Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Albo rozszabrowano, gdy okręt został skazany na wygnanie.
Potrząsnął głową, odpędzając zarówno wspomnienia, jak i głupie domysły. Musiał, do cholery, skupić się na tym, co tu i teraz.
Sala była duża, a jej czarne ściany zdawały się połykać światło. Mimo to jego wzrok szybko wyłapał szczegóły. W środku nie dostrzegł żadnych mebli, trzy z czterech drzwi podparto kołkami i klinami, blokując je na stałe, a ostatnie były pilnowane przez dwóch żołnierzy z kuszami w rękach.
— Za tymi drzwiami jest korytarz, panie poruczniku. Widzę tylko jakieś czterdzieści łokci, potem zakręca — jeden z pilnujących meldował spokojnie, nie odwracając wzroku od ciemnej głębi. — Nic się nie rusza. Psy spokojne.
Warujący przy nogach strażnika zwierz zastrzygł tylko uszami i zamerdał ogonem. Najwyraźniej obaj byli dobrze wyszkoleni. Oficer skinął głową, poprawił pas.
— Dobra. Wchodzimy. Czterech tarczowników i dwa psy z przodu. Nur, weźmiesz kilku ludzi z kuszami i będziecie ich wspierać. Bergh, zostawisz dwa zwierzaki na końcu. Zwracajcie uwagę na ściany, podłogę i sufit, nie chcę niespodzianki w postaci zamaskowanej zapadni albo tajnych przejść.
— Tak jest!
Żołnierze zasalutowali krótko, wszyscy, z wyjątkiem tych pilnujących drzwi. Porucznik omiótł wzrokiem stojących wokół mężczyzn. Zacisnął wargi.
— Mamy czterdzieści pochodni. Jeśli nie znajdziemy naszych, zanim wypali się połowa z nich, wracamy. Zrozumiano?
— Tak jest.
Altsina trochę zdumiało, że nikt nie protestował.
— Dobra! Czwarta i Piąta przodem! Nie rozdzielać się! Uważać na to, co pokazują psy! A ty, czarowniku — lyw-Darawyt zwrócił się bezpośrednio do niego — idziesz ze mną. I gdybyś od czasu do czasu użył magii, będę wdzięczny. Za cokolwiek.
— Dobrze.
Złodziej zajął miejsce w szyku zaraz za grupką kuszników i zagłębili się w ciemność. Co czwarty żołnierz trzymał pochodnię, ale i tak światło ledwo rozjaśniało mrok. Na dodatek korytarz miał szerokość ośmiu stóp, więc czterech strażników z tarczami zasłaniało go całkowicie i nie bardzo mógł zobaczyć, co jest z przodu.
— Czy to rozsądne?
— Co?
— Strzelcy. Tu jest tak ciasno, że będą walić w plecy własnych ludzi.
Oficer włożył gwizdek do ust. Trzy ostre świsty rozdarły powietrze i prawie jednocześnie idący z przodu żołnierze przyklękli, kuląc się za tarczami, a sześciu kuszników za nimi podrzuciło łoża broni do oczu, szukając celu.
— Czysto!
Rudy porucznik skinął głową.
— Dobrze, ruszamy dalej! Umiemy się bić w ciasnych miejscach. — Posłał Altsinowi oszczędny uśmieszek. — Zdarzało nam się i szturmować jaskinie zbójeckich band, i zdobywać zajazd zajęty przez pijanych najemników. Jakoś sobie poradzimy.
Dotarli do zakrętu, za którym znajdowały się masywne drzwi. Otworzyły się bez oporu pod lekkim naciskiem.
Wyglądało to zachęcająco jak uśmiech rekina.
— Naprzód — zakomenderował oficer. — Trzymać szyk.
Rozdział 38
Kahel-saw-Kirhu wyszedł na przedpole i objął wzrokiem teren, na którym miała rozegrać się bitwa. Słońce wzeszło ponad godzinę temu. Była to nie najlepsza pora dla ich armii, bo Konowerczycy ustawieni na lekkim wzgórzu na wschodnim krańcu równiny mieli je za plecami, a powstańcom ognisty krąg świecił wprost w oczy.
Ale, do cholery, nie można mieć wszystkiego.
Wystarczy, że zdążyli przeciąć wrogowi drogę, ściągnęli tu wszystkie siły, ustawili wozy na prawym skrzydle, tuż pod lasem, i okopali się w szyku głębokim na ćwierć mili. Tak jak planowano. Cztery linie wałów. Nawet armia demonów połamałaby sobie na nich zęby.
I czekali cały poranek, patrząc na szerokie i głębokie kolumny konowerskiej ciężkiej piechoty, zajmujące środkową część szyku nieprzyjaciela. Przed powstańcami ustawiły się dwa wielkie oddziały, przedzielone kilkoma chorągwiami jazdy, jakby Konowerczycy spodziewali się ataku pancernych kopijników albo innej przełamującej kawalerii i szykowali ich do kontrszarży.
Za zwartymi szeregami na zboczu wzgórza widać było artylerzystów kręcących się wokół machin. Przy rzece stał tabor, kilka rzędów wozów obsadzonych przez jakieś wojska, ale trudno było im ocenić, czy to Bawoły, Słowiki czy najemna zbieranina. Po drugiej stronie, na konowerskim lewym skrzydle, stało na oko ze trzy tysiące jeźdźców. Błyszczały hełmy, furkotały proporce. I tyle. Kahelle miał przed sobą nie więcej niż dwanaście– –piętnaście tysięcy ludzi. A gdzie reszta? Gdzie słonie? Gdzie pozostała piechota i kawaleria? Najemnicy? Musieli się kryć za tym zasranym wzgórzem.
Zaklął w poczuciu bezsilności. Prawdziwe pytanie brzmiało, gdzie, na litość Baelta’Mathran, podziała się ta słynna południowa arogancja? Ta sama, dzięki której zbuntowani niewolnicy wygrali tyle potyczek, zdobyli mnóstwo koniny pod Pomwe, a nawet zmiażdżyli geghijską armię?
Dlaczego nie atakują? Czyżby nie wiedzieli, że mają przed sobą bandę chłopów, przerażonych do obłędu wizją walki z niezwyciężonymi Bawołami i Słowikami?
Najwyraźniej nie. Najwyraźniej nawet oni mogli się kilku rzeczy nauczyć.
Skinął głową na gońców.
Jedna z głównych zasad imperialnej armii głosiła – nigdy nie oddawaj inicjatywy w ręce wroga. W takim razie pora na ich ruch. Będą szarpać i szturchać nieprzyjacielską piechotę, by zmusić ją do kontrataku, oddzielić od jazdy i słoni, po czym wyrżnąć.
Krwawy Kahelle w końcu uśmiechnął się krzywo. Wydawało się, że to nic trudnego.
* * *
Luka-wer-Klytus pamiętał szczegóły narady u saw-Kirhu. Lekkozbrojni uderzają pierwsi, drażnią, skupiają na sobie uwagę, przyjmują salwę z machin i zmuszają czarowników do wycofania się poza zasięg proc i oszczepów. A za nimi idzie główny atak. Dziesiętnik nie mógł wziąć w nim udziału – nie mógł stanąć naprzeciw wroga razem z kompaniami powstańczej ciężkiej piechoty, bo ramię wciąż odmawiało mu posłuszeństwa. Ledwo potrafił unieść pleciony kałkan, więc nie pytając nikogo o zgodę, zajął miejsce do ataku razem z chmarą lekkozbrojnych.