleko za miastem, teraz kilka przecznic dalej, za Odrą. Królowi Polski bardzo nie odpowiadał kniaź Wołodar. Wysłał więc Piotra z misją. Włostowic niby to zbuntował się ze swoim wojskiem, przeszedł na drugą stronę i tak się zaprzyjaźnił z kniaziem, że nawet trzymał do chrztu jego syna. A potem porwał go i przywiódł przed oblicze króla. Typowy polski manewr, powtórzony zresztą przez generała Żeligowskiego. Piłsudski kazał mu zbuntować się z wojskiem i zająć Wilno. Mógł się tłumaczyć przed Ligą Narodów: „To przecież nie ja, to przeklęci buntownicy!”. Gorzej miał sam Żeligowski, którego posłowie do Ligi pytali: „Jak mamy im wytłumaczyć, żeśmy się zbuntowali, a Polska przesyła nam broń, zaopatrzenie i rekrutów?”. Generał tylko rozłożył ręce. „Powiedzcie im tak: no i cóż zrobisz? No przysyłają psubraty wszystko, czego nam trzeba i... No i cóż zrobisz?”
Schielke jeszcze raz zerknął na trzynastowieczny portal. Włostowic miał niezły charakter. Następca Krzywoustego, Władysław II popadł z nim w konflikt i... dość szybko zyskał przydomek Władysław Wygnaniec. Typowo polskie podejście do prawy. I dlatego Schielke śmiał się z Rosjan, którzy chcieli dać Breslau swoim sprzymierzeńcom, w domyśle traktując ich jako poddanych i sądząc, że dzięki temu sami się tu rozsiądą. Tak... Rozsiądą się. Równie dobry efekt mogliby uzyskać, siadając gołym tyłkiem na beczce prochu z zapalonym papierosem w ustach. Tak, efekt ten sam, ale uzyskany znacznie szybciej. Do tego prowadzi nieznajomość mentalności innego narodu.
Zerknął na zegarek. Dziesiąta czternaście. Regulował zegarek dziś rano, według sygnału radiowego. Gdzie teraz mógł być Holmes? Czy odczytał przekaz wykrzykiwany przez chłopców roznoszących gazety? Obserwował najdłuższą wskazówkę, jak przesuwa się na dwunastkę. Kwadrans po dziesiątej. Agenci wywiadu są skrajnie punktualni. Więc co się stało teraz? Znajdował się o kilkaset metrów od Piwnicy, ale nie mógł przecież zrobić ani kroku w tamtą stronę. Co tam się stało? Czy Rrupmann złapał Holmesa? Czy polski oficer zrozumiał przekaz i zdołał uciec? I czy przyjdzie na spotkanie pod portalem? Rozejrzał się wokół. Nic. Zwykli przechodnie, niewielka grupa polskich robotników przymusowych sprzątająca ulicę, jakiś furgon wiozący skrzynki przykryte plandeką.
- Przepraszam najmocniej, panie oficerze - powiedział jeden z robotników koszmarną, koślawą niemczyzną. - Czy mógłbym tu posprzątać?
Nic nie mówiąc, Schielke odsunął się łaskawie. I nagle ktoś z grupy obszarpańców rzucił mu pod nogi kulkę papieru. „Co to za chamstwo!” - Chciał ryknąć odruchowo, na szczęście zdołał się powstrzymać w ostatniej dosłownie chwili. Przydepnął kulkę czubkiem buta. Robotnicy oddalali się powoli. Nie patrzył za nimi, bo i po co? Nasunięte głęboko czapki, twarze okutane szalikami. Zapalił papierosa. Udając, że chce zawiązać sznurowadło, podniósł papier i prostując się, dyskretnie schował go do kieszeni. Drżał z niecierpliwości, ale spokojnie zaciągnął się parę razy. Dopiero po dłuższej chwili ruszył powoli, spacerowym krokiem w stronę kościoła Świętego Wojciecha. Przystanął kilka razy przy wystawach maleńkich sklepików na Albrechtstrasse, żeby sprawdzić, czy nie jest śledzony. Wszystko niby w porządku, ale zawróci! nagle i szybkim krokiem zaczął iść z powrotem w kierunku Rynku. Nikt nie szedł za nim, skręcił więc w Altbiisserstrasse, a potem w Kupferschmiedeslrasse, która zaprowadziła go na Neumarkt. Tu, mimo zimy i okropieństw wojny, wokół wrzał normalny ruch handlowy, każdy człowiek bez większego trudu mógł zgubić się w tłumie pomiędzy straganami.
Schielke podszedł do wspaniałej fontanny Neptuna na środku placu. Ostrożnie wyjął z kieszeni kartkę i dyskretnie sprawdził. Tak, w środku był list!
Ruszył szybko w stronę Markthalle, przeszedł zygzakiem pomiędzy licznymi straganami, przepychając się przez tłum kupujących kobiet i opuścił futurystyczną budowlę po drugiej stronie. Skręcił w lewo i minął Sand Briicke. Tuż przy młynie był mały szynk przeznaczony głównie dla ludzi wożących ziarno i mąkę. O tej porze nie było tu nikogo oprócz niezadowolonej z czegoś barmanki i zaspanego szatniarza. Nie dziwiła go obecność szatni w takim lokalu, wszyscy robotnicy mieli przecież brudne okrycia.
-Jest tu telefon? - zapytał, oddając płaszcz i czapkę.
Mężczyzna skinął głową i wskazał mały kantorek przyklejony do ściany. Schielke podszedł jednak najpierw do barmanki.
-Poproszę o ogromną, gorącą i mocną kawę.
-A zdobyliśmy już Amerykę Południową?
Uśmiechnął się. Odważna była.
-Mamy coś, co niby nazywają kawą - wyjaśniała. — Ale to niedobre.
-A co jest dobre?
-Piwo, wódka, golonka.
-Wie pani. Ja praktycznie nie piję alkoholu.
-To proponuję herbatę. Ale też niech się pan nie spodziewa chińskiej.
-Wiem, wiem. Całe zapasy wypili Japończycy.
Podszedł do telefonu. Szybko rozwinął rzuconą mu przez robotnika kartkę. List był bardzo krótki.
Drogi Mycrofcie. Dziękuję za uprzejme zainteresowanie i troskę. Mam propozycję. Jeśli nie masz żadnych ważniejszych zajęć, to może wygospodarowałbyś dla mnie jeszcze trochę czasu? Jeśli tak, to proszę, wsiądź jutro o siedemnastej do dorożki stojącej na podjeździe ogrodu zoologicznego.