Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Oburzeni Arsibalt i Karvall uciszyli mnie posykiwaniem. Barb spojrzał na mnie i oznajmił:
— Macie być cicho, bo nie słychać, co się dzieje w…
Uciszyłem go. Arsibalt uciszył mnie. Karvall uciszyła Arsibalta.
Rozmowa w messalanie doszła do sedna: co łączy ideę przestrzeni konfiguracyjnej i trajektorii światów z istnieniem różnych rodzajów materii na „Pangei”, „Diaspie”, „Antarkcie”, „Quatorze” i Arbre.
— W okresie Rekonstrukcji panowało powszechne przekonanie, że obowiązujące w naturze stałe nie są konieczne, lecz warunkowe — mówiła właśnie Moyra. — Mogłyby przyjąć inne wartości, gdyby prehistoria wszechświata potoczyła się inaczej. Nawiasem mówiąc, właśnie badanie tych zagadnień doprowadziło do stworzenia nowomaterii.
— Jeżeli dobrze rozumiem, udało się w ten sposób dowieść prawdziwości twierdzenia o warunkowych wartościach stałych fizycznych — podsumowała Ignetha Foral. — Najlepszym dowodem jest nasza zdolność wytwarzania nowomaterii.
— Tak brzmi tradycyjna interpretacja — przytaknęła Moyra.
— Wspomniałaś o „prehistorii wszechświata” — wtrącił Lodoghir. — Jak daleko wstecz…
— Mówimy o nieskończenie krótkim przedziale czasu tuż po Wielkim Wybuchu, kiedy z morza energii zmaterializowały się pierwsze cząstki elementarne.
— Przypadkowo, jak niektórzy utrzymują, zmaterializowały się właśnie w takim, a nie innym kształcie — ciągnął Lodoghir. — Chociaż mogły wyglądać nieco inaczej, co doprowadziłoby do powstania kosmosu o innych stałych fizycznych i innej budowie materii.
— W rzeczy samej.
— Umielibyście przełożyć to, co właśnie zostało powiedziane, na język zrozumiały dla fraa Jaada, czyli kod Historii w przestrzeni konfiguracyjnej? — zainteresowała się Ignetha Foral.
— Spróbuję — zaofiarował się Paphlagon. — Gdybyśmy prześledzili trajektorię naszego świata (czyli ciąg punktów w przestrzeni Hemna odwzorowujący przeszłość, teraźniejszość i przyszłość naszego kosmosu) wstecz, pod prąd czasu, obserwowalibyśmy stany coraz jaśniejsze i gorętsze, coraz gęściej upakowane; przypominałoby to puszczone wstecz nagranie eksplozji na tabliczce fotomnemonicznej. Dotarlibyśmy w takie rejony przestrzeni Hemna, które w ogóle nie przypominałyby znanego nam kosmosu: byłyby to chwile tuż po Wielkim Wybuchu. Cofając się, w pewnym momencie osiągnęlibyśmy punkt, w którym te stałe fizyczne, o jakich rozmawialiśmy…
— Te dwadzieścia liczb — podpowiedziała suur Asquin.
— Te same — przytaknął Paphlagon. — Osiągnęlibyśmy miejsce, w którym nie zostały jeszcze nawet zdefiniowane; miejsce tak odmienne od naszego kosmosu, że straciłyby sens; nie byłyby określone, ponieważ na tak wczesnym etapie mogły jeszcze przyjąć dowolne wartości. Aż do tego punktu nie ma wielkich różnic między starym modelem jednokosmosowym i przestrzenią Hemna, w której każdy kosmos podąża własną ścieżką.
— Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę nowomaterię? — zapytał Lodoghir.
— Nawet. Twórcy nowomaterii nauczyli się po prostu budować maszyny pozwalające im wyzwalać ogromne energie, i w laboratoriach zaczęli na własną rękę produkować małe Wielkie Wybuchy. Dzisiejsze wyniki laboratoryjne są dla nas nowe i ciekawe z jednego powodu: gdybyśmy w ten sam sposób prześledzili wstecz trajektorie Antarkty, Pangei, Diaspu i Quatora, znaleźlibyśmy się w bardzo zbliżonym rejonie przestrzeni Hemna.
— Ich Historie zbiegają się do jednego punktu — dodał fraa Jaad.
— Kiedy bada się je wstecz — wtrącił Zh’vaern.
— Nie ma żadnego „wstecz” — odparł Jaad.
Zapadła dłuższa cisza.
— Fraa Jaad nie wierzy w istnienie czasu — skonstatowała Moyra. Miałem wrażenie, że dopiero wypowiadając te słowa, uświadomiła sobie, że ma rację.
— Ach tak! To ważny szczegół — mruknęła w kuchni suur Tris.
Nikt jej nie uciszał. Przez najbliższe kilka minut mieliśmy stać wokół stołu z zastawą i czekać na właściwy moment do podania deseru.
— Wolałbym nie wdawać się w dygresje na temat istnienia bądź nieistnienia czasu — zastrzegł Paphlagon. Chyba wszystkim ulżyło. — Rzecz w tym, że w modelu, który każe nam postrzegać pięć kosmosów (ten, w którym znajduje się Arbre, oraz cztery kosmosy Geometrów) jako trajektorie w przestrzeni Hemna, w okolicy Wielkiego Wybuchu trajektorie te bardzo się do siebie zbliżają. Moglibyśmy wręcz zapytać, czy nie były tożsame do pewnego momentu, w którym wydarzyło się coś, co spowodowało ich rozszczepienie. Może to dobre pytanie na kolejny messal; może tylko deolatrzy poważą się szukać na nie odpowiedzi.
My w kuchni zerknęliśmy ukradkiem na posługacza Zh’vaerna.
— Tak czy inaczej, różnym trajektoriom przypadły różne wartości stałych — ciągnął Paphlagon. — Efekt jest taki, że nawet gdybyśmy znaleźli się w jednym pokoju z Geometrą, który jest do nas podobny, w jądrach jego atomów znaleźlibyśmy ślad, swoisty odcisk palca, dowodzący, że pochodzi z innej Historii.
— W naszych sekwencjach genetycznych zapisane są wszystkie nasze mutacje, historia adaptacji wszystkich naszych przodków, począwszy od pierwszych żywych istot na Arbre — powiedziała suur Moyra. — W podobny sposób w materii Geometrów jest zakodowana, mówiąc językiem fraa Jaada, cała Historia ich kosmosu, od tego punktu w przestrzeni Hemna, który jest wspólny dla nas wszystkich.
— Dalej — odezwał się fraa Jaad.
Tradycyjnie — jak zwykle po stwierdzeniach fraa Jaada — zapadła cisza.
Tym razem przerwał ją wybuch śmiechu Lodoghira.
— Rozumiem! Nareszcie rozumiem! Że też byłem takim głupcem, fraa Jaadzie! Że też wcześniej nie poznałem się na tobie i twojej grze! Widzę teraz, że od początku prowadziłeś nas dyskretnie do z góry założonego celu: do Hylaejskiego Świata Teorycznego!
— Hmm, nie wiem, co mnie bardziej drażni — przyznałem. — Ton głosu Lodoghira czy fakt, że pierwszy na to wpadł.
Kilka godzin wcześniej byłem wstrząśnięty, gdy Lodoghir zaczepił mnie podczas peryklinu i wszczął niezobowiązującą pogaduszkę o naszym spotkaniu na plenum. Jak miał czelność zbliżyć się do mnie bez pancerza bojowego i oddziału inkwizytorów z ogłuszaczami? Jakim cudem nie przewidział, że resztę życia poświęcę na snucie planów krwawej zemsty? Brak odpowiedzi na te pytania sprawił, że doznałem olśnienia: dla niego to wcale nie była sprawa osobista. Wszystkie sztuczki retoryczne, zafałszowania, oczywiste kłamstwa, odwołania do emocji słuchaczy — wszystko to składało się na jego zawodowy arsenał, tak jak na mój składały się równania i sylogizmy. Do głowy mu nie przyszło, że mogę żywić jakąś urazę, tak jak Jesry nie poczułby się obrażony, gdybym wytknął mu błąd w rozważaniach teorycznych.
Przyglądałem mu się w milczeniu, mierząc w myślach dystans dzielący jego szczękę i moje knykcie. Miałem niejasne wrażenie, że przed wieczornym messalem próbuje mi pokazać, kto tu rządzi. Nie zamierzałem go słuchać. On zaś, widząc mój brak reakcji, po chwili zniechęcił się i poszedł sobie.
— Nie wiem, jak to przeżyję: z jednej strony Lodoghir, z drugiej Inkwizycja — przyznałem.
— To już masz na pieńku z Inkwizycją? — spytał Arsibalt z mieszaniną zdumienia i podziwu w głosie.
— Nie, ale Varax dał mi do zrozumienia, że jestem na cenzurowanym.
— Jak udało mu się tego dokonać?
— Wiesz, że wcześniej odbyłem dosyć… irytujące spotkanie z Lodoghirem?
— No wiem, wszyscy was widzieli.
— Nie, nie to. Później. A wiesz, kto zaczepił mnie kilka sekund potem?
— Biorąc pod uwagę kontekst twojej wypowiedzi, podejrzewam Varaksa.