Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— To niemożliwe — odezwał się Jaad, pierwszy raz tego wieczoru. — Dopóki te światy same do nas nie przyjdą.
Lodoghir wybuchnął głośnym, szczerym śmiechem.
— Przyjmij wyrazy uznania, fraa Jaadzie! Jakże mizernie prezentowałby się ten messal bez twoich puent! Nie zgadzam się z ani jednym twoim słowem, ale posiłki w twoim towarzystwie to prawdziwa rozkosz. Są takie nieprzewidywalne!
Pierwszą część jego wypowiedzi usłyszałem osobiście, drugą — przez głośnik w kuchni, pod który pospieszyłem z naręczem talerzy. Emman stał przy blacie, na którym rozłożyliśmy fototypy, i wystukiwał kciukiem coś na klawiaturze piszczka. Na mnie nie zwrócił uwagi, kiedy jednak odezwała się Ignetha Foral, podniósł głowę i zapatrzył się w jakiś nieokreślony punkt w przestrzeni.
— Materiał interesujący, wyjaśnienie rzetelne, ale ja trochę się pogubiłam. Wczoraj usłyszeliśmy jedną wersję historii wielu światów, związaną z przestrzenią Hemna i trajektoriami.
— Którą potem przez cały dzień musiałem tłumaczyć w sali pełnej biurokratów — poskarżył się Emman i demonstracyjnie ziewnął. — A teraz to!
— Dzisiaj zaś przedstawia się nam zupełnie inny wariant, niemający z tym wczorajszym nic wspólnego — ciągnęła Ignetha Foral. — Zastanawiam się, czy jutro i pojutrze czekają nas kolejne mutacje.
Te słowa wywołały niezbyt interesującą wymianę zdań w messalanie. Posługacze doskoczyli i sprzątnęli. Arsibalt przydreptał do kuchni i przyssał się do antałka.
— Muszę się wzmocnić — wyjaśnił, nie zwracając się do nikogo konkretnego. — Do końca messalu jestem skazany na rysowanie baniek.
— Co to są bańki? — zapytał mnie półgłosem Emman.
— Diagram ilustrujący przepływ informacji, czyli przyczyn i skutków, w czasie i przestrzeni.
— W czasie, który nie istnieje? — Stwierdzenie fraa Jaada zdążyło się przerodzić w dyżurny żarcik.
— Tak. Ale to nic nie szkodzi: przestrzeń też nie istnieje — powiedziałem.
Emman spiorunował mnie wzrokiem i doszedł do wniosku, że się z niego nabijam.
— Co słychać u twojego przyjaciela Lio? — zagadnął, nawiązując do poprzedniego wieczoru.
Zwróciłem uwagę, że zapamiętał imię Lio, mimo że nie przedstawiłem ich sobie, a rozmawialiśmy przecież tylko przez chwilę. Na konwoksie okazji do spotkań jednak nie brakowało, możliwe więc, że spotkali się jeszcze w innych okolicznościach. I właściwie nie zaprzątałbym sobie tym głowy, gdyby nie treść mojej rozmowy z Lio. Jeszcze wczoraj czułem się przy Emmanie zupełnie swobodnie; dzisiaj się to zmieniło. Ludzie, którzy byli mi bliscy, angażowali się w ruch wywrotowy (którego Ala była główną animatorką!); Lio również próbował mnie w to wciągnąć, kiedy Emman uparł się, że będzie mi towarzyszył w dyskucie. Czyżby państwo sekularne coś zwietrzyło i posłało go na zwiady, a on postanowił użyć mnie jako wtyczki? Źle się czułem, myśląc o nim w ten sposób, ale nie miałem innego wyjścia.
Miałem za sobą nieprzespaną noc: zmiana strefy czasowej i strach przed Czwartą Łupieżą nie dały mi zasnąć. Dobrze się złożyło, że większość dnia zajęło ogromne plenum poświęcone omówieniu manewru z satelitą oraz prezentacji fototypów i szpilów. W tylnych ławkach nawy unarystów było ciemnawo i wystarczająco przestronnie, żebym — wraz z dziesiątkami zmordowanych nocnymi nasiadówkami deklarantów — mógł się wygodnie wyciągnąć i trochę odespać. Kiedy plenum dobiegło końca, ktoś potrząsnął mnie za ramię i obudził. Wstałem, przetarłem oczy, spojrzałem w głąb nawy — i zobaczyłem Alę, pierwszy raz od czasu, kiedy na swoim voco wyszła przez drzwi w ekranie. Stała sto stóp ode mnie, otoczona wianuszkiem wyższych od niej deklarantów — głównie mężczyzn, starszych niż ona, ale prowadzących z nią jakąś poważną dysputę. Byli wśród nich sekularowie w wojskowych mundurach. Doszedłem do wniosku, że nie jest to najlepszy moment, żeby podbiec do niej i się przywitać.
— Ras? Hej, Ras! — zawołał Emman. — Ile pokazuję palców?
Tris i Karvall uznały jego zachowanie za zabawne.
— Co u Lio? — powtórzył.
— Jest bardzo zajęty. Tak jak my wszyscy. Dużo ćwiczy z Dzwonecznikami.
Emman pokręcił głową.
— Dobrze, że dbają o formę. Ciekaw jestem, które dźwignie i techniki ucisku nerwów są skuteczne przeciwko Wypalaczowi Światów.
Przeniosłem wzrok na stos fototypów. Emman zdjął kilka z wierzchu i wyciągnął zbliżenie kapsuły przyczepionej do jednego z amortyzatorów. Była pękata, jajowata w kształcie, szara, pozbawiona wszelkich oznaczeń i ozdobników i opleciona kratownicą strukturalną, na której zamontowano anteny, silniki i kuliste zbiorniki paliwa. Mogła się chyba odłączyć od statku matki i poruszać o własnych siłach. Do amortyzatora została przymocowana za pomocą szczęk, przechodzących przez kratownicę i obejmujących bezpośrednio samo jajo. Fakt ten nie uszedł uwagi konwoksu. Wykonano stosowne obliczenia, żeby oszacować wielkość szczęk, które okazały się podejrzanie duże: ich rozmiary świadczyły o tym, że jajo, które przytrzymują, jest ciężkie. Bardzo ciężkie. Nie była to zwyczajna hermetyczna kapsuła. Może miała niezwykle grube ściany? Kłopot w tym, że wyliczenia nie miały sensu, dopóki braliśmy pod uwagę tylko zwyczajne metale. Jedyna hipoteza tłumacząca to niecodzienne zagęszczenie protonów i neutronów zakładała, że jajo zostało wykonane z metalu znajdującego się tak daleko w układzie okresowym, że jego jądra — w dowolnym kosmosie — musiały być nietrwałe. Musiały się rozpadać.
Nie był to więc zwyczajny czołg, lecz urządzenie termonuklearne, potężniejsze — o kilka rzędów wielkości! — od wszystkiego, co kiedykolwiek zbudowano na Arbre. Paliwa w zbiornikach wystarczyłoby na umieszczenie pojazdu na orbicie w punkcie dokładnie przeciwległym do zajmowanego przez macierzystą jednostkę. Gdyby został zdetonowany, napromieniowałby Arbre z taką mocą, że spaliłby na popiół tę jej połowę, która byłaby akurat zwrócona w jego stronę.
— Nie spodziewam się, żeby Dzwonecznicy szykowali się do abordażu i pokonania Wypalacza w walce na pięści — odparłem. — Prawdę mówiąc, największe wrażenie robi na mnie ich znajomość taktyki i historii wojskowości.
Emman podniósł ręce w obronnym geście.
— Nie zrozum mnie źle, po prostu chciałbym w razie czego mieć ich po swojej stronie.
Znów zacząłem się dopatrywać w jego słowach ukrytych znaczeń, ale wtedy zadźwięczał dzwonek. Niczym zwierzęta laboratoryjne, nauczyliśmy się już rozróżniać brzmienie dzwonków i nie musieliśmy nawet na nie spoglądać, żeby wiedzieć, kto kogo wzywa. Arsibalt opróżnił dzbanek i wybiegł z kuchni.
Z głośnika popłynął głos Moyry:
— Uthentine i Erasmas byli tysięcznikami, toteż ich traktat został skopiowany i rozpowszechniony w świecie matemowym dopiero po drugim konwoksie milenijnym. — Mówiła o dwójce deklarantów, którzy opracowali założenia protyzmu złożonego. — Ale i wtedy przeszedł bez echa. Sytuacja zmieniła się dopiero w dwudziestym siódmym wieku, kiedy uwagę fraa Clathranda, centenarysty (a pod koniec życia milenarysty) z Saunta Edhara, zwrócił izomorfizm strzałek przyczynowo-skutkowych i przepływu czasu.
— Izomorfizm…? — zapytał Zh’vaern.
— Tożsamość formy — odparł Paphlagon. — Czas płynie w jednym kierunku. Tak nam się przynajmniej wydaje. Wydarzenia z przeszłości powodują wydarzenia w teraźniejszości, ale nie odwrotnie. Czas nigdy nie zawija się w pętlę. Fraa Clathrand zwrócił uwagę na bardzo ciekawy fakt, taki mianowicie, że informacje na temat cnoönów, czyli dane przepływające wzdłuż strzałek, zachowują się w taki sposób, jakby cnoöny znajdowały się w przeszłości.