Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
W obecności suur Karvall czuliśmy się znacznie mniej swobodnie niż przy Tris, toteż żartobliwe rozmowy umilkły jak nożem uciął.
— Piękna sałatka — odezwała się Tris. Karvall skrzywiła się i uciszyła ją gestem kościstej, niemal przezroczystej dłoni.
Fraa Lodoghir zaczął mówić. Domyśliłem się, że to dlatego kazał mi zabrać talerz z „breją”.
— Wielość Światów… — Zawiesił głos i czekał, aż przebrzmi echo jego słów. — Brzmi imponująco. Nie mam pojęcia, co te słowa znaczą dla niektórych z was. Sam fakt istnienia Geometrów dowodzi istnienia co najmniej jednego świata innego niż nasz, więc można je rozumieć w całkiem trywialny sposób. Ponieważ jednak wygląda na to, że na tym messalu mam reprezentować proceńczyków, odegram swoją rolę porządnie i powiem tak: z Geometrami nic nas nie łączy. Nie mamy wspólnej kultury ani wspólnych doświadczeń i dopóki to się nie zmieni, nie będziemy mogli się z nimi porozumieć. Dlaczego? Dlatego, że język jest strumieniem symboli, które nie mają żadnego sensu, dopóki nasz umysł ich z czymś nie skojarzy i nie nada im znaczenia. Ten proces nazywa się akulturacją. Przy braku wspólnych doświadczeń nie może być mowy o wspólnocie kultur, a więc także o komunikacji. Ich wysiłki zmierzające do nawiązania kontaktu pozostaną zaś równie niezrozumiałe jak ich dotychczasowe gesty: wypchnięcie Niebiańskiego Strażnika przez śluzę, zrzucenie ofiary morderstwa na ośrodek kultu Oritheny, sztabowanie wulkanu.
Ledwie Lodoghir umilkł, z głośników popłynęły pierwsze komentarze. Ludzie mówili jeden przez drugiego.
— Nie zgadzam się, że ich gesty są niezrozumiałe.
— Musieli przecież oglądać nasze szpile!
— Nie rozumiesz idei Wielości Światów.
Suur Asquin przemówiła ostatnia, najdobitniej ze wszystkich:
— Wiele innych messali zajmuje się tematami, które poruszyłeś, fraa Lodoghirze. Wróćmy jednak do otwierającego dyskusję pytania pani sekretarz: po co nam osobny Messal Wielości Światów?
— Najlepiej byłoby o to zapytać hierarchów, którzy powołali go do istnienia! — odparł nieco pogardliwie Lodoghir. — Jeśli jednak pytasz mnie jako proceńczyka, odpowiedź jest prosta: przybycie Geometrów jest w pewnym sensie eksperymentem laboratoryjnym, idealnie nadającym się do zademonstrowania i analizy poglądów saunta Proca. Według jego filozofii język, komunikacja, a nawet myślenie to manipulacja symbolami, którym znaczenie może przypisać kultura. Tylko kultura. Mam nadzieję, że Geometrzy nie oglądali zbyt wielu naszych szpilów. Groziłoby to skażeniem ich umysłów i zepsuciem eksperymentu.
— A jaki to ma związek z naszym messalem? — zainteresowała się suur Asquin.
— Dobrze wie — zapewniła nas suur Tris. — Pyta tylko po to, żeby na użytek Ignethy Foral wyłożyć kawę na ławę.
— Wielość światów oznacza także wielość kultur, które do tej pory rozwijały się w całkowitej izolacji, w związku z czym nie są w stanie się porozumieć. Przynajmniej na razie.
— Według proceńczyków! — wtrącił ktoś.
Nie rozpoznawszy dziwnego akcentu, doszedłem do wniosku, że przemówił matarrhita.
— Celem messalu jest wobec tego opracowanie oraz, miejmy nadzieję, implementacja strategii dla państwa sekularnego, które przy wsparciu deklarantów byłoby zdolne tę wielość przełamać, czyli w praktyce opracować wspólny język. Kiedy z Wielości Światów narodzi się Jeden Świat, messal straci rację bytu.
— Lodoghir nie cierpi tego messalu — przetłumaczyłem. — I próbuje namówić Ignethę Foral, żeby zupełnie zmienić zakres jego prac w taki sposób, aby proceńczycy mieli na niego decydujący wpływ.
Suur Karvall złościła się, kiedy w ten sposób przekrzykiwaliśmy donów, ale musiała się z tym pogodzić. Staliśmy wokół kuchennego stołu i rozdzielaliśmy przyniesione przez nią jarzyny pomiędzy sześć talerzy z sałatkami — tylko sześć, ponieważ matarrhici najwyraźniej za sałatką nie przepadali.
Kiedy szykowaliśmy kolację, w naszym posługaczowym gronie wybuchła zawzięta dyskusja na temat celowości zapraszania matarrhity. Jedna teoria tłumacząca jego obecność przedstawiała się dość prosto: państwo sekularne było z natury religijne i zażyczyło sobie obecności jakiegoś deolatry. Matarrhici mieli odegrać na konwoksie znacznie większą rolę, niżby to wynikało z ich wpływów w świecie matemowym, a to dlatego, że współpraca z nimi najbardziej odpowiadała gryzipiórkom. Druga teoria potwierdzała natomiast przekonanie Ignethy Foral, jakoby nasz messal był po prostu miejscem zsyłki.
Dobiegający z głośników szczęk naczyń świadczył o tym, że posługacze w messalanie zaczęli zbierać miseczki po zupie. Nastąpiła przerwa w dialogu, usłyszeliśmy jednak swobodny głos starszej kobiety:
— Myślę, że uda mi się uśmierzyć twoje obawy, fraa Lodoghirze.
— Moje gratulacje, prasuur Moyra! — odparł Lodoghir, bez powodzenia siląc się na jowialność. — Nie przypominam sobie jednak, żebym wyrażał tu jakieś obawy.
Moyra była doną Karvall, więc z szacunku dla tej ostatniej na chwilę naprawdę zamknęliśmy jadaczki.
— Jeśli mnie pamięć nie myli, zatroskał się pan, czy aby Geometrzy nie skazili swojej kultury nadmierną liczbą obejrzanych szpilów — przypomniała Lodoghirowi Moyra.
— Naturalnie — przytaknął Lodoghir. — Spotkała mnie kara za dyskusje z lorytką.
Drzwi się otworzyły i do kuchni wszedł Barb z siedmioma miskami.
— Chyba nie powinieneś nazywać mnie lorytką — odparła ostrożnie Moyra. — Lepsza byłaby „metalorytka”. Albo, przez wzgląd na tę szczególną okazję, Lorytka Wieloświatowa.
To wywołało lekkie poruszenie, zarówno w messalanie, jak i w kuchni. Suur Karvall znieruchomiała przy głośniku, zasłuchana. Arsibalt, który właśnie coś siekał, zastygł w bezruchu, z nożem wzniesionym nad deską.
— My, loryci, jesteśmy z natury namolni, kiedy wytykamy naszym rozmówcom, że ktoś już dawno temu wpadł na taki czy inny pomysł — ciągnęła Moyra. — Obawiam się, że jestem teraz zmuszona rozszerzyć naszą tradycyjną domenę i powiedzieć tak: „Ogromnie mi przykro, fraa Lodoghirze, ale taki sam pomysł pewien owadziooki potwór z planety Zarzax wyśnił już przed dziesięcioma milionami lat!”.
Śmiech przy stole.
— Kapitalne! — Zachwycony Arsibalt odwrócił się w moją stronę.
— To utajniona halikaarnijka — powiedziałem.
— Otóż to!
Fraa Lodoghir również to zauważył i szykował się do odparcia ataku.
— Nie masz pewności, że tak było, ponieważ nie możesz porozumieć się z owadziookim potworem ani jego potomkami…
I zaczął wykładać to, co mówił już wcześniej. Podałem sałatkę, licząc na to, że w ten sposób go uciszę. Suur Moyry nie przekonał, a Ignetha Foral spoglądało na niego lodowato.
Tymczasem don Arsibalta, siedzący obok fraa Jaada, nachylił się ku niemu i zaczął coś szeptać. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłem, wydał mi się dziwnie znajomy, ale dopiero kiedy Arsibalt powiedział mi, jak ma na imię, skojarzyłem, w jakich okolicznościach widziałem go poprzednio: stał samotnie w prezbiterium Saunta Edhara i z zadartą głową patrzył prosto na mnie. To był fraa Paphlagon.
Fraa Jaad skinął głową. Widząc, że Lodoghir pomału traci impet, Paphlagon odchrząknął i wszedł mu w słowo: