Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 171 172 173 174 175 176 177 178 179 ... 210
Перейти на страницу:

Ra­nek na­le­żał do ar­mii wła­ści­cie­li nie­wol­ni­ków.

* * *

— Co ro­bi­my, kha-dar?

Jan­ne za­ci­snął pię­ści i już po raz trze­ci w cią­gu ostat­nich kil­ku mi­nut wy­mow­nie zer­k­nął na krą­żą­cych wo­kół na­mio­tu zbroj­nych.

Och. Ileż było w tym py­ta­niu bez­sil­ne­go gnie­wu. I ile złej, głu­piej nie­cier­pli­wo­ści. Zresz­tą wszyst­ko mó­wi­ło już to, że za­da­wał je Jan­ne-Ptasz­nik. Ich zwy­kle spo­koj­ny, fleg­ma­tycz­ny i nie­wzru­szo­ny Jan­ne.

No ale prze­cież to wła­śnie on jako je­dy­ny z cza­ar­da­nu nie tyl­ko sły­szał, ale i wi­dział, co dzie­je się za wzgó­rzem.

A sko­ro w gło­wie kłę­bi­ły mu się ta­kie głu­pie po­my­sły, to mu­sia­ło dziać się źle.

Tę­czów­ki mło­de­go męż­czy­zny na zmia­nę ro­bi­ły się sza­re, żół­te i po­ma­rań­czo­we. Ko­rzy­stał ze swo­ich ta­len­tów Ptasz­ni­ka na ca­łe­go, by z góry śle­dzić wy­da­rze­nia oczy­ma wie­lu, wie­lu pta­ków, któ­re za­czę­ły się już gro­ma­dzić nad po­lem bi­twy.

Pa­dli­no­żer­cy wie­dzie­li, kie­dy szy­ku­je się uczta.

Gdy od cza­su do cza­su jego oczy od­zy­ski­wa­ły nor­mal­ną, brą­zo­wą bar­wę, za­czy­nał drę­czyć La­skol­ny­ka. Ale jego py­ta­nia wy­ra­ża­ły pra­gnie­nia ca­łe­go ich od­dzia­łu.

Kha-dar? Zrób­my coś. Za­dzia­łaj­my. Ogłusz­my war­tow­ni­ków, do­siądź­my koni i zwie­waj­my stąd. Nasi wal­czą. Po­móż­my im, kha-dar.

Jak­by kil­ka do­dat­ko­wych sza­bel, na­wet wspar­tych ta­len­ta­mi do­wód­cy ta­kie­go jak Gen­no La­skol­nyk i odro­bi­ną za­ka­za­nych umie­jęt­no­ści, mo­gło mieć ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie w tej bi­twie.

Sie­dzie­li w naj­więk­szym na­mio­cie, wy­szy­ko­wa­ni jak do wal­ki. Pan­ce­rze, heł­my, broń pod ręką. Niiar ba­wił się szty­le­tem, Ko­ci­mięt­ka wy­cią­gnął sza­blę i gła­dził jej ostrze oseł­ką. Wszy­scy pa­trzy­li na Ptasz­ni­ka, któ­ry był w tej chwi­li ich oczy­ma.

Ka­ile­an tyl­ko raz spró­bo­wa­ła wy­słać tam Ber­de­tha. To był błąd. Pole wal­ki oglą­da­ne z per­spek­ty­wy du­cha psa oka­za­ło się cha­osem peł­nym śmier­ci, bólu, błą­ka­ją­cych się za­gu­bio­nych dusz i dzi­kich wi­rów Mocy uży­wa­nej przez ko­no­wer­skich cza­row­ni­ków. Nie po­tra­fi­ła na­wet roz­po­znać, kto z kim wal­czy. Le­piej było trzy­mać Ber­de­tha bli­sko sie­bie, na wy­pa­dek, gdy­by mu­sie­li wy­ko­nać ja­kiś ruch.

Bo prze­cież, do cho­le­ry, w koń­cu go wy­ko­na­ją. W koń­cu byli cza­ar­da­nem La­skol­ny­ka.

Jan­ne chrząk­nął, przy­mknął po­wie­ki.

— Od­par­li ich, kha-dar — stwier­dził to, cze­go i tak już wszy­scy zdą­ży­li się do­my­ślić, bo ha­łas zza wzgó­rza przy­cichł, za­stą­pio­ny ryt­micz­nym, zwy­cię­skim po­ry­ki­wa­niem ko­no­wer­skiej pie­cho­ty. — Ko­lej­ny raz.

— I ode­prą jesz­cze wie­le razy, chłop­cze. Nic nie wy­cią­gnie Ko­no­wer­czy­ków z po­zy­cji.

Gen­no La­skol­nyk jako je­dy­ny stał, opie­ra­jąc się o słup na­mio­tu. W ca­łej jego po­sta­ci, w spo­so­bie, w jaki za­ci­skał war­gi, wi­dać było, że jest rów­nie spię­ty jak resz­ta. Mimo to ha­mo­wał za­pę­dy po­zo­sta­łych, bo, jak sam mó­wił, do­wód­ca cza­sem musi być wę­dzi­dłem dla swo­ich lu­dzi.

— Ale, kha-dar, może…

Jan­ne nie do­koń­czył, tyl­ko znów ski­nął gło­wą w stro­nę wyj­ścia z na­mio­tu, gdzie wła­śnie dwóch straż­ni­ków prze­cha­dza­ło się le­ni­wym kro­kiem. Ten ich krok, ta spo­koj­na pew­ność sie­bie, tyl­ko po­twier­dza­ły to, co wszy­scy wie­dzie­li. Ar­mia Bia­łe­go Ko­no­we­ryn była w tej bi­twie górą.

— Nie, Jan­ne. Nie ru­sza­my się stąd. Cze­ka­my, ja­sne?

Lea po­ru­szy­ła się gwał­tow­nie.

— Na co? Aż ich po­za­bi­ja­ją?

La­skol­nyk spoj­rzał na nią wy­raź­nie zły.

— No pro­szę, i ty dziew­czy­no też? Wszy­scy dziś chcą do­wo­dzić. Sie­dzi­my do­kład­nie po­środ­ku ko­no­wer­skie­go obo­zu, nie wie­my, gdzie jest dru­ga i trze­cia li­nia stra­ży, nie zna­my te­re­nu wo­kół. Cze­go ocze­ku­je­cie? Że po­ślę was po bo­ha­ter­ską śmierć?

— Ale…

— Żad­nych ale. My­śl­cie. Do cho­le­ry, wy­da­wa­ło mi się, że nie bra­łem głup­ców do cza­ar­da­nu. Jak to wy­glą­da z góry, Jan­ne?

— Te dup­ki sto­ją, a nasi wy­krwa­wia­ją się o ich li­nię, kha-dar. Kon­ni­ca na le­wym skrzy­dle naj­wy­raź­niej cze­ka na oka­zję do kontr­ata­ku.

— Wła­śnie. By­łem zdzi­wio­ny, że De­ana d’Klle­an wy­sta­wi­ła do wal­ki od razu swo­je naj­lep­sze od­dzia­ły, za­miast wy­krwa­wiać na­jem­ni­ków, ale ona jest mą­dra. Spryt­na i ostroż­na. Wie­dzia­ła, że na­jem­ne kom­pa­nie nie są tak zdy­scy­pli­no­wa­ne i mogą się na­brać na po­zo­ro­wa­ny od­wrót, mogą ru­szyć z miej­sca i zła­mać szyk. — La­skol­nyk prze­niósł wzrok na Ptasz­ni­ka. — Bo nasi, Jan­ne, nie są roz­bi­ja­ni, tyl­ko wy­co­fu­ją się na roz­kaz. Jed­no­cze­śnie wzdłuż ca­łej dłu­giej na set­ki jar­dów li­nii wro­ga. Pa­trzysz, a nie wi­dzisz, pta­si móżdż­ku. Jak na ra­zie ar­mia Ka­he­la-saw-Kir­hu też utrzy­mu­je dys­cy­pli­nę. I ja wiem, że on już wie, że nie uda mu się spro­wo­ko­wać Ko­no­wer­czy­ków do ata­ku. A pa­mię­ta­cie pole bi­twy pod Po­mwe? I noc­ną rzeź Ge­ghij­czy­ków? Saw-Kir­hu to do­sko­na­ły do­wód­ca. Nie bę­dzie wa­lił łbem o mur bez koń­ca. Za­ufaj­cie mu. Na pew­no ma ja­kiś plan na prze­ła­ma­nie tego im­pa­su.

Ko­ci­mięt­ka chrząk­nął.

— Wie­rzysz w to, kha-dar?

— Mu­szę, Sar­den. Mu­szę. Bo je­śli nie mam ra­cji, to zna­czy, że jesz­cze ni­g­dy w ży­ciu nie po­my­li­łem się tak w oce­nie ja­kie­goś czło­wie­ka.

* * *

— Na pew­no chce­cie iść?

Czar­na twarz Uwa­re Lwa nie wy­ra­ża­ła ni­cze­go. Pa­trzył tyl­ko przez chwi­lę w mil­cze­niu na pra­cu­ją­cych męż­czyzn i ko­bie­ty. Od­kąd po­wstań­cza ar­mia za­ję­ła po­zy­cję, na jej ty­łach wrza­ło jak w ulu. Kar­czo­wa­no las, wy­ci­na­no i ob­ra­bia­no wiel­ki pnie, a krze­wy i małe drzew­ka gro­ma­dzo­no w wiel­kich sto­sach.

— Chce­my — po­wie­dział wresz­cie.

Krwa­wy Ka­hel­le uni­kał wzro­ku wo­jow­ni­ka Uawa­ri Nahs. Chy­ba po raz pierw­szy, od­kąd się spo­tka­li.

— To może być sa­mo­bój­cza mi­sja.

Tym ra­zem coś na kształt uśmie­chu za­go­ści­ło na ustach ol­brzy­ma.

— Całe to po­wsta­nie to taka mi­sja. Po­win­ni­ście ru­szyć z nami na za­chód. Przy­ję­li­by­śmy was jak bra­ci.

— To zbyt dłu­ga dro­ga do domu, przy­ja­cie­lu.

— Już to mó­wi­łeś, Ka­hel. Wiesz, skąd się wzię­ła ta pięć­set­ka, któ­ra z wami przy­szła? To ci, któ­rzy stra­ci­li tu­taj naj­cen­niej­sze rze­czy: żony, dzie­ci, przy­ja­ciół. Nie mają już nic poza chę­cią ze­msty. Nie uda­ło się z Po­mwe, to cho­ciaż tu od­pła­ci­my im za wszyst­ko.

— A ty?

Ob­li­cze wo­dza Uawa­ri Nahs ska­mie­nia­ło.

— Ni­g­dy nie py­ta­łeś? Mia­łem żonę i syna, lecz już nie mam. I tyle. A przy­sze­dłem tu, bo moi lu­dzie po­trze­bu­ją wo­dza. Więc będę ich wo­dzem.

— Wy­bacz.

— Nie ma cze­go. Kie­dy za­cznie­cie?

— Chcę naj­pierw ru­szyć ich jaz­dę. Niech spraw­dzą dla nas grunt.

1 ... 171 172 173 174 175 176 177 178 179 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)