Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Zasiadające nie mogły nic zrobić, może poza otwartym buntem. Jako członkinie Komnaty miały racje po swojej stronie, lecz Komnata rzadko ośmielała się naruszyć autorytet Zasiadającej na Tronie Amyrlin. Do takiego przypadku dochodziło tylko wtedy, jeżeli cała Komnata zjednoczyła się przeciwko Amyrlin, ale tej Komnacie trudno było dostrzec zgodę jej przedstawicielek na jakikolwiek punkt. Alviarin miała zresztą w tym swój udział. Ferane i Suana odeszły, obie sztywno wyprostowane i z zaciętymi ustami, Andaya zaś prawie wybiegła. Każda z nich obrzuciła Opiekunkę zaledwie jednym spojrzeniem.
Alviarin niemal nie mogła się doczekać zamknięcia drzwi za ostatnią siostrą.
— Takie działanie naprawdę niczego nie zmieni, Elaido, na pewno to rozumiesz. Musisz myśleć długofalowo, nie zaś łapać byle nadarzającą się, pustą okazję. — Wiedziała, że paple, aby tylko paplać, nie potrafiła się wszakże powstrzymać. — Klęska pod Studniami Dumai, niewątpliwa katastrofa związana z Czarną Wieżą... z powodu tego typu spraw mogą cię zdetronizować. Jeśli chcesz zachować Laskę i Stułę, potrzebujesz mnie. Potrzebujesz mnie, Elaido, wierz mi. Ty...
Zamknęła usta i zacisnęła zęby, zanim wyrzuci z siebie wszystkie żale. Nadal musiał istnieć sposób wydobycia się z opresji.
— Jestem zaskoczona, że wróciłaś — odparowała Amyrlin, wstając i wygładzając spódnice z czerwonymi wstawkami. Nigdy nie przestała się ubierać w stylu Czerwonych. O dziwo, obchodząc biurko, uśmiechała się. Nie, nie błyskała nieznacznym uśmieszkiem, lecz prezentowała pełny, szeroki uśmiech zadowolenia. — Ukrywałaś się gdzieś w mieście, odkąd przybyły buntowniczki? Sądziłam, że natychmiast gdy się o nich dowiesz, wsiądziesz na jakiś statek i odpłyniesz. Kto by pomyślał, że ponownie odkryją Podróżowanie? Wyobraź sobie, jak wspaniale możemy wykorzystać tę wiedzę. — Uśmiechając się, kroczyła po dywanie. — Cóż, pozwól, że ci wyjaśnię. Czego mam się obawiać z twojej strony? Opowieści z Cairhien wspominają o Wieży, lecz nawet jeżeli siostry rzeczywiście posłuchają tego młokosa al’Thora, w co osobiście nie wierzę, wszyscy obwinią o to Coiren. To ona go tutaj sprowadziła, więc Aes Sedai ją obarczą odpowiedzialnością i ją skażą. — Elaida zatrzymała się przed Alviarin, która cofnęła się jeszcze głębiej w kąt. Nigdy wcześniej uśmiech Amyrlin nie sięgał jej spojrzenia, tym razem zaś, kiedy się uśmiechnęła, jej oczy aż zalśniły. Alviarin nie mogła oderwać od tych oczu wzroku. — W ubiegłym tygodniu także słyszałyśmy wiele szczegółów na temat tak zwanej Czarnej Wieży. — Przy tej nazwie Elaida wydęła usta z obrzydzeniem. — Wydaje mi się, że przebywa w niej więcej mężczyzn, niż przypuszczałaś. Wszyscy wszakże uważają, że Toveine wykazała się bystrością i poznała ich liczbę, zanim zdecydowała się na atak. Było sporo dyskusji w tej kwestii. A jeśli Toveine przybędzie tu pokonana, ją obarczą całą winą. Z tego też względu twoje pogróżki...
Alviarin zatoczyła się pod samą ścianę i stała przez chwilę, mrugając bezradnie, zanim pojęła, że Amyrlin uderzyła ją w twarz. Policzek powoli zaczynał jej puchnąć. Poświata saidara natychmiast otoczyła Elaidę, odgradzając ją od Alviarin, zanim Opiekunka zdążyła się choćby ruszyć. Równocześnie sama Alviarin straciła dostęp do Mocy. Na szczęście Amyrlin nie zamierzała przenosić saidara. Wciąż z uśmiechem, cofnęła pięść, po czym powoli zrobiła głęboki wdech i opuściła rękę. Nie usunęła jednak utkanej tarczy.
— Naprawdę zrealizowałabyś swoje groźby? — spytała tonem niemal łagodnym.
Ręka Alviarin opadła na rękojeści noża za pasem. Był to raczej odruch, ponieważ nawet gdyby Elaida nie dzierżyła Mocy, Alviarin nie mogła jej zabić, skoro tak wiele Zasiadających wiedziało, że zostały same w pomieszczeniu. W tym przypadku morderstwo równałoby się samobójstwu. Jej twarz nadal płonęła, gdy Amyrlin prychnęła pogardliwie:
— Nie mogę się już doczekać, kiedy ujrzę twoją głowę na pieńku kata, Alviarin, lecz póki nie zdobędę jednoznacznych dowodów przeciwko tobie, niewiele mogę zrobić. Pamiętasz, ileż razy zlecałaś Silvianie wyznaczenie mi osobistej pokuty? Mam nadzieję, że pamiętasz, gdyż za każdy dzień mojej kary odcierpisz dziesięciokrotnie. A poza tym... — Jednym szarpnięciem ściągnęła z szyi Alviarin stułę Opiekunki. — Jako że nikt nie mógł cię znaleźć od przybycia buntowniczek, poprosiłam Komnatę o zgodę na usunięcie cię ze stanowiska Opiekunki. Naturalnie nie całą Komnatę... Nadal zapewne masz tam nieco wpływu... Chociaż zaskakująco łatwe okazało się uzyskanie poparcia sióstr, które zasiadały w niej tamtego dnia. Widzisz, Alviarin, Opiekunka Kronik powinna przebywać ze swoją Amyrlin, a nie wędrować gdzieś własnymi drogami. Chociaż... gdy się dłużej zastanowić... może nie masz zupełnie żadnych wpływów, skoro przez cały czas ukrywasz się w mieście. A może wróciłaś... przypłynęłaś z powrotem, spodziewając się zobaczyć klęskę. Miałaś nadzieję, że znajdziesz w ruinach coś dla siebie?... Zresztą nic mnie to nie obchodzi. Tak czy owak, chyba powinnaś w pewnym momencie wsiąść na pierwszy lepszy odpływający z Tar Valon statek. Chociaż muszę ci się przyznać, że myśl o tobie przemykającej wstydliwie z wioski do wioski i skrywającej twarz przed każdą inną Aes Sedai blednie w porównaniu z przyjemnością, jaką mi sprawi widok twojego cierpienia podczas pokuty. Teraz zejdź mi z oczu, zanim postanowię, co będzie dla ciebie lepsze: chłosta brzozową witką czy rzemienie Silviany.
Rzuciła białą stułę na podłogę, po czym odwróciła się do Alviarin plecami, wypuściła saidar i ruszyła ku swojemu krzesłu, jakby jej dawna Opiekunka nagle przestała dla niej istnieć.
Alviarin nie odeszła, lecz uciekła. Biegnąc, odnosiła wrażenie, że czuje na swoim karku oddechy Psów Czarnego. Wcześniej ledwie mogła się skupić, ponieważ usłyszała słowo „zdrada”. Słowo to odbijało się echem w jej głowie, aż miała ochotę zawyć. Zdrada mogła oznaczać tylko jedno! Elaida wiedziała, kim jest Alviarin, szukała jedynie dowodów na potwierdzenie swych domysłów. Ciemny Władca jest łaskawy, ale nigdy nie nadużywa swej łaski. Litość bowiem rezerwuje się dla tych, którzy obawiają się własnej siły. Alviarin zaś teraz po prostu się bała. A raczej była do granic wypełniona przerażeniem!
Popędziła schodkami Wieży w dół. Jeśli w korytarzach przebywali akurat jacyś przedstawiciele służby, nie widziała ich. Panika oślepiła jej wzrok i kobieta dostrzegała jedynie podłogę pod stopami. Zbiegała aż do szóstego piętra, gdzie mieściły się jej apartamenty. W każdym razie przypuszczała, że nadal te pokoje do niej należą. Pomieszczenia z balkonem wychodzącym na wielki plac przed Wieżą, czyli biuro Opiekunki Kronik... Na razie wystarczała jej myśl, że wciąż posiada w Wieży mieszkanie. A zatem ma szansę przeżyć.
Tutejsze meble pochodziły z Arad Doman i pozostawiła je poprzednia mieszkanka. Wszystkie wykonano z jasnego drewna inkrustowanego masą perłową i bursztynami. W sypialni Alviarin gwałtownie otworzyła jedną z szaf i padła przed nią na kolana. Odepchnęła suknie i zaczęła szperać w głębi, w małej skrzyneczce, długiej zaledwie na dwie dłonie. Posiadała ją od wielu, wielu lat. Rzeźbienia na skrzynce były zawiłe, lecz jakby niezdarne i przedstawiały rzędy różnych węzłów jawnie skonstruowanych przez twórcę bardziej ambitnego niż utalentowanego. Kobiecie trzęsły się ręce, kiedy niosła skrzyneczkę na stół, gdzie ją postawiła, po czym wytarła wilgotne dłonie o suknię. Ażeby otworzyć skrzynkę, należało rozłożyć jak najszerzej palce, a następnie przycisnąć nimi jednocześnie cztery wyrzeźbione węzły, z których żaden nie wykazywał podobieństwa z pozostałymi trzema. Alviarin wybrała odpowiednie rzeźbienia i wcisnęła je, a wtedy wieczko nieznacznie się podniosło, ona zaś otworzyła je szerzej, ujawniając swój najcenniejszy dobytek, starannie owinięty w brązowy materiał, dzięki któremu zawartość skrzyneczki nie grzechotałaby, gdyby jakaś służąca przypadkowo odkryła pudełko i nim potrząsnęła. Większość służących Wieży nie zaryzykowałaby kradzieży, jednak słowo „większość” nie równało się słowu „wszyscy”.