Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 170 171 172 173 174 175 176 177 178 ... 210
Перейти на страницу:

Luka zer­k­nął po­now­nie za sie­bie i uśmiech­nął się po­sęp­nie. Nad­cią­ga­li. Cały pułk nie­wol­ni­czej cięż­kiej pie­cho­ty. Pani Ła­ska­wa, od­dał­by wszyst­ko, by truch­tać te­raz noga w nogę z wła­sną dzie­siąt­ką, trzy­ma­jąc so­lid­ną tar­czę i zbie­ra­jąc siły do de­cy­du­ją­ce­go zry­wu.

Wzdłuż ca­łej li­nii roz­śpie­wa­ły się gwizd­ki od­wo­łu­ją­ce lek­ko­zbroj­nych. Co­fać się! Co­fać! Ostat­nie oszcze­py po­le­cia­ły wy­so­ki­mi łu­ka­mi w stro­nę wro­ga, ostat­nie ka­mie­nie z pro­cy za­bęb­ni­ły o oku­te sta­lą pa­wę­że i kil­ku­set po­wstań­ców od­sko­czy­ło w tył, mię­dzy sze­ro­kie przej­ścia zo­sta­wio­ne w li­nii tar­czow­ni­ków.

Ta zaś za­trzy­ma­ła się do­słow­nie na trzy ude­rze­nia ser­ca, wy­rów­na­ła szyk, a ofi­ce­ro­wie roz­dar­li się na całe gar­dła:

— Młot! Młot! Młot!!!

Luka aż przy­sta­nął, za­trzy­mu­jąc się za­raz za cięż­ką pie­cho­tą. Młot. Szyk prze­ła­mu­ją­cy me­ekhań­skiej pie­cho­ty. Pułk dzie­lił się na kom­pa­nie, a każ­da z nich two­rzy­ła ko­lum­nę sze­ro­ką na dzie­się­ciu i głę­bo­ką na dwu­dzie­stu lu­dzi, a po­tem ca­łym pę­dem, całą siłą dwu­stu żoł­nie­rzy, pró­bo­wa­ła roz­bić li­nię nie­przy­ja­cie­la.

Młot? Czy Ka­hel-saw-Kir­hu li­czył na to, że pierw­szym ata­kiem uda mu się…

Po­dzie­le­ni na od­dzia­ły ru­szy­li rów­nym kro­kiem, jak na ćwi­cze­niach. Z każ­dym jar­dem przy­spie­sza­li i ście­śnia­li szyk.

Lewa, pra­wa, lewa, pra­wa. Szyb­ciej. Szyb­ciej!

Włócz­nie Ko­no­wer­czy­ków wy­chy­li­ły się znad gór­nych kra­wę­dzi ich tarcz, ty­siąc gro­tów wy­mie­rzy­ło w ata­ku­ją­cych.

A ci przy­spie­szy­li.

I ude­rzy­li.

Ło­mo­tu, z ja­kim zde­rza­ją się dwie ścia­ny pie­cho­ty, nie moż­na po­my­lić z ni­czym in­nym. Jak­by gniew­ne bó­stwo wa­li­ło że­la­znym prę­tem we wro­ta pie­kła. I na­gle wrzask, któ­ry prze­cież to­wa­rzy­szył żoł­nie­rzom, gdy pę­dzi­li na czwo­ro­bok Ba­wo­łów, wrzask ty­się­cy gar­deł, dy­szą­cych ze­mstą, gnie­wem, nie­na­wi­ścią i stra­chem jed­no­cze­śnie, wy­bu­cha ze sto­krot­ną mocą, aż zie­mia się trzę­sie, aż nie­bio­sa drżą.

Zwar­te ko­lum­ny po­wstań­czej pie­cho­ty pod­bi­ły w górę włócz­nie Ba­wo­łów i ude­rzy­ły w mur obroń­ców, a ci ugię­li się. Pani na Nie­bio­sach! Ugię­li się! Ich li­nia w kil­ku miej­scach cof­nę­ła się o krok, po­tem o dwa, a dzi­ki ryk do­cho­dzą­cy zza cięż­kich pa­wę­ży ko­no­wer­skiej pie­cho­ty prze­bił się na­wet przez ło­skot tarcz wa­lą­cych o tar­cze.

I znów zro­bi­li krok w tył. Lecz Luka wi­dział, jak w miej­scach ugię­cia po­ja­wia­ją się po­sił­ki, jak wy­ra­sta tam las szpi­cza­stych heł­mów. Pierw­sza li­nia obroń­ców, głę­bo­ka na sześć sze­re­gów, zgru­bia­ła mo­men­tal­nie do ośmiu, dzie­się­ciu, miej­sca­mi dwu­na­stu. Ko­no­wer­czy­cy wspie­ra­li ra­mio­na­mi i tar­cza­mi ple­cy wła­snych to­wa­rzy­szy, nie po­zwa­la­jąc upaść na­wet śmier­tel­nie ran­nym, wbi­ja­li nogi w zie­mię i ry­cząc głu­cho, na­pie­ra­li. I po trwa­ją­cym, wy­da­wa­ło­by się, wiecz­ność si­ło­wa­niu za­trzy­ma­li atak.

Przez chwi­lę wzdłuż ca­łe­go czo­ła czwo­ro­bo­ku prze­py­cha­no się za­cie­kle, ale po­wstań­cza pie­cho­ta stra­ci­ła już roz­pęd i wresz­cie Ba­wo­ły zwar­ły tar­cze, wy­rów­na­ły szyk i znów po­chy­li­ły w stro­nę nie­wol­ni­ków las cięż­kich gro­tów.

Me­ekhań­czy­cy spró­bo­wa­li po­now­nie, ale tym ra­zem, bez roz­pę­du i ata­ku­jąc w miej­scach wzmoc­nio­nej już obro­ny, ugrzęź­li. Praw­dą było też to, co wszy­scy po­wta­rza­li: że te su­kin­sy­ny z Rodu Ba­wo­łu są wiel­kie. Nie dało się tego nie za­uwa­żyć zwłasz­cza w bez­po­śred­nim star­ciu, gdy każ­dy z obroń­ców o pół gło­wy, albo o gło­wę, prze­wyż­szał ata­ku­ją­cych, a ich ude­rza­ją­ce znad gór­nych kra­wę­dzi pa­wę­ży włócz­nie za­czy­na­ły co­raz czę­ściej tra­fiać w szcze­li­ny mię­dzy tar­cza­mi po­wstań­ców, co­raz czę­ściej wra­ca­ły po­krwa­wio­ne. Zdo­bycz­na lub im­pro­wi­zo­wa­na broń na próż­no szu­ka­ła luk w ko­no­wer­skim mu­rze. Mie­cze, ma­cze­ty albo po pro­stu gro­ty włócz­ni i oszcze­pów na krót­kich drzew­cach od­bi­ja­ły się od ścia­ny tarcz.

— Wy­co­faj ich! — Luka sam nie wie­dział, do kogo krzy­czy. — Do ja­snej cho­le­ry, wy­co­faj ich!

Całe do­świad­cze­nie, któ­re ze­brał w im­pe­rial­nej ar­mii, mó­wi­ło mu, że to naj­wyż­sza pora: nie uda­ło się roz­bić wro­ga, lu­dziom w zwar­tych ko­lum­nach za­czy­na bra­ko­wać tchu, ci w pierw­szych sze­re­gach giną je­den za dru­gim i nie ma sen­su na­dal się wy­krwa­wiać.

Ka­hel-saw-Kir­hu nie był głup­cem i w tej sa­mej chwi­li Lukę do­biegł świst sy­gna­ło­wych gwizd­ków.

„Od­wrót!”

Ata­ku­ją­cy cof­nę­li się. Po­ło­wa kom­pa­nii w szy­ku, po­ło­wa już roz­pro­szo­na ni­czym kupa chłop­stwa. Lecz na­tych­miast gwizd­ki wy­da­ły ko­lej­ny roz­kaz.

„Wie­je wiatr”. „Wie­je wiatr”. „Wie­je wiatr”.

Mat­ko Ła­ska­wa!

Ru­szył na­przód, wrzesz­cząc i bez­sen­sow­nie wy­wi­ja­jąc mie­czem, a całe przed­po­le za­ro­iło się od wra­ca­ją­cych lek­ko­zbroj­nych. Ka­mie­nie znów za­bęb­ni­ły o tar­cze, oszcze­py po­mknę­ły górą. Ko­no­wer­ska pie­cho­ta od­po­wie­dzia­ła obe­lży­wym śmie­chem i po­trzą­sa­niem za­krwa­wio­ny­mi włócz­nia­mi. Ten „atak” nie mógł już nic zmie­nić w prze­bie­gu star­cia.

Gdy­by wal­czył tu je­den z im­pe­rial­nych puł­ków, roz­bi­te kom­pa­nie wy­ko­rzy­sta­ły­by zdo­by­ty czas, by od­sko­czyć, ze­wrzeć po­now­nie szyk, na­brać pędu i ude­rzyć jesz­cze raz. Ale puł­ki me­ekhań­skie szko­li­ły się pięć do sied­miu lat, za­nim na­uczy­ły się ta­kich ma­new­rów. Po­wstań­cza pie­cho­ta i tak do­ko­na­ła praw­dzi­we­go cudu, że uda­ło jej się choć raz ude­rzyć „mło­tem”.

Jed­nak atak oszczep­ni­ków i pro­ca­rzy nie był zwy­kłym sza­leń­stwem. Miał po­wstrzy­mać na kil­ka chwil po­ja­wie­nie się cza­row­ni­ków na pierw­szej li­nii, dać pie­cho­cie czas na od­skok.

Cięż­ko­zbroj­ni byli cen­niej­si.

Brzęk­nę­ły cię­ci­wy ba­list, ra­mio­na biff za­to­czy­ły pół­okrąg i set­ka po­ci­sków prze­mknę­ła im nad gło­wa­mi, spa­da­jąc na wy­co­fu­ją­ce się od­dzia­ły.

Przed tym już nie mo­gli ich ochro­nić.

Ko­no­wer­ski czwo­ro­bok za­re­cho­tał na ten wi­dok, a po­tem za­ry­czał jed­nym gło­sem. Ni­sko, aż zie­mia zda­wa­ła się drżeć.

— Uru­uuaaa! Uru­uuaaa! Uru­uuaaa!!!

Tak mu­sia­ły ry­czeć czar­ne ba­wo­ły z za­chod­nich rów­nin, a na dźwięk tego ryku na­wet sta­da wy­głod­nia­łych lwów po­rzu­ca­ły sie­dli­ska i ucie­ka­ły.

Jed­nak gdy umil­kli, nie ru­szy­li do kontr­ata­ku, nie zła­ma­li szy­ku i nie opu­ści­li po­zy­cji. Na to byli zbyt mą­drzy i zdy­scy­pli­no­wa­ni.

Te­raz gwizd­ki we­zwa­ły do od­wro­tu lek­ko­zbroj­nych. Wy­co­fy­wa­li się, zbie­ra­jąc z pola bi­twy ran­nych, po­pa­rzo­nych i mar­twych to­wa­rzy­szy, wy­co­fy­wa­li się, pod­no­sząc ich broń i tar­cze, a na­wet beł­ty z ba­list.

1 ... 170 171 172 173 174 175 176 177 178 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)