Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Rzeczywiście, to wykonalne, ale ta historyjka sama w sobie jest odpowiedzią na pytanie o dodatkowe warunki, jakie musiałby spełniać kosmos, w którym lód znalazł się we wnętrzu gwiazdy. Gdybyś mógł go zamrozić, zatrzymać czas…
— Umówmy się, że teleporter ma wbudowany interfejs użytkownika ułatwiający to: pozwala się cofać dowolną liczbę razy do tej samej chwili.
— Świetnie. Gdybyś tak zrobił i obejrzał z bliska okolice tej bryły lodu, dostrzegłbyś zmieszane z materią gwiezdną ciężkie jądra atomowe ze spalonej osłony cieplnej. Zobaczyłbyś w próżni ślad rakiety, smugę kondensacyjną, która doprowadziłaby cię do osmalonego stanowiska startowego. Stanowisko musiałoby się znajdować na planecie, na której rozwinęło się życie wystarczająco inteligentne, żeby konstruować rakiety. Kręciliby się wokół niego ludzie, którzy poświęcili całe lata na zaprojektowanie i zbudowanie tamtego pocisku. Ich neurony zarejestrowałyby wspomnienia tej pracy i samego startu rakiety. W retikulach zarchiwizowaliby szpile dokumentujące przedsięwzięcie. Te wspomnienia i nagrania — spójne, zgodne ze sobą — sprowadzają się w ostatecznym rozrachunku do określonego układu atomów w przestrzeni, czyli…
— Czyli same są elementami konfiguracji zakodowanymi we współrzędnych tego punktu w przestrzeni Hemna — stwierdził Emman stanowczo. Teraz naprawdę zrozumiał. — To właśnie masz na myśli, mówiąc o współmożliwości.
— Tak.
— Wiele punktów w przestrzeni Hemna może uwzględniać lód we wnętrzu gwiazdy, ale tylko nieliczne z nich…
— …tylko ich mała, maleńka liczba…
— …zawiera kompletny i spójny zapis procesu, który do tego doprowadził.
— No właśnie. Kiedy wypuszczasz się na szerokie wody praksis i wymyślasz system wystrzeliwania pocisków, w rzeczywistości wymyślasz Historię, która doprowadziłaby do stworzenia warunków — pozostawionych przez twój projekt śladów w kosmosie — współmożliwych z lodem we wnętrzu gwiazdy.
Przeszliśmy kawałek w milczeniu, zanim Emman znów się odezwał:
— Weźmy może mniej wyrafinowany przykład: ubranie suur Karvall. Kiedy się na nią patrzy…
— Człowiek odruchowo zaczyna się zastanawiać, jak wygląda zawiązywanie tych wszystkich węzłów.
— Albo rozwiązywanie.
— Ona jest setniczką — ostrzegłem go. — Konwoks nie będzie trwał wiecznie.
— Wiem, nie powinienem się za bardzo przywiązywać. Mógłbym umówić się z nią na randkę w trzy tysiące siedemsetnym…
— Albo zostać fraa — zasugerowałem.
— Kto wie, czy nie będę musiał… Czekaj, czy ty wiesz, dokąd idziesz?
— Oczywiście. Za tobą.
— A ja za tobą.
— To by znaczyło, że zabłądziliśmy.
Błąkaliśmy się chwilę bez celu, dopóki nie napatoczyliśmy się na dwie prasuur na przechadzce i nie zapytaliśmy o drogę do kapituły edharskiej.
— W skrócie… — zaczął Emman, kiedy wróciliśmy na właściwe tory. — W każdym kosmosie… to znaczy, na każdej trajektorii świata wszystko ma sens. Prawa natury są przestrzegane.
— Zgadza się. To właśnie trajektoria świata: zbiór punktów w przestrzeni Hemna ułożony w taki sposób, żeby nie naruszały praw naturalnych.
— Spróbuję to sobie przełożyć na język teleportera, bo w ten sposób będę to później tłumaczył innym. Cała idea teleportera polega na tym, że w dowolnym momencie może cię przenieść w dowolne miejsce. Możesz w przypadkowy sposób przeskakiwać pomiędzy kosmosami. Jednakże tylko jeden punkt w przestrzeni opisuje stan, jaki kosmos, w którym się znajdujesz, przyjmie w następnym ułamku sekundy, jeżeli prawa natury mają pozostać nienaruszone. Dobrze mówię?
— Nie najgorzej, ale…
— Widzisz, mnie chodzi o to, że ludzie, z którymi będę o tym rozmawiał, słyszeli o prawach natury, niektórzy pewnie nawet trochę je studiowali, i to im wystarcza. A tu nagle przychodzę ja i zaczynam im opowiadać o przestrzeni Hemna. To dla nich zupełnie nowa idea, więc robię im wykład, wszystko tłumaczę, opowiadam o teleporterze, lodzie, gwiazdach, śladach na stanowisku startowym… Aż tu jeden z nich podnosi rękę i mówi: „Panie Beldo, zabrał nam pan kilka cennych godzin, przedstawiając calcę na temat przestrzeni Hemna… Byłby pan łaskaw streścić to w dwóch słowach?”. Na co ja odpowiadam: „Proszę bardzo: w naszym kosmosie obowiązują prawa natury”. Wtedy usłyszę…
— „To wiedzieliśmy i bez ciebie, durniu. Jesteś zwolniony!”.
— Otóż to! Będę musiał uciekać i wstąpić do matemu, najlepiej tego samego, w którym jest Karvall.
— Pytasz o to…
— Jakie praktyczne korzyści daje nam przyjęcie modelu przestrzeni Hemna? Powiedziałeś już, że łatwiej się w niej uprawia teorykę, ale gryzipiórków teoryka nie interesuje.
— Zacznijmy od tego, że nie jest prawdą, jakoby w każdej chwili istniał tylko jeden następny punkt trajektorii zgodny z prawami natury.
— Oho, wyczuwam mechanikę kwantową.
— I słusznie. Cząstka elementarna może się rozpaść, co jest zgodne z prawami natury, ale równie dobrze może przetrwać, i to również jest zgodne z prawami natury. Tym niemniej jej rozpad i brak rozpadu prowadzą nas do dwóch różnych punktów w przestrzeni Hemna…
— Trajektoria się rozwidla.
— Trajektorie nieustannie się rozwidlają, zawsze, kiedy dochodzi do redukcji stanów kwantowych. A to się zdarza bardzo często.
— Ale cokolwiek by się działo, trajektoria naszego świata zawsze jest posłuszna prawom natury.
— Obawiam się, że tak.
— No to wróćmy do mojego pytania.
— Co nam daje przestrzeń Hemna? Na przykład ułatwia myślenie o mechanice kwantowej.
— Gryzipiórki nie myślą o mechanice kwantowej!
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Czułem się jak zwykły zagubiony deklarant.
— Może w ogóle nie powinienem wspominać o przestrzeni Hemna?
— Zapytajmy Jesry’ego — zaproponowałem. — Dobrze się prezentuje.
Dotarliśmy bowiem do klauzury edharczyków i wypatrzyłem Jesry’ego, który rysował coś patykiem na żwirowej ścieżce ku uciesze dwojga przyglądających mu się deklarantów. W świetle księżyca wszyscy troje wyglądali jak naszkicowani w popiele zalegającym w kominku, a jednak wcale nie byli do siebie podobni. Przy suur i fraa z jakichś kosmopolitycznych zakonów, w których preferowano eleganckie, wyrafinowane zawoje, Jesry przypominał młodego proroka z jakiejś prastarej księgi. Ja sam czułem się rano jak ostatni prostak, kiedy podczas przygarnięcia patrzyłem na stroje innych deklarantów — ale to był problem ze mną; gdyby tak samo ubrać Jesry’ego, wszystkim wydałby się twardy, srogi, surowy i, co tu dużo mówić, po prostu męski. Patrząc na niego, zrozumiałem, dlaczego fraa Lodoghir z takim upodobaniem usiłował mnie splantować. Edharczycy imponowali innym, a Orolo uczynił z nas gwiazdy. Dla Lodoghira plenum było okazją, żeby odegrać się chociaż na jednym z nas.
— Jesry! — zawołałem.
— Cześć, Ras. Nie zaliczam się do ludzi, którzy uważają, że na plenum wypadłeś beznadziejnie.
— Dzięki. Podaj mi przykład jednej korzyści płynącej z używania przestrzeni konfiguracyjnej, której nie da się uzyskać w inny sposób.
— Czas — odparł.
— No tak. Czas.
— A mnie się wydawało, że czas nie istnieje! — burknął sarkastycznie Emman.
Jesry przyglądał mu się przez długą chwilę, zanim znów zwrócił się do mnie:
— Twój przyjaciel rozmawiał z fraa Jaadem?
— To bardzo miło, że przestrzeń Hemna pozwala nam odmierzać czas, ale Emman zaraz powie, że gryzipiórki, z którymi musi rozmawiać, już bez niej wierzą w istnienie czasu…