Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 169 170 171 172 173 174 175 176 177 ... 210
Перейти на страницу:

Dwa krót­kie dźwię­ki i dwa dłu­gie. Dwa krót­kie i dwa dłu­gie.

„Wie­je wiatr”. „Wie­je wiatr”.

W me­ekhań­skiej ar­mii sy­gnał ten wy­da­wa­ły mo­sięż­ne trąb­ki, tu za­stą­pi­li je gwizd­ka­mi, ale zna­czył on to samo.

Lek­ka pie­cho­ta na­przód!

Do­bry ty­siąc pro­ca­rzy i oszczep­ni­ków, męż­czyzn i ko­biet – cho­le­ra, chłop­ców i dziew­cząt – ru­szył bie­giem do przo­du, przez pole śmier­ci, byle szyb­ciej prze­być te czte­ry­sta jar­dów dzie­lą­ce obie ar­mie, byle zna­leźć się w za­się­gu wła­snej bro­ni, ci­snąć oszczep, za­krę­cić pro­cą i po­słać ka­mień, wraz z krzy­kiem, wrza­skiem i prze­kleń­stwem.

Gdy­by sło­wa mo­gły ra­nić i za­bi­jać, ar­mia Pani Oka le­ża­ła­by już mar­twa na tej rów­ni­nie.

Pę­dząc na spo­tka­nie muru z po­tęż­nych pa­wę­ży, nad któ­rym spi­żo­wy­mi zę­ba­mi po­ły­ski­wa­ły wy­so­kie heł­my, mi­nę­li dwie li­nie śmier­ci. Pierw­szą, ja­kieś trzy­sta jar­dów od Ba­wo­łów, gdy po­wi­ta­ła ich sal­wa set­ki ba­list i biff, przed któ­rych po­ci­ska­mi tar­cze po­wstań­czej lek­kiej pie­cho­ty nie chro­ni­ły w naj­mniej­szym stop­niu. Ple­cio­ne z trzci­ny, z pę­dów le­śnych pną­czy, le­d­wo ob­cią­gnię­te skó­rą lub lnem, spi­sy­wa­ły­by się nie­źle w star­ciu ze strza­łą wy­pusz­czo­ną z da­le­ka albo ka­mie­niem wy­strze­lo­nym z pro­cy. Lecz cięż­kie, dłu­gie na trzy sto­py beł­ty z ba­list prze­szy­wa­ły je na wy­lot i wcho­dzi­ły w cia­ła chro­nio­ne tyl­ko płó­cien­ny­mi tu­ni­ka­mi, a ka­mie­nie z biff, spa­da­jąc nie­mal pio­no­wo z góry, wy­trą­ca­ły osło­ny z rąk, roz­bi­ja­ły gło­wy, miaż­dży­ły ko­ści.

Luka zer­k­nął przez ra­mię. Pułk po­wstań­czej pie­cho­ty ru­szył z miej­sca i truch­tał sto jar­dów za nimi, bez­piecz­ny przy­naj­mniej do cza­su, aż za­ło­gi ma­chin bo­jo­wych za­ła­du­ją je po­now­nie. To był je­den z ce­lów ata­ku lek­ko­zbroj­nych: za­osz­czę­dzić zwar­tym, ła­twym do tra­fie­nia sze­re­gom cięż­ko­zbroj­nych jed­nej, może na­wet dwóch salw. Ale za jaką cenę.

Na oczach Luki dłu­gi po­cisk tra­fił bie­gną­ce­go obok chło­pa­ka w szy­ję, prze­szedł przez cia­ło i ugrzązł w brzu­chu dru­gie­go pro­ca­rza.

Dwa tru­py w cza­sie, w ja­kim pę­dzą­cy bełt prze­by­wa dwa­dzie­ścia stóp.

— Po­luź­nić szy­ki! — roz­darł się ra­zem z dzie­sięt­ni­ka­mi lek­ko­zbroj­nych. — Nie zbi­jać się w kupę!

Wciąż mie­li za mało do­świad­cze­nia w wal­ce, by prze­ła­my­wać in­stynk­tow­ną po­trze­bę szu­ka­nia wspar­cia w bli­sko­ści in­nych.

Jak­by była ja­kaś róż­ni­ca mię­dzy umie­ra­niem sa­me­mu a w to­wa­rzy­stwie.

Dru­gą li­nię śmier­ci, li­nię cuch­ną­cą dy­mem i spa­lo­nym mię­sem, zgo­to­wa­li im cza­row­ni­cy. Mniej wię­cej w po­ło­wie od­le­gło­ści mię­dzy obo­ma ar­mia­mi.

Ko­no­wer­skie woj­sko uży­wa­ło ma­gów roz­waż­nie, ni­czym do­świad­czo­ny szer­mierz mie­cza. Nie mio­ta­li wi­do­wi­sko­wych ogni­stych kul, nie tra­ci­li sił na sta­wia­nie ścian pło­mie­ni – to wszyst­ko było do­bre prze­ciw jeź­dzie albo zwar­tym ko­lum­nom pie­cho­ty. I nie ci­ska­li cza­rów na set­ki jar­dów w przód, bo każ­dy jard zmniej­szał ich sku­tecz­ność i mę­czył cza­row­ni­ków. Po co tra­cić siły? Za­miast tego żar tra­wił pod­ło­że, zie­mię, ka­mie­nie, krze­wy i su­che tra­wy ja­kieś sto pięć­dzie­siąt–dwie­ście jar­dów przed Ba­wo­ła­mi. Cza­ił się. A po­tem na­gle wy­bu­chał ata­ku­ją­cym wprost w twa­rze, pa­rzył od­sło­nię­te ra­mio­na i nogi, zwę­glał wło­sy i wy­pa­lał oczy.

Luka pra­wie przy­sta­nął, wi­dząc, jak roz­kła­da­ją­cy się ogni­sty­mi płat­ka­mi kwiat po­chła­nia trzy dziew­czy­ny przed nim. Błysk, huk, swąd spa­le­ni­zny i trzy ludz­kie syl­wet­ki wy­ła­nia­ją­ce się z chmu­ry dymu, krzy­czą­ce jed­nym gło­sem. Upusz­cza­ją broń i tar­cze, ma­ca­ją dłoń­mi po ośle­płych na­gle twa­rzach. Wyją.

— Na­przód! — wrzask ofi­ce­rów nie po­zwa­la się za­trzy­mać. — Szyb­ciej!

To było inne star­cie niż noc­na bi­twa z Ge­ghij­czy­ka­mi. Tam ma­go­wie ude­rzy­li od razu peł­ną mocą, by pod­pa­lić pusz­czę i za­mknąć obóz nie­wol­ni­ków w ogni­stych klesz­czach. Ci cza­row­ni­cy nie prze­mę­cza­li się, nie zu­ży­wa­li nie­po­trzeb­nie sił na od­dział oszczep­ni­ków i pro­ca­rzy. Sta­jąc na­prze­ciw lek­ko­zbroj­nych, ude­rza­li, bar­dziej by po­pa­rzyć, po­ra­nić, ośle­pić. Zła­mać mo­ra­le i wzbu­dzić pa­ni­kę. Dzie­sięt­nik wi­dział ich już wy­raź­nie, syl­wet­ki drob­niej­sze niż opan­ce­rze­ni pie­chu­rzy po­ja­wia­ły się na mo­ment w szcze­li­nach mię­dzy pa­wę­ża­mi, ma­cha­jąc rę­ko­ma i tka­jąc cza­ry. A zie­mia wo­kół na­cie­ra­ją­cych po­wstań­ców eks­plo­do­wa­ła i pło­nę­ła.

Luka mi­nął krzy­czą­ce dziew­czy­ny w peł­nym bie­gu, a gniew i nie­na­wiść nio­sły go jak jesz­cze ni­g­dy wcze­śniej. Na­wet w cza­sie woj­ny z ko­czow­ni­ka­mi.

Skur­wy­sy­ny! Skur­wy­sy­ny!!!

Prze­był na­stęp­nych kil­ka­dzie­siąt kro­ków na jed­nym od­de­chu, sa­dząc ol­brzy­mie susy i wrzesz­cząc wraz z in­ny­mi. Gdy zbli­ży­li się na ja­kieś sto jar­dów od li­nii Ba­wo­łów, cza­row­ni­cy wy­co­fa­li się, schro­ni­li w tyl­nych sze­re­gach pa­węż­ni­ków, by nie do­się­gnął ich przy­pad­ko­wy po­cisk. Byli zbyt cen­ni, by tak głu­pio zgi­nąć.

Gdy ata­ku­ją­cy do­tar­li na pięć­dzie­siąt jar­dów, sta­ła na­prze­ciw nich gład­ka ścia­na oku­te­go sta­lą drew­na.

Na­gle Luka-wer-Kly­tus uświa­do­mił so­bie, że jak ostat­ni du­reń po­szedł do ata­ku z tar­czą i mie­czem. Nie miał ani oszcze­pu, ani pro­cy. Aż przy­sta­nął. Gło­wa znów go za­wio­dła. Znów nie pa­mię­tał, co ro­bił wczo­raj­sze­go wie­czo­ru, co jadł na ko­la­cję ani gdzie spał.

Koło. Opie­ko­wa­ła się nim i…

Mi­nę­ła go grup­ka dzie­cia­ków krzy­czą­cych coś dzi­ko i roz­krę­ca­ją­cych pro­ce. Mo­gli mieć po kil­ka­na­ście lat… Fru! Ka­mie­nie po­mknę­ły pła­skim to­rem w stro­nę muru pa­wę­ży, za­bęb­ni­ły o nie­go gniew­nym gra­dem.

— Górą! — wrza­snął do nich gniew­nie. — Jak was uczy­li, do cho­le­ry!

Usły­sze­li albo sami przy­po­mnie­li so­bie ćwi­cze­nia, bo dru­gą sal­wę po­ło­wa z nich po­sła­ła wy­so­ko, by po­ci­ski spa­da­ły na Ba­wo­ły z góry. Resz­ta strze­la­ła nor­mal­nie. Ka­mie­nie spa­da­ją­ce z wy­so­ka po­win­ny za­ło­mo­tać o heł­my, o pan­ce­rze, może na­wet, je­śli będą mie­li szczę­ście, roz­trza­skać czy­jąś głu­pio za­pa­trzo­ną w nie­bo gębę. Ale naj­waż­niej­sze, że zmu­szą pie­cho­tę do unie­sie­nia tarcz, by nie mo­gła rzu­cić wła­snych oszcze­pów, nie przy­wi­ta­ła głów­ne­go ata­ku desz­czem śmier­ci.

1 ... 169 170 171 172 173 174 175 176 177 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)