Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
31
Nawałnica wody.
Egwene spojrzała w stronę rzeki na zmagania toczące się pomiędzy jej siłami a armią Sharanów. Powróciła do swego obozu po arafeliańskiej stronie brodu. Korciło ją, by ponownie przyłączyć się do bitwy przeciwko Cieniowi, ale musiała także porozmawiać z Bryne’em o tym, co się zdarzyło na wzgórzach. Jednakże gdy przybyła do obozu, zastała namiot dowództwa pusty.
Obóz zaczynał się zapełniać Aes Sedai, ocalałymi łucznikami i włócznikami, którzy przeszli przez bramy ze wzgórz na południe. Aes Sedai kręciły się wszędzie, śpiesznie ze sobą o czymś rozmawiając. Wszyscy wyglądali na zmęczonych, ale z krótkich spojrzeń, rzucanych w kierunku toczącej się nad rzeką bitwy, dało się wywnioskować, że byli tak samo jak Egwene chętni, by przyłączyć się do walki przeciw Cieniowi.
Egwene przywołała posłańca, który stał przed namiotem dowództwa.
– Przekaż siostrom, że mają niecałą godzinę na odpoczynek. Trolloki, z którymi walczyliśmy, wkrótce dołączą do bitwy, teraz, kiedy opuściliśmy wzgórza.
Egwene miała zamiar przemieścić Aes Sedai po tej stronie w dół rzeki, a potem zaatakować, przekraczając bród, gdy Trolloki ruszą do walki z jej żołnierzami.
– Powiedz łucznikom, niech ruszą z nami – dodała. – Nim otrzymamy nowe zapasy broni, mogą jeszcze z pozostałych strzał zrobić dobry użytek.
Kiedy posłaniec oddalił się, Egwene zwróciła się do Leilwin, która stała nieopodal wraz ze swym mężem Bayle’em Domonem.
– Leilwin, po drugiej stronie rzeki stoją oddziały, które wyglądają jak seanchańska jazda. Czy coś ci o tym wiadomo?
– Tak, Matko, to są Seanchanie. Człowiek stojący tam – wskazała na mężczyznę z wygolonymi skroniami, który stał przy drzewie niedaleko rzeki; nosił obszerne spodnie i, co osobliwe, znoszony brązowy płaszcz, który wyglądał tak, jakby pochodził z Dwu Rzek – powiedział mi, że legion dowodzony przez generała broni Khirgana przybył z seanchańskiego obozu i że został wezwany przez generała Bryne’a.
– Powiedział także, że towarzyszy mu Książę Kruków – wtrącił Domon.
– Mat?
– Zrobił nawet więcej. Poprowadził jedną z chorągwi jazdy, tę, która spuściła Sharanom niezłe lanie na lewej flance naszej armii. Przybył w samą porę. Nasi włócznicy przeżywali ciężkie chwile, zanim on się pojawił.
– Egwene – rzekł Gawyn, coś jej pokazując.
Na południu kilkaset kroków poniżej brodu, niewielka liczba żołnierzy wydostawała się z rzeki, pomagając sobie wzajemnie. Byli rozebrani do bielizny, z mieczami umocowanymi na plecach. Jeden z przewodzących im ludzi wyglądał znajomo.
– Czy to Uno? – Egwene zmarszczyła brwi, następnie dała znak, by przyprowadzono jej konia. Dosiadła wierzchowca i pogalopowała wraz z Gawynem i strażnikami wzdłuż rzeki do miejsca, w którym ludzie leżeli dysząc na brzegu, a odgłos przekleństw wyrzucanych przez jednego człowieka wypełniał powietrze.
– Uno!
– Najwyższa pora, by ktoś, do cholery, się pojawił! – Uno wstał i zasalutował z szacunkiem. – Matko, jesteśmy w złej kondycji!
– Widziałam. – Egwene zgrzytnęła zębami. – Byłam na wzgórzach, kiedy wasze siły zostały zaatakowane. Robiliśmy, co mogliśmy, ale było ich zbyt wielu. Jak się wydostaliście?
– Jak, do diabła, się wydostaliśmy, Matko? Kiedy ludzie zaczęli padać jeden po drugim i zorientowaliśmy się, że jesteśmy w śmiertelnym niebezpieczeństwie, umknęliśmy, jak gdyby cholerna błyskawica walnęła w nasze zadki! Pomknęliśmy ku tej pełnej żab rzece, zrzuciliśmy odzienie i wskoczyliśmy do wody, płynąc z wszystkich sił! – Pióra na głowie Uno zatańczyły, gdy kontynuował swoje przekleństwa, a Egwene mogłaby przysiąc, że oko wymalowane na jego opasce przesłaniającej oczodół stało się jeszcze bardziej czerwone.
Uno wziął głęboki oddech i kontynuował nieco łagodniej:
– Nie mogę tego zrozumieć, Matko. Jakiś durny jak koza posłaniec powiedział nam, że Aes Sedai na wzgórzach są w trudnym położeniu i że powinniśmy zaatakować cholerne tyły Trolloków. Zapytałem, kto będzie chronić lewą flankę nad rzeką i naszą cholerną flankę, kiedy będziemy nacierać na Trolloki, na co posłaniec odrzekł, że zajmie się tym generał Bryne, rezerwowi kawalerzyści znajdą się na naszych pozycjach nad rzeką, a Illiańczycy będą mieli pieczę nad naszymi cholernymi flankami. Stanowili jakąś ochronę, oczywiście, jeden cholerny szwadron, który był jak mucha odpychająca ataki sokoła! Wrogowie czekali na nas, jak gdyby wiedząc, że nadejdziemy. Nie, Matko, to nie była wina Garetha Bryne’a, zostaliśmy schwytani w pułapkę przez jakiegoś zdrajcę, pastuszy pomiot! Z całym szacunkiem, Matko!
– Nie mogę w to uwierzyć, Uno. Właśnie otrzymałam wieści, że generał Bryne nadciągnął z legionem seanchańskiej kawalerii. Może spóźnili się z dotarciem na miejsce. Sprawdzimy to, gdy zobaczę się z generałem. Tymczasem zabierz swoich ludzi do obozu, tak by mogli odpocząć. O Światłości, bardzo tego potrzebują.
Uno skinął głową, a Egwene pogalopowała z powrotem do obozu.
Używając sa’angreala Vory, Egwene splotła Powietrze i Wodę, które połączyła w jeden wir. Lej wody wezbrał z rzeki. Egwene skierowała tornado na Trolloki, które rozpoczęły atak na jej lewą flankę po kandorskiej stronie. Nawałnica wody runęła na wroga. Nie była na tyle silna, by wyrzucić któregokolwiek z Trolloków w powietrze – Egwene nie miała na to wystarczająco dużo energii – ale unosiła ich w tył, z łapskami w pyskach.
Za plecami Egwene i innych Aes Sedai, usytuowanych po arafeliańskiej stronie rzeki, znajdowali się łucznicy, który zaczęli wysyłać teraz strzały w niebo. Nie sprawiło to, że niebo pociemniało, jak na to liczyła Egwene – nie mieli tyle strzał – ale każda ich fala kładła pokotem ze setkę Trolloków.
Stojące z boku Pylar i kilka innych Brązowych Ajah – władających splotami Ziemi – sprawiały, że ziemia eksplodowała pod stopami nacierających Trolloków. Znajdujące się nieopodal Myrelle i duża grupa Zielonych tkały ogniste kule, które przerzucały łukiem, celując w zwartą grupę stworów. Wiele z nich uciekało na znaczną odległość, po czym padały, pochłonięte płomieniami.
Trolloki wyły i ryczały, ale kontynuowały swój nieustający marsz w kierunku obrońców. W pewnej chwili kilkanaście szeregów jeźdźców kawalerii seanchańskiej wyłoniło się z linii obrońców, przypuszczając atak bezpośredni. Nastąpiło to tak szybko, że wiele Trolloków nie było nawet w stanie podnieść włóczni; w ich przednich szeregach wiele bestii padło pokotem. Seanchanie wykonali skręt i zawrócili do swych szeregów nad rzeką.
Egwene zaczęła przenosić, zmuszając się do działania pomimo krańcowego zmęczenia. Trolloki jednak nie załamały się; były rozwścieczone i szaleńczo atakowały. Egwene słyszała wyraźnie ich ryki poprzez odgłosy wiatru i wody.
W Trollokach wzrastał gniew? Cóż, poznałyby prawdziwego gniewu, dopóki nie poczuły gniewu Zasiadającej Amyrlin. Egwene czerpała coraz więcej i więcej Mocy, aż znalazła się na granicy swoich możliwości. Amyrlin wykreowała gorącą nawałnicę, która parzyła oczy, ręce i serca Trolloków. Zorientowała się, że krzyczy, wbiwszy przed siebie sa’angreal Vory niczym włócznię.
To, co wydawało się trwać godziny, przeminęło. Wreszcie, wyczerpana, dała się przekonać Gawynowi, że czas się wycofać. Ten odszedł, by przyprowadzić jej konia, a nim powrócił, Egwene obserwowała, co działo się nad rzeką.