Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Dwa krótkie dźwięki i dwa długie. Dwa krótkie i dwa długie.
„Wieje wiatr”. „Wieje wiatr”.
W meekhańskiej armii sygnał ten wydawały mosiężne trąbki, tu zastąpili je gwizdkami, ale znaczył on to samo.
Lekka piechota naprzód!
Dobry tysiąc procarzy i oszczepników, mężczyzn i kobiet – cholera, chłopców i dziewcząt – ruszył biegiem do przodu, przez pole śmierci, byle szybciej przebyć te czterysta jardów dzielące obie armie, byle znaleźć się w zasięgu własnej broni, cisnąć oszczep, zakręcić procą i posłać kamień, wraz z krzykiem, wrzaskiem i przekleństwem.
Gdyby słowa mogły ranić i zabijać, armia Pani Oka leżałaby już martwa na tej równinie.
Pędząc na spotkanie muru z potężnych pawęży, nad którym spiżowymi zębami połyskiwały wysokie hełmy, minęli dwie linie śmierci. Pierwszą, jakieś trzysta jardów od Bawołów, gdy powitała ich salwa setki balist i biff, przed których pociskami tarcze powstańczej lekkiej piechoty nie chroniły w najmniejszym stopniu. Plecione z trzciny, z pędów leśnych pnączy, ledwo obciągnięte skórą lub lnem, spisywałyby się nieźle w starciu ze strzałą wypuszczoną z daleka albo kamieniem wystrzelonym z procy. Lecz ciężkie, długie na trzy stopy bełty z balist przeszywały je na wylot i wchodziły w ciała chronione tylko płóciennymi tunikami, a kamienie z biff, spadając niemal pionowo z góry, wytrącały osłony z rąk, rozbijały głowy, miażdżyły kości.
Luka zerknął przez ramię. Pułk powstańczej piechoty ruszył z miejsca i truchtał sto jardów za nimi, bezpieczny przynajmniej do czasu, aż załogi machin bojowych załadują je ponownie. To był jeden z celów ataku lekkozbrojnych: zaoszczędzić zwartym, łatwym do trafienia szeregom ciężkozbrojnych jednej, może nawet dwóch salw. Ale za jaką cenę.
Na oczach Luki długi pocisk trafił biegnącego obok chłopaka w szyję, przeszedł przez ciało i ugrzązł w brzuchu drugiego procarza.
Dwa trupy w czasie, w jakim pędzący bełt przebywa dwadzieścia stóp.
— Poluźnić szyki! — rozdarł się razem z dziesiętnikami lekkozbrojnych. — Nie zbijać się w kupę!
Wciąż mieli za mało doświadczenia w walce, by przełamywać instynktowną potrzebę szukania wsparcia w bliskości innych.
Jakby była jakaś różnica między umieraniem samemu a w towarzystwie.
Drugą linię śmierci, linię cuchnącą dymem i spalonym mięsem, zgotowali im czarownicy. Mniej więcej w połowie odległości między oboma armiami.
Konowerskie wojsko używało magów rozważnie, niczym doświadczony szermierz miecza. Nie miotali widowiskowych ognistych kul, nie tracili sił na stawianie ścian płomieni – to wszystko było dobre przeciw jeździe albo zwartym kolumnom piechoty. I nie ciskali czarów na setki jardów w przód, bo każdy jard zmniejszał ich skuteczność i męczył czarowników. Po co tracić siły? Zamiast tego żar trawił podłoże, ziemię, kamienie, krzewy i suche trawy jakieś sto pięćdziesiąt–dwieście jardów przed Bawołami. Czaił się. A potem nagle wybuchał atakującym wprost w twarze, parzył odsłonięte ramiona i nogi, zwęglał włosy i wypalał oczy.
Luka prawie przystanął, widząc, jak rozkładający się ognistymi płatkami kwiat pochłania trzy dziewczyny przed nim. Błysk, huk, swąd spalenizny i trzy ludzkie sylwetki wyłaniające się z chmury dymu, krzyczące jednym głosem. Upuszczają broń i tarcze, macają dłońmi po oślepłych nagle twarzach. Wyją.
— Naprzód! — wrzask oficerów nie pozwala się zatrzymać. — Szybciej!
To było inne starcie niż nocna bitwa z Geghijczykami. Tam magowie uderzyli od razu pełną mocą, by podpalić puszczę i zamknąć obóz niewolników w ognistych kleszczach. Ci czarownicy nie przemęczali się, nie zużywali niepotrzebnie sił na oddział oszczepników i procarzy. Stając naprzeciw lekkozbrojnych, uderzali, bardziej by poparzyć, poranić, oślepić. Złamać morale i wzbudzić panikę. Dziesiętnik widział ich już wyraźnie, sylwetki drobniejsze niż opancerzeni piechurzy pojawiały się na moment w szczelinach między pawężami, machając rękoma i tkając czary. A ziemia wokół nacierających powstańców eksplodowała i płonęła.
Luka minął krzyczące dziewczyny w pełnym biegu, a gniew i nienawiść niosły go jak jeszcze nigdy wcześniej. Nawet w czasie wojny z koczownikami.
Skurwysyny! Skurwysyny!!!
Przebył następnych kilkadziesiąt kroków na jednym oddechu, sadząc olbrzymie susy i wrzeszcząc wraz z innymi. Gdy zbliżyli się na jakieś sto jardów od linii Bawołów, czarownicy wycofali się, schronili w tylnych szeregach pawężników, by nie dosięgnął ich przypadkowy pocisk. Byli zbyt cenni, by tak głupio zginąć.
Gdy atakujący dotarli na pięćdziesiąt jardów, stała naprzeciw nich gładka ściana okutego stalą drewna.
Nagle Luka-wer-Klytus uświadomił sobie, że jak ostatni dureń poszedł do ataku z tarczą i mieczem. Nie miał ani oszczepu, ani procy. Aż przystanął. Głowa znów go zawiodła. Znów nie pamiętał, co robił wczorajszego wieczoru, co jadł na kolację ani gdzie spał.
Koło. Opiekowała się nim i…
Minęła go grupka dzieciaków krzyczących coś dziko i rozkręcających proce. Mogli mieć po kilkanaście lat… Fru! Kamienie pomknęły płaskim torem w stronę muru pawęży, zabębniły o niego gniewnym gradem.
— Górą! — wrzasnął do nich gniewnie. — Jak was uczyli, do cholery!
Usłyszeli albo sami przypomnieli sobie ćwiczenia, bo drugą salwę połowa z nich posłała wysoko, by pociski spadały na Bawoły z góry. Reszta strzelała normalnie. Kamienie spadające z wysoka powinny załomotać o hełmy, o pancerze, może nawet, jeśli będą mieli szczęście, roztrzaskać czyjąś głupio zapatrzoną w niebo gębę. Ale najważniejsze, że zmuszą piechotę do uniesienia tarcz, by nie mogła rzucić własnych oszczepów, nie przywitała głównego ataku deszczem śmierci.