Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 168 169 170 171 172 173 174 175 176 ... 210
Перейти на страницу:

Albo roz­sza­bro­wa­no, gdy okręt zo­stał ska­za­ny na wy­gna­nie.

Po­trzą­snął gło­wą, od­pę­dza­jąc za­rów­no wspo­mnie­nia, jak i głu­pie do­my­sły. Mu­siał, do cho­le­ry, sku­pić się na tym, co tu i te­raz.

Sala była duża, a jej czar­ne ścia­ny zda­wa­ły się po­ły­kać świa­tło. Mimo to jego wzrok szyb­ko wy­ła­pał szcze­gó­ły. W środ­ku nie do­strzegł żad­nych me­bli, trzy z czte­rech drzwi pod­par­to koł­ka­mi i kli­na­mi, blo­ku­jąc je na sta­łe, a ostat­nie były pil­no­wa­ne przez dwóch żoł­nie­rzy z ku­sza­mi w rę­kach.

— Za tymi drzwia­mi jest ko­ry­tarz, pa­nie po­rucz­ni­ku. Wi­dzę tyl­ko ja­kieś czter­dzie­ści łok­ci, po­tem za­krę­ca — je­den z pil­nu­ją­cych mel­do­wał spo­koj­nie, nie od­wra­ca­jąc wzro­ku od ciem­nej głę­bi. — Nic się nie ru­sza. Psy spo­koj­ne.

Wa­ru­ją­cy przy no­gach straż­ni­ka zwierz za­strzygł tyl­ko usza­mi i za­mer­dał ogo­nem. Naj­wy­raź­niej obaj byli do­brze wy­szko­le­ni. Ofi­cer ski­nął gło­wą, po­pra­wił pas.

— Do­bra. Wcho­dzi­my. Czte­rech tar­czow­ni­ków i dwa psy z przo­du. Nur, weź­miesz kil­ku lu­dzi z ku­sza­mi i bę­dzie­cie ich wspie­rać. Bergh, zo­sta­wisz dwa zwie­rza­ki na koń­cu. Zwra­caj­cie uwa­gę na ścia­ny, pod­ło­gę i su­fit, nie chcę nie­spo­dzian­ki w po­sta­ci za­ma­sko­wa­nej za­pad­ni albo taj­nych przejść.

— Tak jest!

Żoł­nie­rze za­sa­lu­to­wa­li krót­ko, wszy­scy, z wy­jąt­kiem tych pil­nu­ją­cych drzwi. Po­rucz­nik omiótł wzro­kiem sto­ją­cych wo­kół męż­czyzn. Za­ci­snął war­gi.

— Mamy czter­dzie­ści po­chod­ni. Je­śli nie znaj­dzie­my na­szych, za­nim wy­pa­li się po­ło­wa z nich, wra­ca­my. Zro­zu­mia­no?

— Tak jest.

Alt­si­na tro­chę zdu­mia­ło, że nikt nie pro­te­sto­wał.

— Do­bra! Czwar­ta i Pią­ta przo­dem! Nie roz­dzie­lać się! Uwa­żać na to, co po­ka­zu­ją psy! A ty, cza­row­ni­ku — lyw-Da­ra­wyt zwró­cił się bez­po­śred­nio do nie­go — idziesz ze mną. I gdy­byś od cza­su do cza­su użył ma­gii, będę wdzięcz­ny. Za co­kol­wiek.

— Do­brze.

Zło­dziej za­jął miej­sce w szy­ku za­raz za grup­ką kusz­ni­ków i za­głę­bi­li się w ciem­ność. Co czwar­ty żoł­nierz trzy­mał po­chod­nię, ale i tak świa­tło le­d­wo roz­ja­śnia­ło mrok. Na do­da­tek ko­ry­tarz miał sze­ro­kość ośmiu stóp, więc czte­rech straż­ni­ków z tar­cza­mi za­sła­nia­ło go cał­ko­wi­cie i nie bar­dzo mógł zo­ba­czyć, co jest z przo­du.

— Czy to roz­sąd­ne?

— Co?

— Strzel­cy. Tu jest tak cia­sno, że będą wa­lić w ple­cy wła­snych lu­dzi.

Ofi­cer wło­żył gwiz­dek do ust. Trzy ostre świ­sty roz­dar­ły po­wie­trze i pra­wie jed­no­cze­śnie idą­cy z przo­du żoł­nie­rze przy­klę­kli, ku­ląc się za tar­cza­mi, a sze­ściu kusz­ni­ków za nimi pod­rzu­ci­ło łoża bro­ni do oczu, szu­ka­jąc celu.

— Czy­sto!

Rudy po­rucz­nik ski­nął gło­wą.

— Do­brze, ru­sza­my da­lej! Umie­my się bić w cia­snych miej­scach. — Po­słał Alt­si­no­wi oszczęd­ny uśmie­szek. — Zda­rza­ło nam się i sztur­mo­wać ja­ski­nie zbó­jec­kich band, i zdo­by­wać za­jazd za­ję­ty przez pi­ja­nych na­jem­ni­ków. Ja­koś so­bie po­ra­dzi­my.

Do­tar­li do za­krę­tu, za któ­rym znaj­do­wa­ły się ma­syw­ne drzwi. Otwo­rzy­ły się bez opo­ru pod lek­kim na­ci­skiem.

Wy­glą­da­ło to za­chę­ca­ją­co jak uśmiech re­ki­na.

— Na­przód — za­ko­men­de­ro­wał ofi­cer. — Trzy­mać szyk.

Rozdział 38

Ka­hel-saw-Kir­hu wy­szedł na przed­po­le i ob­jął wzro­kiem te­ren, na któ­rym mia­ła ro­ze­grać się bi­twa. Słoń­ce wze­szło po­nad go­dzi­nę temu. Była to nie naj­lep­sza pora dla ich ar­mii, bo Ko­no­wer­czy­cy usta­wie­ni na lek­kim wzgó­rzu na wschod­nim krań­cu rów­ni­ny mie­li je za ple­ca­mi, a po­wstań­com ogni­sty krąg świe­cił wprost w oczy.

Ale, do cho­le­ry, nie moż­na mieć wszyst­kie­go.

Wy­star­czy, że zdą­ży­li prze­ciąć wro­go­wi dro­gę, ścią­gnę­li tu wszyst­kie siły, usta­wi­li wozy na pra­wym skrzy­dle, tuż pod la­sem, i oko­pa­li się w szy­ku głę­bo­kim na ćwierć mili. Tak jak pla­no­wa­no. Czte­ry li­nie wa­łów. Na­wet ar­mia de­mo­nów po­ła­ma­ła­by so­bie na nich zęby.

I cze­ka­li cały po­ra­nek, pa­trząc na sze­ro­kie i głę­bo­kie ko­lum­ny ko­no­wer­skiej cięż­kiej pie­cho­ty, zaj­mu­ją­ce środ­ko­wą część szy­ku nie­przy­ja­cie­la. Przed po­wstań­ca­mi usta­wi­ły się dwa wiel­kie od­dzia­ły, prze­dzie­lo­ne kil­ko­ma cho­rą­gwia­mi jaz­dy, jak­by Ko­no­wer­czy­cy spo­dzie­wa­li się ata­ku pan­cer­nych ko­pij­ni­ków albo in­nej prze­ła­mu­ją­cej ka­wa­le­rii i szy­ko­wa­li ich do kontr­szar­ży.

Za zwar­ty­mi sze­re­ga­mi na zbo­czu wzgó­rza wi­dać było ar­ty­le­rzy­stów krę­cą­cych się wo­kół ma­chin. Przy rze­ce stał ta­bor, kil­ka rzę­dów wo­zów ob­sa­dzo­nych przez ja­kieś woj­ska, ale trud­no było im oce­nić, czy to Ba­wo­ły, Sło­wi­ki czy na­jem­na zbie­ra­ni­na. Po dru­giej stro­nie, na ko­no­wer­skim le­wym skrzy­dle, sta­ło na oko ze trzy ty­sią­ce jeźdź­ców. Błysz­cza­ły heł­my, fur­ko­ta­ły pro­por­ce. I tyle. Ka­hel­le miał przed sobą nie wię­cej niż dwa­na­ście– –pięt­na­ście ty­się­cy lu­dzi. A gdzie resz­ta? Gdzie sło­nie? Gdzie po­zo­sta­ła pie­cho­ta i ka­wa­le­ria? Na­jem­ni­cy? Mu­sie­li się kryć za tym za­sra­nym wzgó­rzem.

Za­klął w po­czu­ciu bez­sil­no­ści. Praw­dzi­we py­ta­nie brzmia­ło, gdzie, na li­tość Ba­el­ta’Ma­th­ran, po­dzia­ła się ta słyn­na po­łu­dnio­wa aro­gan­cja? Ta sama, dzię­ki któ­rej zbun­to­wa­ni nie­wol­ni­cy wy­gra­li tyle po­ty­czek, zdo­by­li mnó­stwo ko­ni­ny pod Po­mwe, a na­wet zmiaż­dży­li ge­ghij­ską ar­mię?

Dla­cze­go nie ata­ku­ją? Czyż­by nie wie­dzie­li, że mają przed sobą ban­dę chło­pów, prze­ra­żo­nych do obłę­du wi­zją wal­ki z nie­zwy­cię­żo­ny­mi Ba­wo­ła­mi i Sło­wi­ka­mi?

Naj­wy­raź­niej nie. Naj­wy­raź­niej na­wet oni mo­gli się kil­ku rze­czy na­uczyć.

Ski­nął gło­wą na goń­ców.

Jed­na z głów­nych za­sad im­pe­rial­nej ar­mii gło­si­ła – ni­g­dy nie od­da­waj ini­cja­ty­wy w ręce wro­ga. W ta­kim ra­zie pora na ich ruch. Będą szar­pać i sztur­chać nie­przy­ja­ciel­ską pie­cho­tę, by zmu­sić ją do kontr­ata­ku, od­dzie­lić od jaz­dy i sło­ni, po czym wy­rżnąć.

Krwa­wy Ka­hel­le w koń­cu uśmiech­nął się krzy­wo. Wy­da­wa­ło się, że to nic trud­ne­go.

* * *

Luka-wer-Kly­tus pa­mię­tał szcze­gó­ły na­ra­dy u saw-Kir­hu. Lek­ko­zbroj­ni ude­rza­ją pierw­si, draż­nią, sku­pia­ją na so­bie uwa­gę, przyj­mu­ją sal­wę z ma­chin i zmu­sza­ją cza­row­ni­ków do wy­co­fa­nia się poza za­sięg proc i oszcze­pów. A za nimi idzie głów­ny atak. Dzie­sięt­nik nie mógł wziąć w nim udzia­łu – nie mógł sta­nąć na­prze­ciw wro­ga ra­zem z kom­pa­nia­mi po­wstań­czej cięż­kiej pie­cho­ty, bo ra­mię wciąż od­ma­wia­ło mu po­słu­szeń­stwa. Le­d­wo po­tra­fił unieść ple­cio­ny kał­kan, więc nie py­ta­jąc ni­ko­go o zgo­dę, za­jął miej­sce do ata­ku ra­zem z chma­rą lek­ko­zbroj­nych.

1 ... 168 169 170 171 172 173 174 175 176 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)