Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Ranek należał do armii właścicieli niewolników.
* * *
— Co robimy, kha-dar?
Janne zacisnął pięści i już po raz trzeci w ciągu ostatnich kilku minut wymownie zerknął na krążących wokół namiotu zbrojnych.
Och. Ileż było w tym pytaniu bezsilnego gniewu. I ile złej, głupiej niecierpliwości. Zresztą wszystko mówiło już to, że zadawał je Janne-Ptasznik. Ich zwykle spokojny, flegmatyczny i niewzruszony Janne.
No ale przecież to właśnie on jako jedyny z czaardanu nie tylko słyszał, ale i widział, co dzieje się za wzgórzem.
A skoro w głowie kłębiły mu się takie głupie pomysły, to musiało dziać się źle.
Tęczówki młodego mężczyzny na zmianę robiły się szare, żółte i pomarańczowe. Korzystał ze swoich talentów Ptasznika na całego, by z góry śledzić wydarzenia oczyma wielu, wielu ptaków, które zaczęły się już gromadzić nad polem bitwy.
Padlinożercy wiedzieli, kiedy szykuje się uczta.
Gdy od czasu do czasu jego oczy odzyskiwały normalną, brązową barwę, zaczynał dręczyć Laskolnyka. Ale jego pytania wyrażały pragnienia całego ich oddziału.
Kha-dar? Zróbmy coś. Zadziałajmy. Ogłuszmy wartowników, dosiądźmy koni i zwiewajmy stąd. Nasi walczą. Pomóżmy im, kha-dar.
Jakby kilka dodatkowych szabel, nawet wspartych talentami dowódcy takiego jak Genno Laskolnyk i odrobiną zakazanych umiejętności, mogło mieć jakiekolwiek znaczenie w tej bitwie.
Siedzieli w największym namiocie, wyszykowani jak do walki. Pancerze, hełmy, broń pod ręką. Niiar bawił się sztyletem, Kocimiętka wyciągnął szablę i gładził jej ostrze osełką. Wszyscy patrzyli na Ptasznika, który był w tej chwili ich oczyma.
Kailean tylko raz spróbowała wysłać tam Berdetha. To był błąd. Pole walki oglądane z perspektywy ducha psa okazało się chaosem pełnym śmierci, bólu, błąkających się zagubionych dusz i dzikich wirów Mocy używanej przez konowerskich czarowników. Nie potrafiła nawet rozpoznać, kto z kim walczy. Lepiej było trzymać Berdetha blisko siebie, na wypadek, gdyby musieli wykonać jakiś ruch.
Bo przecież, do cholery, w końcu go wykonają. W końcu byli czaardanem Laskolnyka.
Janne chrząknął, przymknął powieki.
— Odparli ich, kha-dar — stwierdził to, czego i tak już wszyscy zdążyli się domyślić, bo hałas zza wzgórza przycichł, zastąpiony rytmicznym, zwycięskim porykiwaniem konowerskiej piechoty. — Kolejny raz.
— I odeprą jeszcze wiele razy, chłopcze. Nic nie wyciągnie Konowerczyków z pozycji.
Genno Laskolnyk jako jedyny stał, opierając się o słup namiotu. W całej jego postaci, w sposobie, w jaki zaciskał wargi, widać było, że jest równie spięty jak reszta. Mimo to hamował zapędy pozostałych, bo, jak sam mówił, dowódca czasem musi być wędzidłem dla swoich ludzi.
— Ale, kha-dar, może…
Janne nie dokończył, tylko znów skinął głową w stronę wyjścia z namiotu, gdzie właśnie dwóch strażników przechadzało się leniwym krokiem. Ten ich krok, ta spokojna pewność siebie, tylko potwierdzały to, co wszyscy wiedzieli. Armia Białego Konoweryn była w tej bitwie górą.
— Nie, Janne. Nie ruszamy się stąd. Czekamy, jasne?
Lea poruszyła się gwałtownie.
— Na co? Aż ich pozabijają?
Laskolnyk spojrzał na nią wyraźnie zły.
— No proszę, i ty dziewczyno też? Wszyscy dziś chcą dowodzić. Siedzimy dokładnie pośrodku konowerskiego obozu, nie wiemy, gdzie jest druga i trzecia linia straży, nie znamy terenu wokół. Czego oczekujecie? Że poślę was po bohaterską śmierć?
— Ale…
— Żadnych ale. Myślcie. Do cholery, wydawało mi się, że nie brałem głupców do czaardanu. Jak to wygląda z góry, Janne?
— Te dupki stoją, a nasi wykrwawiają się o ich linię, kha-dar. Konnica na lewym skrzydle najwyraźniej czeka na okazję do kontrataku.
— Właśnie. Byłem zdziwiony, że Deana d’Kllean wystawiła do walki od razu swoje najlepsze oddziały, zamiast wykrwawiać najemników, ale ona jest mądra. Sprytna i ostrożna. Wiedziała, że najemne kompanie nie są tak zdyscyplinowane i mogą się nabrać na pozorowany odwrót, mogą ruszyć z miejsca i złamać szyk. — Laskolnyk przeniósł wzrok na Ptasznika. — Bo nasi, Janne, nie są rozbijani, tylko wycofują się na rozkaz. Jednocześnie wzdłuż całej długiej na setki jardów linii wroga. Patrzysz, a nie widzisz, ptasi móżdżku. Jak na razie armia Kahela-saw-Kirhu też utrzymuje dyscyplinę. I ja wiem, że on już wie, że nie uda mu się sprowokować Konowerczyków do ataku. A pamiętacie pole bitwy pod Pomwe? I nocną rzeź Geghijczyków? Saw-Kirhu to doskonały dowódca. Nie będzie walił łbem o mur bez końca. Zaufajcie mu. Na pewno ma jakiś plan na przełamanie tego impasu.
Kocimiętka chrząknął.
— Wierzysz w to, kha-dar?
— Muszę, Sarden. Muszę. Bo jeśli nie mam racji, to znaczy, że jeszcze nigdy w życiu nie pomyliłem się tak w ocenie jakiegoś człowieka.
* * *
— Na pewno chcecie iść?
Czarna twarz Uware Lwa nie wyrażała niczego. Patrzył tylko przez chwilę w milczeniu na pracujących mężczyzn i kobiety. Odkąd powstańcza armia zajęła pozycję, na jej tyłach wrzało jak w ulu. Karczowano las, wycinano i obrabiano wielki pnie, a krzewy i małe drzewka gromadzono w wielkich stosach.
— Chcemy — powiedział wreszcie.
Krwawy Kahelle unikał wzroku wojownika Uawari Nahs. Chyba po raz pierwszy, odkąd się spotkali.
— To może być samobójcza misja.
Tym razem coś na kształt uśmiechu zagościło na ustach olbrzyma.
— Całe to powstanie to taka misja. Powinniście ruszyć z nami na zachód. Przyjęlibyśmy was jak braci.
— To zbyt długa droga do domu, przyjacielu.
— Już to mówiłeś, Kahel. Wiesz, skąd się wzięła ta pięćsetka, która z wami przyszła? To ci, którzy stracili tutaj najcenniejsze rzeczy: żony, dzieci, przyjaciół. Nie mają już nic poza chęcią zemsty. Nie udało się z Pomwe, to chociaż tu odpłacimy im za wszystko.
— A ty?
Oblicze wodza Uawari Nahs skamieniało.
— Nigdy nie pytałeś? Miałem żonę i syna, lecz już nie mam. I tyle. A przyszedłem tu, bo moi ludzie potrzebują wodza. Więc będę ich wodzem.
— Wybacz.
— Nie ma czego. Kiedy zaczniecie?
— Chcę najpierw ruszyć ich jazdę. Niech sprawdzą dla nas grunt.