Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Smok Odrodzony jest ta’veren, tak w każdym razie słyszałam — odezwała się w końcu Tarna, nadal gapiąc się na portret Georga. — Sądzisz, że on wszędzie odmienia los? A może sami zmieniamy przyszłość, stawiając krok za krokiem, aż odkrywamy, że doszliśmy gdzieś, gdzie się dojść nie spodziewaliśmy?
— Co masz na myśli? — spytała Pevara, nieco bardziej szorstko, niż zamierzała.
Nie podobało jej się, że Tarna tak uważnie przygląda się wizerunkowi jej brata, a jednocześnie mówi o mężczyźnie, który potrafi przenosić Moc, nawet jeżeli chodziło o Smoka Odrodzonego. Zagryzała wargę, powstrzymując się przed poleceniem Tarnie, ażeby się odwróciła i spojrzała na nią. Z pleców nie da się wszak odczytać emocji tak łatwo jak z twarzy.
— Nie przewidywałam żadnych większych trudności w Salidarze. Zresztą żadnego wielkiego sukcesu także... Jednak to, czego się dowiedziałam... — Czy kobieta potrząsnęła głową, czy też tylko przekrzywiła ją, starając się spojrzeć na miniaturę pod innym kątem? Mówiła powoli, lecz z ukrytą nutą zapamiętanego pośpiechu. — Pewnego dnia zostawiłam strażniczkę gołębi o dzień drogi od osady, tym niemniej powrót do niej zajął mi mniej niż połowę dnia. Następnie rozesłałam ptaki z kopiami mojego sprawozdania i wyruszyłam w drogę. Musiałam spławić tę kobietę, ponieważ nie dotrzymywała mi kroku. Sama nie wiem, ile koni zmieniłam. Niektóre zwierzęta były tak zajeżdżone, że dopiero gdy okazałam pierścień, mogłam je wymienić na inne, dorzuciwszy przy tym kilka srebrnych monet. A jako że ogromnie się spieszyłam, przypadkiem dotarłam do pewnej wioski w Murandy, kiedy... przebywała tam... grupa werbunkowa. Gdybym nie bała się straszliwie o Wieżę z racji tego wszystkiego, co zobaczyłam w Salidarze, pojechałabym do Ebou Dar, wsiadła na statek do Illian i popłynęła w górę rzeki, jednakże na myśl o udaniu się na południe zamiast na północ... na myśl o czekaniu na statek... zrezygnowałam z tego pomysłu i jak strzała popędziłam do Tar Valon. Niemniej jednak byłam w tej wsi i ich widziałam.
— Kogo, Tarno?
— Asha’manów. — W tym momencie nowo powołana Opiekunka niespodziewanie się odwróciła. Jej niebieskie oczy nadal połyskiwały lodowato, Pevara dostrzegła w nich wszakże również napięcie i upór. Tarna trzymała puchar w obu dłoniach, jakby próbowała je ogrzać za pomocą jego zawartości. — Rzecz jasna, nie wiedziałam wówczas, że to oni, jednak ci mężczyźni otwarcie rekrutowali ludzi, którzy mieli pójść za Smokiem Odrodzonym i najmądrzejsze wydało mi się podsłuchanie, co mówią, zanim się do nich odezwę. I dobrze postąpiłam. Było ich sześciu, Pevaro, sześciu mężczyzn w czarnych kaftanach. Dwóch... z naszytymi na kołnierzach srebrnymi mieczami. Sprawdzali, czy zgłaszający się mężczyźni zdołają się nauczyć przenoszenia. Och, nie powiedzieli tego wprost, wspominali jedynie o „dzierżeniu błyskawic”. Tak, o dzierżeniu błyskawic i dosiadaniu grzmotu. Ja jednak jednoznacznie zrozumiałam te określenia.
— Rzeczywiście, doskonale postąpiłaś, zachowując milczenie — zauważyła cicho Pevara. — Sześciu mężczyzn z umiejętnością przenoszenia Jedynej Mocy stanowi ogromne niebezpieczeństwo dla samotnej siostry. Nasze „oczy i uszy” stale opowiadają o tych grupach werbunkowych, które kręcą się już podobno wszędzie: od Saldaei po Łzę... Nikt najwyraźniej nie ma wszakże pojęcia, jak tych mężczyzn powstrzymać. O ile jeszcze nie jest za późno...
Znów o mało nie zagryzła wargi. Och, nie powinna tyle mówić. Zbyt często wymykało jej się więcej, niż chciała.
Dziwnym trafem, jej komentarz nieco rozluźnił Tarnę, która ponownie zajęła opuszczony niedawno fotel i rozparła się na nim. Oczywiście nie przestała zachowywać ostrożności, było to widać w jej zachowaniu. Kiedy mówiła, dobierała starannie słowa, przerywając na moment i podnosząc do ust kielich z winem, choć Pevara nie widziała, by jej rozmówczyni piła.
— Podczas rejsu rzecznym statkiem na północ miałam sporo czasu na myślenie. Miałam go tym więcej, że głupi kapitan wpakował nas na mieliznę tak nieszczęśliwie, iż rozbił maszt, a w kadłubie zrobiła się dziura. Spędziliśmy całe dnie na próbach przyciągnięcia uwagi innego statku, a kiedy w końcu dotarłam na ląd, nie mogłam przez kilka dni znaleźć konia. No i ostatecznie doszłam do wniosku, że spotkałam wtedy Asha’manów. Przekonał mnie fakt, że do jednej wioski wysłano ich aż sześciu, a nie były to tereny zbyt gęsto zaludnione. A zatem... Osobiście sądzę, że naprawdę jest już za późno...
— Elaida uważa, że tych wszystkich mężczyzn można poskromić — oznajmiła oględnie Pevara. We własnym mniemaniu zbyt dużo szczegółów już zdradziła.
— Mimo iż stać ich na wysłanie aż sześciu ludzi do jednej małej wsi i że potrafią Podróżować? Widzę tylko jedną odpowiedź. My... — Tarna wzięła głęboki wdech i przesunęła w palcach intensywnie szkarłatną stułę. Tym razem jednak z pewnością nie grała na zwłokę. — Czerwone siostry, Pevaro — stwierdziła ostatecznie — muszą ich wziąć na swoich Strażników.
Oświadczenie to zabrzmiało tak zaskakująco, że Pevara aż zamrugała. Gdyby nie była doskonale opanowana, po prostu rozdziawiłaby w zdumieniu usta.
— Mówisz poważnie? — spytała.
Lodowatoniebieskie oczy dosłownie wpiły się w twarz Pevary. Najgorsze minęło, a niemożliwe do pomyślenia zostało wypowiedziane głośno, toteż Tarna na powrót mogła się zmienić w istotę twardą niczym kamień.
— Na pewno nie jest to temat do żartów. Jakie inne wyjście nam pozostaje? Mamy pozwolić im działać? Kto inny mógłby ich połączyć więzią? Czerwone siostry są przyzwyczajone do kontaktów z takimi mężczyznami i potrafią ponieść nieuniknione w tej sytuacji ryzyko. Wszystkie pozostałe Aes Sedai bez wątpienia się wycofają, a każda z naszych sióstr będzie zmuszona wziąć więcej niż jednego Strażnika, wiesz wszak, iż Zielone zupełnie nieźle sobie z tą kwestią radzą. Myślę, że Zielone pomdlałyby, gdyby im zasugerować więź z Asha’manami. My... Czerwone siostry... musimy zrobić to, co trzeba...
— Poruszyłaś ten temat w rozmowie z Elaidą? — zaciekawiła się Pevara.
Tarna niecierpliwie potrząsnęła głową.
— Elaida uważa, tak jak... wspomniałaś. Ona... — Blondwłosa kobieta zmarszczyła brwi i zapatrzyła się na moment w wino. — Elaida — podjęła w końcu — często wierzy w to, w co chce wierzyć i widzi to, co chce widzieć. Próbowałam poruszyć kwestię Asha’manów pierwszego dnia po moim powrocie. Nawet nie chciałam wzmiankować o więzi, nie naszej Amyrlin... Nie jestem taka głupia. W każdym razie zabroniła mi w ogóle wspominać o mężczyznach ze zdolnością do przenoszenia. Ty jednak wszak słyniesz ze swej... niekonwencjonalności.
— I wierzysz, że można ich poskromić po połączeniu się z nimi więzią? Nie mam pojęcia, cóż wtedy stałoby się z siostrą połączoną przez więź i po prawdzie bynajmniej nie chcę się tego dowiedzieć.
Pevara uświadomiła sobie, że teraz to ona gra na czas. Na początku nie miała pojęcia, dokąd prowadzi ta rozmowa, bez wątpienia nie podejrzewałaby jednak, że usłyszy taką propozycję.
— Może tak będzie wyglądać koniec... Albo nic z tego nie wyjdzie — odparowała chłodno Tarna. Ta kobieta chyba rzeczywiście była z kamienia. — W każdym razie nie widzę innego sposobu walki z Asha’manami. Czerwone siostry muszą ich połączyć więzią, czyniąc z nich swoich Strażników. Jeśli istnieje inny sposób, chętnie go przetestuję, lecz coś trzeba zrobić!