Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Była bardzo przydatna — oświadczyła Mesaana wyraźnie zalęknionym głosem, który Alviarin mocno się z czymś kojarzył — a teraz będę ją musiała zabić.
— Zawsze byłaś... nadmiernie rozrzutna — odrzekł zgrzytliwy głos, przywodzący na myśl odgłos kruszenia pod stopami zmurszałych kości.
Alviarin padła na podłogę, zaszokowana widokiem wysokiego męskiego kształtu w osobliwej czarnej zbroi kojarzącej się ze skórą węża, gdyż złożona była z płytek, które zazębiały się niczym wężowe łuski. Osobnik stał przed jednym z okien. Nie był jednakże człowiekiem. Na jego bladej twarzy Alviarin nie dostrzegła oczu, tylko gładką, straszliwie białą skórę w ich miejscu. Służąc Ciemnemu Władcy, spotkała już wcześniej Myrddraali i nawet nauczyła się wytrzymywać ich bezokie spojrzenia, nie wzdrygając się przed nimi i nie uciekając w panice, tym niemniej ten konkretny Zaczajony straszliwie ją przeraził, toteż zaczęła się cofać, aż uderzyła plecami o nogę stołu. Zaczajeni byli do siebie podobni jak dwie krople deszczu, wszyscy wysocy, szczupli i o identycznych rysach, lecz ten był o głowę wyższy od wszystkich znanych Alviarin Myrddraali, a poza tym zdawał się promieniować władzą, która przepełniała jej ciało przerażeniem, przenikającym kobietę aż do kości. Alviarin bezmyślnie sięgnęła po Źródło. I prawie wrzasnęła. Źródło zniknęło! Nie miała już ochrony, po prostu nie istniało nic, co mogłaby objąć! Myrddraal przyjrzał jej się, po czym się uśmiechnął. A przecież Zaczajeni nigdy się nie uśmiechali! Nigdy, przenigdy. Jej oddech przybrał postać nierównych, chrapliwych sapnięć.
— Ona może nam się jeszcze przydać — oświadczył zgrzytliwie ogromny osobnik. — Nie chciałbym niszczyć Czarnych Ajah.
— Kim jesteś, że wyzywasz jedną z Wybranych? — spytała Mesaana tonem szyderstwa, udając odważną, jednak w chwilę później zniweczyła ten efekt, nerwowo oblizawszy wargi.
— Sądziłaś, że Ręka Cienia to tylko nic nie znacząca nazwa? — Głos Myrddraala zagubił gdzieś swą wcześniejszą zgrzytliwość. Brzmiał teraz głucho i wydawał się docierać z niewyobrażalnie oddalonego dna pieczary. Przemawiając, istota rosła jeszcze bardziej, z każdą minutą potężniejąc, aż musnęła czubkiem głowy znajdujący się dwie piędzi wyżej sufit. — Wezwano cię, a ty nie przybyłaś. Moja ręka sięga daleko, Mesaano.
Jawnie dygocząc na całym ciele, Wybrana otworzyła usta, może z zamiarem przedstawienia jakichś kontrargumentów, tyle że w tym samym momencie ogarnął ją czarny ogień. Mesaana wrzasnęła, gdy jej strój zaczął spadać i zmieniać się w pył. Wstęgi czarnego płomienia przywiązały jej ręce do boków i zacisnęły się mocno wokół jej nóg, a w ustach pojawiła się kotłująca, czarna kula, która zmusiła kobietę do rozwarcia szczęk. Wybrana zwijała się i skręcała, stojąc w miejscu naga i bezradna. Przewracała oczyma, Alviarin zaś, widząc to, miała ochotę zapaść się pod ziemię.
— Chcesz wiedzieć, dlaczego trzeba ukarać jedną z Wybranych? — Głos znów zabrzmiał okropnie zgrzytliwie, ale Alviarin nie zamierzała dać się ogłupić temu pozornie zbyt wysokiemu Zaczajonemu. — Chcesz popatrzeć? — spytał Myrddraal.
Powinna teraz przylgnąć płasko do podłogi brzuchem, czołgać się i błagać o życie, jednak jakoś nie mogła się ruszyć. Nie mogła odwrócić wzroku od tego bezokiego spojrzenia.
— Nie, Wielki Władco — odparła z trudem, gdyż w ustach miała sucho jak podczas najgorętszych dni upalnego lata. Wiedziała! Choć prawda wydawała jej się niemożliwa, znała ją. Sekundę później odkryła, że łzy toczą jej się po policzkach.
Potężna istota znowu się uśmiechnęła.
— Wielu upadło z ogromnej wysokości, ponieważ pragnęli zbyt dużo zobaczyć.
Bezoki podpłynął do niej... Nie, nie, raczej podpłynął do niej Wielki Władca Ciemności, spowity w skórę Myrddraala. Z pozoru szedł na własnych nogach, a równocześnie osobliwie sunął... Właściwie nie istniało słowo, którym Alviarin mogłaby opisać sposób, w jaki się przemieszczał. Blady, odziany w czerń kształt pochylił się nad nią. Zamierzała wrzasnąć, kiedy musnął palcem jej czoło. Krzyknęłaby, gdyby potrafiła wydobyć z gardła jakikolwiek dźwięk. Niestety, jej płuca stały się bowiem nagle pozbawionymi powietrza workami. Dotyk palił jak gorące żelazo. Ledwie przytomna, zastanowiła się, dlaczego nie czuje zapachu własnego przypalonego ciała. Wielki Władca wyprostował się i piekący ból zmalał, a potem zniknął. Jej przerażenie ani na jotę wszakże się nie zmniejszyło.
— Oznaczyłem cię jako swoją — wychrypiał Wielki Władca. — Mesaana cię teraz nie skrzywdzi, chyba że wydam jej pozwolenie. Mam dla ciebie zadanie. Dowiesz się, kto z tutejszych zagraża moim stworzeniom i przekażesz mi ich imiona. — Obrócił się od niej i ciemna zbroja spadła z jego ciała. Alviarin zaskoczył fakt, że zbroja nie zniknęła, lecz z głośnym łoskotem spadła na wyłożoną dywanami kaflową podłogę. Gość pozostał w czarnym odzieniu, a Alviarin nie umiała powiedzieć, z jakiego materiału jest jego ubranie — z jedwabiu, skóry czy czegoś zupełnie innego. Ciemny odcień stroju zdawał się spijać całe światło z pokoju. Mesaana zaczęła się rzucać w więzach, jęcząc przeraźliwie mimo knebla w ustach. — Teraz chodź — powiedział — jeśli chcesz przeżyć kolejną godzinę.
Dźwięki, które wydawała Wybrana, podniosły się do rozpaczliwego krzyku.
Alviarin nie wiedziała, w jaki sposób opuściła swoje pokoje — nie potrafiła pojąć, jak zdołała powstać, skoro nogi miała jak z waty — tym niemniej odkryła, że biegnie przez korytarze. Spódnice kleiły jej się do kolan, ona zaś pędziła najszybciej, jak mogła. Nagle pojawił się przed nią szczyt szerokich schodów. Na szczęście zdołała się w ostatniej chwili zatrzymać, w przeciwnym razem poleciałaby w dół. Roztrzęsiona, przylgnęła do ściany i zagapiła się na białe, kręte, marmurowe schody. Oczyma wyobraźni widziała swoje ciało spadające i obijające się na stopniach, a potem rozbite na dole.
Oddychając chrapliwie, nabierając powietrza w nieregularnych, gwałtownych haustach, podniosła drżącą dłoń do czoła. Jej myśli kłębiły się bezładnie, szczególnie ilekroć spojrzała w dół schodów. Wielki Władca Ciemności oznaczył ją jako swoją! Jej palce przesunęły się po gładkiej, nieskazitelnej skórze. Alviarin zawsze wysoce ceniła sobie wiedzę — wszak z niej brała się władza — tym razem wszakże wolała nie wiedzieć, co dzieje się w komnatach, które opuściła. Mało tego, żałowała, że stała się świadkiem upodlenia Wybranej. Wielki Władca wprawdzie ją naznaczył, ale Mesaana i tak znajdzie sposób zabicia jej, ponieważ Alviarin zbyt wiele widziała. Cóż, może przeżyje, jeśli dowie się, kto poluje na Czarne Ajah.
Z wysiłkiem prostując plecy, grzbietami obu dłoni pospiesznie starła łzy z policzków. Nie mogła oderwać wzroku od opadających przed nią stopni. Elaida na pewno ją podejrzewała, a jeśli dysponowała jedynie podejrzeniami, mogła spróbować zastawić na nią pułapkę. Wtedy Amyrlin stanie się dla niej wyraźnym zagrożeniem i trzeba ją będzie powstrzymać. Na przykład przekazać jej imię Wielkiemu Władcy. Alviarin ponownie uniosła palce do czoła. Wśród Zasiadających, które spotkała dziś w pokojach Elaidy, była wszak jedna Czarna Ajah. Gładka, nieskalana skóra... Tak, tam, w kwaterze Elaidy była Talene. Dlaczego patrzyła w taki sposób na Yukiri i Doesine? Talene była Czarną, tyle że oczywiście nie wiedziała, iż Alviarin również przynależy do tajemnej Ajah. Czy te kobiety dawały sobie jakieś sekretne znaki? Czy istniało coś, co dostrzegały wszystkie? Jeśli Elaida wyznaczy „myśliwe”, być może zacznie od Talene. A nawet jeśli od niej nie zacznie, i tak w końcu wiadomość do Talene trafi. Alviarin usiłowała sobie wyobrazić potencjalną trasę przemieszczania się informacji, niestety nie potrafiła się powstrzymać przed równoczesną obserwacją stopni. A w wyobraźni widziała swoje ciało obijające się, podskakujące, spadające... aż na sam dół, aż do podstawy schodów...