Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Ale wszak naznaczył ją sam Wielki Władca Ciemności!
22
Jedna odpowiedź
Pevara czekała nieco zniecierpliwiona, kiedy szczupła, mała Przyjęta stawiała obrzeżoną srebrem tacę na bocznym stoliku, a następnie odkrywała talerz z ciastkami. Pedra — niska kobieta o poważnych rysach — wcale nie była guzdrałą, nie wydawała się też urażona, że musi spędzić ranek na obsługiwaniu Zasiadającej, po prostu zazwyczaj wszystko robiła dokładnie i starannie. Tym niemniej Pevara zapytana, czy nalać jej wina, odburknęła w końcu szorstko:
— Nalejemy sobie same, dziecko. Możesz czekać w przedsionku.
O mało nie kazała młodej Przyjętej wrócić do swoich nauk.
Pedra chwyciła białe spódnice zdobione paskami i wykonała wdzięczny ukłon bez śladu podenerwowania typowego dla Przyjętych, doświadczających zgryźliwości Zasiadających. Aż za często Przyjęte brały do siebie ich złośliwy ton, obawiając się aluzji co do ich postępowania bądź stroju... Jak gdyby Zasiadające nie miały większych zmartwień niż zachowanie Przyjętych!
Pevara poczekała, póki za Pedrą nie zamknęły się drzwi, a gdy wreszcie usłyszała kliknięcie klamki, z aprobatą pokiwała głową.
— Ta kobieta wkrótce zostanie Aes Sedai — oświadczyła.
Awans każdej kobiety na Aes Sedai był satysfakcjonujący, szczególną przyjemność jednakże sprawiało Zasiadającym, gdy szal zdobywały te Przyjęte, które początkowo nie zapowiadały się zbyt obiecująco. W obecnych czasach zaś cieszyły się nawet najmniejszymi przyjemnościami.
— Cóż, na pewno nie przyjmiemy jej do naszych, wierz mi. — Stwierdzenie padło z ust zadziwiającego gościa Pevary, kobiety, która odwróciła się teraz, porzucając obserwację stojących w idealnie równym szeregu na rzeźbionym w faliste ornamenty marmurowym gzymsie nad kominkiem malowanych miniatur nieżyjących członków rodziny Pevary. — Niepewnie się zachowuje przy mężczyznach. Obawiam się, że kontakty z nimi ją denerwują.
Tarnę na pewno nigdy nie peszyły kontakty z mężczyznami, podobnie zresztą jak nic innego, przynajmniej od dnia, kiedy zdobyła szal, czyli od nieco ponad dwudziestu lat. Pevara przypominała ją sobie jako nadpobudliwą nowicjuszkę, teraz jednak w niebieskich oczach tej jasnowłosej kobiety gościła wyłącznie przywodząca na myśl kamienie twardość. Były też równie ciepłe jak kamienie w zimie... Mimo to, akurat dziś w tej zimnej, dumnej twarzy o zaciśniętych ustach można było zauważyć dziwną niepewność. Pevara nie potrafiła sobie wyobrazić zdarzenia czy wiadomości, które wstrząsnęłoby Tarną Feir.
Podstawowe pytanie wszakże brzmiało: Po co ta kobieta przyszła się z nią zobaczyć? Prywatne odwiedziny Zasiadającej, szczególnie Czerwonej, ocierały się w jej przypadku o niestosowność. Tarna nadal utrzymała swoje pokoje tutaj, na piętrze Czerwonych, odkąd jednak zajęła swoje nowe stanowisko, przestała należeć do tej Ajah wbrew szkarłatnemu haftowi na ciemnoszarej sukni.
Ci, którzy jej nie znali, mogliby uznać zwłokę w przeprowadzce do nowych apartamentów za przejaw wrażliwości. Pevara wszakże podchodziła nieufnie do wszelkich niezwykłych sytuacji, odkąd Seaine wciągnęła ją w „polowanie” na Czarne Ajah. Elaida ufała Tarnie dokładnie tak samo jak Galinie, więc Pevara uważała za uzasadnioną ostrożność wobec osoby cieszącej się szczerym zaufaniem Amyrlin. Na samą myśl o Galinie — „A niech Światłość na zawsze spali tę kobietę!” — Pevara nadal zaciskała zęby. W dodatku istniał między nimi pewien związek. Galina bardzo się interesowała Tarną już w czasach, gdy tamta była dopiero nowicjuszką. Właściwie Galina interesowała się każdą nowicjuszką bądź też Przyjętą, którą uważała za dobrą kandydatkę dla Czerwonych, tym niemniej był to dla Pevary kolejny powód do ostrożności.
Oczywiście mimo swych podejrzeń Pevara zachowała obojętne oblicze. Żadna myśl nie uwidaczniała się na jej twarzy. Zbyt długo już była Aes Sedai! Z uśmiechem sięgnęła więc po srebrny dzban z długą szyjką, który stał na tacy i wydzielał słodki zapach przypraw.
— Napijesz się wina, Tarno, aby świętować swoje wyniesienie?
Ze srebrnymi pucharami w dłoniach obie kobiety zasiadły w zdobionych spiralami fotelach, które reprezentowały styl niemodny w Kandorze od blisko stu lat. Co z tego, skoro Pevara je lubiła i nie widziała żadnego powodu do wymiany swoich mebli czy czegokolwiek innego. Nie obchodziły ją przelotne mody. Fotele służyły jej od dnia, w którym je wykonano i były bardzo wygodne, szczególnie jeśli na siedzeniach ułożyła po kilka poduszek. Tarna jednakże usiadła sztywno wyprostowana i niemal na samej krawędzi. Nikt nigdy nie nazwałby jej leniwą lub ociężałą, wyraźnie wszakże wyglądała na zaniepokojoną.
— Nie jestem przekonana, czy powinnam świętować — oznajmiła, dotykając palcami wąskiej, szkarłatnej stuły, którą miała na szyi. Opiekunkom Kronik nie nakazywano konkretnego odcienia, po prostu każdy, kto spojrzał na stułę, musiał go określić mianem czerwieni, a Tarna zażyczyła sobie tak intensywny szkarłat, że materiał prawie się jarzył. — Elaida na mnie naciskała i nie mogłam odmówić. Sporo się zmieniło, odkąd opuściłam Wieżę, tak samo w niej, jak i na zewnątrz. Z powodu Alviarin siostry czujnie obserwują... Opiekunkę. Podejrzewam, że któraś Aes Sedai nakaże chłostę Alviarin, kiedy ta w końcu wróci. A Elaida... — Przerwała, napiła się wina, po czym kontynuowała zupełnie innym tonem: — Często słyszałam, że zdarza ci się postępować w sposób niekonwencjonalny. Pamiętam nawet, jak kiedyś wspomniałaś, że chciałbyś mieć Strażnika.
— Zarzucano mi gorsze rzeczy niż niekonwencjonalność — odparła cierpko Pevara.
Co ta kobieta pragnęła powiedzieć w związku z Elaidą? Sądząc po jej słowach, gdyby tylko mogła, nie przyjęłaby stuły Opiekunki. Dziwne. Tarna nigdy nie wydawała jej się nieśmiała czy bojaźliwa. Pevara uważała, że w tym momencie najlepiej zachować milczenie. Szczególnie na temat Strażników. Zbyt często wcześniej poruszała tę kwestię, aż jej opinia stała się ogólnie znaną plotką. Poza tym, jeśli wystarczająco długo pomilczy, jej rozmówczyni zapewne się odezwie, choćby dla podtrzymania pogawędki. Dzięki ciszy także można się wiele dowiedzieć.
Pevara przez chwilę powoli sączyła wino. Jak na jej gust, było za mocno osłodzone miodem, zbyt mało zaś dodano do niego imbiru.
Tarna podniosła się nagle i nadal osobliwie sztywno wyprostowana ruszyła wielkimi krokami do kominka, a tam zastygła i znów się zagapiła na miniaturowe portrety ustawione na pokrytych białym lakierem stojakach. Podniosła rękę z zamiarem dotknięcia jednego z owali z kości słoniowej, Pevara zaś poczuła, że wbrew sobie napina mięśnie ramion. Georg, jej najmłodszy brat, miał zaledwie dwanaście lat w dniu śmierci, czyli gdy został zamordowany — podobnie jak wszystkie inne osoby na tych malowidłach — podczas powstania Sprzymierzeńców Ciemności. Nie byli bogatą rodziną, która mogłaby sobie pozwolić na miniatury oprawione w kość słoniową, jednak gdy Pevara zdobyła pieniądze, znalazła malarza, który odwzorował jej wspomnienia. A Georg był pięknym chłopcem, wysokim jak na swój wiek i absolutnie nieustraszonym. Dopiero długo po śmierci małego braciszka dowiedziała się, w jaki sposób umarł. Z nożem w ręku stał nad ciałem ich ojca i usiłował uchronić matkę przed tłumem. Od tej pory upłynęło już wiele, wiele lat. Jeśliby członkowie jej rodziny wtedy nie zmarli, i tak już by dziś nie żyli, podobnie jak ich dzieci oraz dzieci ich dzieci. Tyle że niektóre rodzaje nienawiści nigdy nie umierają...