Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Przez chwilę Alviarin tylko gapiła się na paczuszkę. Jej najcenniejszy dobytek, przedmiot z Wieku Legend, którego nigdy przedtem nie ośmieliła się użyć! „Użyj go jedynie w razie najgorszego niebezpieczeństwa” — powiedziała jej Mesaana. — „Jedynie w najbardziej desperackiej potrzebie”. Czyż mógł się Alviarin zdarzyć straszniejszy dzień niż dzisiejszy?! Mesaana twierdziła, że przedmiot potrafi znienacka uderzyć, toteż Alviarin rozwijała materiał z ostrożnością, którą zwykle rezerwuje się dla delikatnego, dmuchanego szkła. W końcu przyjrzała się ter’angrealowi. Był to jaskrawoczerwony pręt, nie dłuższy niż jej palec wskazujący, zupełnie gładki z wyjątkiem kilku delikatnych kreseczek wyrytych na powierzchni i tworzących wijący się, przeplatany wzór. Obejmując Źródło, Alviarin dotknęła tego wzoru w dwóch przecięciach cienkimi niczym włos przepływami Ognia i Ziemi. W Wieku Legend nie było to konieczne, jednak obecnie tak zwane „stałe przepływy” już nie istniały. Świat, w którym prawie każdego ter’angreala mogli użyć ludzie bez umiejętności przenoszenia Mocy, wydawał jej się dziwny i niepojęty. Dlaczego na coś takiego zezwalano?
Przyciskając mocno jeden koniec pręta kciukiem — sama Jedyna Moc nie wystarczała — Alviarin usiadła ciężko na krześle i, oparłszy się o niskie oparcie, zagapiła się na trzymany w dłoni przedmiot. Tak, stało się! Tak, już było po wszystkim. Czuła się pusta, straszliwie pusta — teraz, gdy jej lęki znikały w ciemnościach niczym ogromne nietoperze.
Nie owinęła ter’angreala w materiał, lecz schowała go do woreczka przy pasie, po czym wstała i odniosła skrzynkę z powrotem do szafy. Nie zamierzała wypuścić z dłoni czerwonego pręta, póki nie poczuje się całkowicie bezpieczna. W chwili obecnej wszakże nie mogła zrobić nic więcej, co najwyżej usiąść i czekać, kołysząc się w przód i w tył z rękoma splecionymi i wciśniętymi między kolana. Nie potrafiła się powstrzymać przed kołysaniem, podobnie jak przed wydawaniem cichych jęków przez zęby. Od dnia powstania Wieży żadnej siostry nigdy nie oskarżono wprost o przynależność do Czarnych Ajah. Och, krążyło sporo plotek, jedne siostry podejrzewały inne, a od czasu do czasu jakaś Aes Sedai umarła i podejrzenia niespodziewanie się urywały... Nigdy wszakże nikt nikogo oficjalnie nie oskarżył. Jeśli Elaida otwarcie wspomniała o pieńku kata, prawdopodobnie brała pod uwagę możliwość oficjalnego oskarżenia swej właśnie zdymisjonowanej Opiekunki. A Czarne siostry miały zwyczaj znikać, gdy narastała wokół nich fala podejrzeń. Tak, tak, Czarne Ajah pozostawały w ukryciu, niezależnie od kosztów. Alviarin żałowała, że nie potrafi powstrzymać jęków.
Nagle światło w pokoju osłabło, spowijając izbę w ruchliwe cienie zmierzchu. Promienie słoneczne najwyraźniej nie mogły się już przebić przez szyby. Alviarin w jednej chwili znalazła się na kolanach i spuściła oczy. Zadrżała, walcząc z pragnieniem wyrzucenia z siebie strachu, jednak w obecności Wybranych trzeba było zachowywać odpowiednie formy.
— Żyję, aby służyć, Wielka Pani — oświadczyła. Tylko tyle.
Nie mogła marnować ani chwili, a co dopiero godziny na jęki i smutek. Zacisnęła dłonie, dzięki czemu nie drżały.
— Cóż strasznego ci się przydarzyło, dziecko? — Był to głos kobiecy, a równocześnie odgłos kryształowych dzwonów. Alviarin dosłyszała w nim nutkę irytacji. Gdyby kobieta naprawdę się rozgniewała, Alviarin mogłaby zginąć na miejscu. — Jeśli sądzisz, że podniosę choćby palec, by pomóc ci w odzyskaniu stuły Opiekunki, bardzo się mylisz. Chociaż przy dodatkowej odrobinie wysiłku wciąż jeszcze możesz dokończyć zadanie zgodnie z moim życzeniem. Swoją pokutę z ręki Mistrzyni Nowicjuszek powinnaś zaś potraktować jako małą karę... ode mnie. Ostrzegałam cię przed Elaidą. Nie należy na nią naciskać, bo potrafi być niebezpieczna.
Alviarin chciała zaprotestować, lecz milczała. Na Elaidę bez wątpienia trzeba było naciskać, jeśli chciało się ją do czegoś nakłonić. Mesaana na pewno o tym wiedziała. Jednak protest w tym momencie nie wydawał się zbyt mądrym posunięciem. Nie można się kłócić z Wybranymi. W kontaktach z nimi wiele nieprzemyślanych posunięć kończyło się nieprzyjemnymi konsekwencjami. W każdym razie rzemienie Silviany stanowiły błahostkę w porównaniu z toporem kata.
— Elaida wie, Wielka Pani — wysapała, podnosząc oczy.
Przed nią stała kobieta ze światła i cienia, odziana w światło i cień, cała w intensywnych czerniach i srebrzystych bielach, które naprzemiennie się mieniły. Srebrne oczy łypały z twarzy o konsystencji dymu, srebrne wargi zaciskały się niemal w cienką kreskę. W sumie była to jedynie Iluzja, na dodatek sama Alviarin potrafiłaby utkać doskonalszą. Przemieszczający się błysk zielonej, jedwabnej spódnicy haftowanej wyszukanymi, brązowymi paseczkami wskazywał miejsce, w którym przystawała sunąca po domańskim dywanie Mesaana. Alviarin wszakże nie potrafiła już dostrzec tworzących Iluzję splotów, raczej wyczuwała te, których Wybrana użyła do przybycia tutaj bądź też skrycia pomieszczenia w cieniu. Alviarin zaczęła podejrzewać, że Mesaana w ogóle nie potrafi przenosić Mocy! Doskwierało jej zwykle pragnienie poznania tych dwóch sekretów, dziś jednak ledwie je zauważyła. — Elaida wie, że jestem Czarną Ajah, Wielka Pani — wyjaśniła. — Skoro mnie zdemaskowała, musi mieć naprawdę dobrego i skrupulatnego szpiega. Taki szpieg może stanowić zagrożenie dla tuzinów z nas, a może nawet dla nas wszystkich.
Wiedziała, że chcąc przyciągnąć uwagę Wybranej, powinna maksymalnie przejaskrawić niebezpieczeństwo. Tak, wtedy Mesaana na pewno odpowiednio zareaguje i udzieli jej rady.
Tyle że całą reakcję Wybranej stanowiło pogardliwe machnięcie srebrzystej obecnie dłoni. Twarz Mesaany jarzyła się niczym księżyc, otaczając teraz czarniejsze niż węgle oczy.
— To śmieszne, co mówisz. Elaida nie może postanowić z dnia na dzień, że wierzy w istnienie Czarnych Ajah. Po prostu starasz się mnie zwieść, a sobie zaoszczędzić bólu. Być może trzeba czegoś więcej dla pouczenia cię, w jakim jesteś błędzie.
Zaczęła się tłumaczyć Wybranej, usiłując obronić swoje stanowisko, podczas gdy Mesaana podnosiła coraz wyżej dłoń, tkając w powietrzu splot, który Alviarin aż zbyt dobrze pamiętała. Czuła, że musi tę kobietę przekonać!
Nagle cienie w pokoju się zachwiały. Alviarin odniosła wrażenie, że wszystkie przedmioty rozstępują się na boki, ciemność zaś gęstniała w postaci coraz mroczniej szych brył. I nagle owe bryły zniknęły, a ciemność ustąpiła. Zaskoczona Alviarin odkryła, że błagalnie wznosząc i wyciągając ręce, klęczy przed niebieskooką kobietą z ciała i krwi, odzianą w zieloną suknię przyozdobioną brązowymi haftami. Zwodniczo znajomą kobietą, mniej więcej w średnim wieku... Od dawna miała świadomość, że Mesaana krąży po Wieży przebrana za jedną z sióstr, chociaż twarz żadnej Wybranej, którą Alviarin kiedykolwiek spotkała, nie była pozbawiona oznak wieku. Tak czy owak, teraz nie potrafiła sobie przypomnieć imienia tej nagle znajomej istoty. W jednej chwili dostrzegła wszakże jeszcze jeden szczegół. Na twarzy jej rozmówczyni gościł strach. Niewielki, ukryty, a jednak strach.