Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Doprawdy, panie — rzekł d’Artagnan, składając znów ukłon — jesteś tak dworny, że czuję się wielce zobowiązany.
— Zawstydzasz mnie — odparł Atos z wielkopańską swobodą — ale mówmy o czym innym, chyba że będzie ci to niemiłe. Ach, u kaduka, jakżeś mnie uraził! Ramię mi płonie.
— Gdybyś zechciał pozwolić... — rzekł d’Artagnan nieśmiało.
— Na co, panie?
— Mam cudowny balsam na rany; dostałem go od matki i wypróbowałem już na sobie.
— A więc?
— Jestem pewien, że w ciągu trzech dni ten balsam pana uzdrowi, a po trzech dniach będę zaszczycony, jeśli zechcesz się ze mną potykać.
D’Artagnan powiedział te słowa z prostotą, która przynosiła zaszczyt dwornym obyczajom młodzieńca, nie czyniąc ujmy jego odwadze.
— U kaduka, mój panie, ta propozycja mi się podoba: nie powiadam, że ją przyjmuję, ale jest to mowa godna szlachcica. Tak mówili i postępowali bohaterowie za czasów Karola Wielkiego, których każdy kawaler powinien naśladować. Niestety, nie żyjemy w czasach wielkiego cesarza. Żyjemy w czasach pana kardynała i za trzy dni, choćbyśmy najpilniej strzegli tajemnicy, będzie wiadomo, że mamy się bić, i znajdą się tacy, co sprzeciwią się naszemu pojedynkowi. Ależ czy ci panowie nigdy nie przyjdą?
— Jeśli panu się śpieszy — rzekł d’Artagnan do Atosa z tą samą prostotą, z jaką przed chwilą proponował mu odłożenie pojedynku na trzy dni — jeśli panu się śpieszy i jeśli rad byś skończyć ze mną natychmiast, bądź łaskaw się nie krępować.
— Oto znów słowa, które bardzo mi się podobają — rzekł Atos, z wdziękiem skinąwszy głową d’Artagnanowi — tak nie mówi człowiek głupi ani tchórzliwego serca. Mości panie, lubię ludzi twego pokroju i widzę, że jeśli jeden z nas nie zabije drugiego, znajdę prawdziwą przyjemność w rozmowach z tobą. Poczekajmy na tych panów, jeśli łaska, na czasie mi nie zbywa, a sądzę, że będzie to bardziej właściwe. Ale oto jeden z nich, jak mi się zdaje.
W istocie u wylotu ulicy Vaugirard[*] ukazała się ogromna postać Portosa.
— Jak to — zawołał d’Artagnan — pańskim pierwszym sekundantem jest pan Portos?
— Tak, czy to panu nie dogadza?
— Nie, bynajmniej.
— A oto drugi.
D’Artagnan zwrócił się w kierunku wskazanym przez Atosa i rozpoznał Aramisa.
— Jak to — zawołał z jeszcze większym zdziwieniem — drugim sekundantem jest pan Aramis?
— Oczywiście, czy nie wiesz, że wszędzie bywamy razem, że wśród muszkieterów i gwardzistów, na dworze i w mieście nazywają nas Atos, Portos i Aramis albo trzej nierozłączni? Zresztą, jako że przybywasz z Dax[*] czy z Pau[*]...
— Z Tarbes — rzekł d’Artagnan.
— Możesz więc nie wiedzieć o tym — rzekł Atos.
— Na honor — powiedział d’Artagnan — pięknie was nazywają, panowie; jeśli moja przygoda nabierze rozgłosu, dowiedzie przynajmniej, że wasza przyjaźń nie opiera się na przeciwieństwach.
Tymczasem Portos zbliżył się i powitał Atosa skinieniem ręki, potem odwrócił się w stronę d’Artagnana i stanął jak wryty.
Zaznaczmy mimochodem, że zmienił pendent i nie miał już na sobie płaszcza.
— Ach — zawołał — cóż to znaczy?
— Biję się właśnie z tym panem — rzekł Atos wskazując ruchem ręki d’Artagnana i witając zarazem Portosa.
— I ja biję się z tym panem — rzekł Portos.
— Ale dopiero o pierwszej — odparł d’Artagnan.
— I ja biję się z tym panem — rzekł Aramis, zbliżając się do nich.
— Ale dopiero o drugiej — powiedział d’Artagnan równie spokojnie jak przedtem.
— Ale dlaczego się bijesz, Atosie? — zapytał Aramis.
— Na honor, sam dobrze nie wiem, uraził mnie w ramię. A ty, Portosie?
— Na honor, biję się, bo się biję — odparł Portos z rumieńcem na twarzy.
Atos, którego uwagi nic nie uchodziło, ujrzał lekki uśmiech na ustach Gaskończyka.
— Posprzeczaliśmy się w sprawach stroju — rzekł młodzieniec.
— A ty, Aramisie? — zapytał Atos.
— Ja biję się z przyczyn natury teologicznej — odparł Aramis, prosząc gestem d’Artagnana o zachowanie w tajemnicy przyczyny pojedynku.
Atos ujrzał, jak uśmiech znów pojawił się na ustach d’Artagnana.
— Doprawdy? — rzekł.
— Tak, chodzi o ustęp ze świętego Augustyna, co do którego nie byliśmy zgodni.
— To pewna, że temu chłopcu nie zbywa na dowcipie — mruknął Atos.
— A teraz, kiedy jesteście już wszyscy, panowie, pozwólcie, że was przeproszę.
Gdy powiedział słowo “przeproszę”, chmura przemknęła przez czoło Atosa, pogardliwy uśmiech prześliznął się po ustach Portosa, a przeczący gest był odpowiedzią Aramisa.
— Nie zrozumieliście mnie, panowie — rzekł d’Artagnan unosząc głowę; na jego twarzy igrał teraz promień słońca, złocąc rysy delikatne i dumne — przepraszam was na wypadek, gdybym nie mógł spłacić mego długu wobec was wszystkich, jako że pan Atos ma prawo zabić mnie pierwszy, co umniejsza znacznie twoje szansę, panie Portosie, i przekreśla niemal zupełnie twoje, panie Aramisie. A zatem, panowie, przepraszam was raz jeszcze, ale tylko za to... i stawajmy!
Przy tych słowach d’Artagnan ruchem nadzwyczaj rycerskim wyciągnął swą szpadę z pochwy.
Krew uderzyła mu do głowy i w owej chwili dobyłby szpady przeciw wszystkim muszkieterom królestwa, jak dobywał jej przeciw Atosowi, Porostowi i Aramisowi.
Biła dwunasta piętnaście. Słońce stało w zenicie i żar zalewał łąkę, na której miał się odbyć pojedynek.
— Jest bardzo gorąco — rzekł Atos wyciągając z kolei szpadę — ale nie będę mógł zdjąć kaftana; jeszcze przed chwilą bowiem czułem, że rana mi krwawi, a obawiałbym się, iż byłoby ci przykro patrzeć na krew, której sam nie rozlałeś.
— Bądź pewny, panie — rzekł d’Artagnan — że zawsze z przykrością będę patrzeć na rany równie dzielnego szlachcica, bez względu na to, czy sam je spowodowałem, czy kto inny; biję się zatem w kaftanie, tak jak i pan.
— Nuże, moi panowie, dość już grzeczności, pamiętajcie, że czekamy na swoją kolej — powiedział Portos.
— Mów we własnym imieniu, Portosie, gdy wygłaszasz równie niestosowne zdania — przerwał Aramis. — Jeśli idzie o mnie, mniemam, że to, co mówią ci panowie, jest nader dobrze powiedziane i godne szlachciców.
— Jestem gotów, panie — rzekł Atos stając w pozycji.
— Czekam na rozkazy — rzekł d’Artagnan krzyżując z nim szpadę.
Ale zaledwie rapiery zadźwięczały w pierwszym złożeniu, kiedy oddział gwardii Jego Eminencji, pod dowództwem pana de Jussac[*], ukazał się za węgłem klasztoru.
— Gwardziści kardynała! — zawołali naraz Portos i Aramis. — Szpady do pochew! Panowie, szpady do pochew!
Ale było już za późno. Pozycja, w której stali dwaj przeciwnicy, mówiła aż nazbyt wyraźnie o ich zamiarach.
— Hola! — krzyknął Jussac zbliżając się do nich i dając znak swym ludziom, by uczynili to samo. — Hola, panowie muszkieterowie, bijecie się tutaj? Więc edykty nic was nie obchodzą?
— Wielce jesteście cnotliwi, panowie gwardziści — rzekł Atos pełen wściekłości, ponieważ Jussac był jednym z wczorajszych napastników. — Zaręczam, gdybyśmy widzieli, że się bijecie, nie usiłowalibyśmy wam przeszkodzić. Pozwólcie więc nam robić swoje, a zabawicie się nie narażając na kłopoty.
— Panowie — odparł Jussac — oświadczam wam z wielką przykrością, że rzecz jest niemożliwa. Obowiązek przede wszystkim. Schowajcie więc szpady, jeśli łaska, i proszę za nami.