Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Krzyki w oddali narastały, przypominając wrzaski wściekłego tłumu, choć wybuchy wywoływane przez przenoszących słabły.
Egwene odwróciła się do Gawyna. W ogóle nie wydawał się zmęczony, choć był dziwnie blady. Upiła łyk herbaty i przeklęła go. To było nie w porządku, ale teraz nie dbała o to. Mogła pogderać na swego Strażnika. Po to oni byli, czyż nie?
Przez obóz przepłynął podmuch wiatru. Egwene znajdowała się kilkaset kroków na wschód od brodu, ale wyczuwała w powietrzu zapach krwi. Nieopodal grupa łuczników na rozkaz dowódcy napięła łuki i wypuściła serię strzał. Chwilę później dwa czarnoskrzydłe draghkary upadły na ziemię tuż za granicami obozu. Będzie ich więcej, kiedy zrobi się ciemniej i trudniej będzie je wypatrzeć.
Mat. Egwene czuła się dziwnie, myśląc o nim. Był takim chwalipiętą. Hulaką, który łypał okiem na każdą ładną kobietę, jaką spotkał. Traktował je jak obrazy, a nie osoby. On… on…
Taki właśnie był. Pewnego razu, gdy Egwene miała około trzynastu lat, Mat wskoczył do wody, by ratować Kiem Lewin przed utonięciem. Oczywiście, ona wcale nie tonęła. Kolega podtapiał ją dla żartu, a Mat nadbiegł i rzucił się do wody, by przyjść dziewczynie z pomocą. Z tego powodu przez kilka miesięcy mieszkańcy Pola Emonda stroili sobie z niego żarty.
Następnej wiosny Mat wyciągnął z tej samej rzeki Jera al’Hune, ratując mu życie. Po tym ludzie przez jakiś czas zaprzestali żartować z Mata.
Taki był. Całą zimę narzekał i marudził, że robiono sobie z niego pośmiewisko, obiecując, że następnym razem pozwoli im się utopić. Potem, gdy ujrzał kogoś w niebezpieczeństwie, znowu bez wahania wskoczył do wody. Egwene pamiętała patykowatego Mata, chwiejnym krokiem wyłaniającego się z wody. Mały Jer przylgnął do niego i ciężko dyszał, a w jego oczach malowało się przerażenie. Jer poszedł pod wodę zupełnie bezgłośnie. Egwene nie zdawała sobie sprawy, że coś się stało. Ludzie, którzy zaczynają tonąć, nie krzyczą, nie dławią się ani nie wołają o pomoc. Po prostu idą pod wodę, a wokół panuje normalność i spokój. Chyba że Mat patrzy.
„Przybył po mnie do Kamienia Łzy” – pomyślała. Oczywiście, usiłował także uratować ją od Aes Sedai, nie chcąc wierzyć, że Egwene jest Amyrlin. Więc jak było teraz? Czy Egwene topiła się, czy nie?
„Jak bardzo ufasz Matrimowi?” – zapytała ją Min.
„Światłości. Ufam mu. Może jestem głupia, ale mu ufam”.
Mat mógł się mylić. Często się mylił.
Ale kiedy miał rację, ratował ludzkie życie.
Egwene zmusiła się, by wstać. Dała znak i podszedł do niej Gawyn. Klepnęła go po ramieniu, po czym odsunęła się. Armia nie powinna widzieć Amyrlin tak słabej, jak teraz.
– Jakie mamy wieści z innych pół bitewnych?
– Dziś nie było ich wiele – odrzekł Gawyn. Zmarszczył brwi. – Właściwie, raczej panowała cisza.
– Elayne miała walczyć w Cairhien – powiedziała Egwene. – To była ważna batalia.
– Może być zbyt zajęta, by wysłać wiadomość.
– Chcę, byś wysłał posłańca poprzez bramę. Muszę wiedzieć, jak przebiega walka.
Gawyn skinął głową, oddalając się śpiesznie. Po jego odejściu Egwene przespacerowała się po obozie miarowym krokiem. Natknęła się na Silvianę rozmawiającą z dwiema Błękitnym siostrami.
– Bryne? – zapytała Egwene.
– W namiocie-stołówce – odrzekła Silviana. – Właśnie dostałam wiadomość. Posłałam gońca z wieścią, by nie ruszał się z miejsca, dopóki nie przybędziesz.
– Idę.
Ruszyła w kierunku namiotu, zdecydowanie największego w obozie. Kiedy tylko weszła, zobaczyła Bryne’a. Nie jadł, lecz stał obok przenośnego stołu kuchennego, na którym rozłożył mapy. Stół czuć było cebulą, bo prawdopodobnie często ją na nim krojono.
Yukiri otworzyła bramę w podłodze, by z góry popatrzeć na bitwę. Kiedy Egwene przybyła, Yukiri zamknęła bramę. Nie otwierano jej zresztą na długo, gdyż Sharanie mogliby ją dostrzec i wysłać przez nią utkane sploty.
Egwene powiedziała cichuteńko do Silviany:
– Zbierz Komnatę Wieży. Przyprowadź każdą Zasiadającą, jaką uda ci się znaleźć. Przyprowadź je wszystkie tutaj, do tego namiotu, tak szybko, jak potrafisz.
Silviana skinęła głową. Na jej twarzy nie odbił się nawet cień zdumienia, jakie prawdopodobnie odczuwała. Oddaliła się śpiesznie, a Egwene usiadła.
Siuan nie była obecna – być może pomagała przy Uzdrawianiu. To dobrze. Egwene nie chciała podejmować pewnych działań, będąc obserwowaną przez Siuan. Martwiła się o Gawyna. Kochała Bryne’a jak ojca i jego niepokój przepływał przez więzy ich łączące.
Pragnęła załatwić całą sprawę delikatnie, a nie chciała zaczynać, dopóki nie pojawiła się cała Komnata. Nie potrafiła oskarżać Bryne’a, ale nie umiałaby też zignorować Mata. Był draniem i głupcem, ale ufała mu. O Światłości, pomóż, ale tak było. Ufała mu przez całe swe życie. A sprawy na polu bitwy toczyły się dziwnym torem.
Zasiadające nadeszły stosunkowo szybko. Miały zwierzchnictwo nad działaniami wojennymi i każdego wieczoru spotykały się, by otrzymać raporty i wyjaśnienia dotyczące przyjętej przez Bryne’a i jego dowódców taktyki. Bryne nie wydawał się zdziwiony, że przyszły do niego teraz; nadal zajmował się swą pracą.
Wchodząc do namiotu, wiele kobiet rzucało Egwene zdziwione spojrzenie. Skinęła głową, chcąc zaznaczyć pozycję Zasiadającej Amyrlin. Wreszcie kobiet było tyle, iż Egwene uznała, że pora zaczynać. Nie należało marnować czasu. Musiała albo raz na zawsze uznać oskarżenia Mata za niewarte uwagi, albo wziąć je pod uwagę.
– Generale Bryne – odezwała się. – Czy czujesz się dobrze? Mieliśmy kłopoty, by cię znaleźć.
Podniósł wzrok i zamrugał. Miał czerwone oczy.
– Matko – zaczął, skinąwszy głową Zasiadającym. – Czuję się zmęczony, lecz prawdopodobnie nie bardziej niż ty. Cały czas byłem na polu bitwy, troszcząc się o różnego typu detale; wiesz, jak to jest.
Do namiotu wpadł spiesznie Gawyn.
– Egwene – rzekł z pobladłą twarzą. – Kłopoty.
– Co?
– Ja… – wziął głęboki oddech. – Generał Bashere zwrócił się przeciwko Elayne.
Światłości! Jest Sprzymierzeńcem Ciemności. Bitwa byłaby przegrana, gdyby nie przybyli Asha’mani.
– Czy to możliwe? – zapytał Bryne, spoglądając znad map. – Bashere Sprzymierzeńcem Ciemności?
– Tak.
– Nieprawdopodobne. Przez miesiące był towarzyszem Lorda Smoka. Nie znam go dobrze, ale… Sprzymierzeniec Ciemności? To niemożliwe.
– Niedorzecznie jest zakładać… – zaczęła Saerin.
– Możesz sama porozmawiać z królową, jeśli chcesz – rzekł Gawyn, prostując się. – Słyszałem to z jej własnych ust.
W namiocie zapadła cisza. Zasiadające popatrywały na siebie z przerażeniem na twarzach.
– Generale – zwróciła się do Bryne’a Egwene – jak to się stało, że wysłałeś dwa oddziały kawalerii, by broniły nas przed Trollokami na wzgórzach na południe stąd, wprowadzając je w pułapkę i pozostawiając odsłoniętą lewą flankę?
– Jak to się stało, Matko? – odrzekł Bryne. – Było oczywiste, że twoja armia jest bliska ugięcia się przed Trollokami, każdy to widział. Tak, kazałem żołnierzom opuścić lewą flankę, ale skierowałem tam Illiańczyków. Kiedy ujrzałem, że sharańska kawaleria oddziela się od armii, by zaatakować prawą flankę Uno, posłałem Illiańczyków, by im przeszkodzili. To właśnie należało zrobić. Nie wiedziałem, że Sharanów będzie tak wielu! – Jego głos zamienił się w krzyk, po czym zamilkł, a ręce mu drżały. – Popełniłem błąd. Nie jestem idealny, Matko.
– To był więcej niż błąd – odezwała się Faiselle. – Rozmawiałam przed chwilą z Uno i innymi ocalałymi z tej masakry. Uno powiedział, że wyczuł pułapkę, gdy tylko on i jego ludzie zaczęli podążać w kierunku sióstr, ale ty ponoć obiecałeś im pomoc.