Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 167 168 169 170 171 172 173 174 175 ... 210
Перейти на страницу:

— Nie, nie są­dzę. Ni­g­dy nie sły­sza­łem o Uro­czy­sku, któ­re nie by­ło­by przy­wią­za­ne na sta­łe do jed­ne­go miej­sca. To tro­chę tak, jak­byś chciał mieć ru­cho­my wul­kan.

— Więc? Co to jest?

Py­ta­nie za­wi­sło na chwi­lę w po­wie­trzu. Alt­sin wstał i trą­cił nogą mar­twą be­stię.

— O to py­tasz? Pierw­szy raz w ży­ciu coś ta­kie­go wi­dzę. Ni­g­dy też o czymś ta­kim nie sły­sza­łem. Ale nie je­stem głup­cem, któ­ry my­śli, że ze­żarł wszyst­kie ro­zu­my, bo li­znął wie­dzy z kil­ku ksiąg i uczył się ko­rzy­sta­nia z Mocy. Nie wiem, co znaj­du­je się pod po­kła­dem, ale ra­czej nie Uro­czy­sko. Zresz­tą, czy twoi lu­dzie nic nie wy­czu­li? Nie mie­li kosz­ma­rów w cza­sie snu? A ten sza­man? Po­wi­nien wie­dzieć, że jest w po­bli­żu Uro­czy­ska.

— Dużo wiesz o sza­ma­nach. Uczy­łeś się o nich w gil­dii? Je­steś czło­wie­kiem peł­nym nie­spo­dzia­nek, Żo­łądź.

— Ja? A ty? Skąd wie­dzia­łeś, że coś uwię­zi­ło jed­ne­go z jego du­chów? Ta two­ja cza­row­ni­ca jest gów­no war­ta, nie wy­czu­ła­by tego, więc kto po­tra­fi to zro­bić? Za to ta dru­ga dziew­czy­na wy­da­je się zbyt prze­ra­żo­na jak na zwy­kły atak ja­kichś zwie­rząt. Może ona wie o nich coś kon­kret­ne­go? Skąd jest? Dla­cze­go twoi lu­dzie nie lu­bią tego czar­no­bro­de­go zbi­ra, któ­ry się przy niej krę­ci? Jo­dła wspo­mniał coś o Szczu­rach… Cze­mu wę­dru­je­cie w to­wa­rzy­stwie im­pe­rial­nych szpie­gów i za­bój­ców? Hę?

Po­rucz­nik pa­trzył na nie­go spo­koj­nie, z twa­rzą tak po­zba­wio­ną wy­ra­zu, jak­by sie­dział na naj­nud­niej­szym przy­ję­ciu świa­ta i wy­słu­chi­wał pa­ne­gi­ry­ków na cześć nie­lu­bia­ne­go go­spo­da­rza. Do­bry był.

— Nie lu­bię lu­dzi, któ­rzy za­da­ją tyle py­tań, cza­row­ni­ku.

Oho, tu naj­wy­raź­niej koń­czył się dług, jaki miał u Stra­ży za ura­to­wa­nie dwóch jej żoł­nie­rzy. Ale prze­cież o usta­le­nie tej wła­śnie gra­ni­cy mu cho­dzi­ło.

— No coś ta­kie­go. Po­patrz, to zu­peł­nie jak ja. Ale wy­da­je mi się, że jak na ra­zie to ty masz wię­cej se­kre­tów. Po­wtó­rzę jesz­cze raz: nie wiem, co to za stwo­ry ani skąd się wzię­ły. Nie wiem, cze­mu was za­ata­ko­wa­ły ani cze­mu po­rwa­ły two­ich lu­dzi.

Za­sko­czył go uśmiech ofi­ce­ra. Dzi­ki i wy­zy­wa­ją­cy.

— A chcesz się do­wie­dzieć?

* * *

Zna­leź­li aż sześć zejść na dół, w ciem­ną jak grób cze­luść pod po­kła­dem. Trzy były za­ma­sko­wa­ne, i to dość spryt­nie, ale śla­dy po­so­ki ucie­ka­ją­cych be­stii zdra­dzi­ły ich po­ło­że­nie. Trzy zo­sta­ły otwar­te, jak­by po­two­ry nie zdą­ży­ły ich za­mknąć. Wy­bra­li to wska­za­ne przez psy, któ­rym dano do po­wą­cha­nia rze­czy za­gi­nio­nych. Wy­glą­da­ło na to, że zła­pa­nych żoł­nie­rzy za­cią­gnię­to wła­śnie do tej dziu­ry.

Pod nią znaj­do­wa­ła się spo­ra sala, dłu­ga i sze­ro­ka na prze­szło czter­dzie­ści stóp, z po­je­dyn­czy­mi drzwia­mi na każ­dej ze ścian. Be­stie wy­do­sta­wa­ły się na górę po czymś w ro­dza­ju stro­mych, krę­co­nych scho­dów, zbu­do­wa­nych po­środ­ku po­miesz­cze­nia. Z całą pew­no­ścią nie były one dzie­łem kłów i pa­zu­rów.

Na dół ze­szła naj­pierw po­ło­wa żoł­nie­rzy i dwa psy, któ­re za­raz za­czę­ły ob­wą­chi­wać każ­de z drzwi, a w tym cza­sie Alt­sin obej­rzał so­bie do­kład­nie kla­pę. Otwie­ra­ła się na ze­wnątrz, a żeby ją za­mknąć, wy­star­czy­ło szarp­nąć za linę przy­wią­za­ną od spodu. Ta­kiej sztucz­ki moż­na by na­uczyć śred­nio mą­dre­go psa. Ale ża­den pies nie przy­wią­zał­by liny do kla­py. Na­wet bar­dzo spryt­ny pies.

— Czy­sto! — roz­darł się z dołu je­den ze straż­ni­ków. — Lose zła­pał trop, pa­nie po­rucz­ni­ku.

Ofi­cer, któ­ry ob­ser­wo­wał ba­da­nia Alt­si­na, po­chy­lił się nad dziu­rą i od­krzyk­nął:

— Po­ka­zał tyl­ko jed­ne drzwi?

— Tak jest!

— Do­bra, Bergh, za­bez­piecz­cie po­zo­sta­łe i za­raz idzie­my da­lej.

No, Gór­ska Straż pod­cho­dzi­ła do spra­wy bar­dzo me­to­dycz­nie. Żad­nych sztur­mów na oślep w głąb stat­ku, żad­ne­go bez­sen­sow­ne­go bo­ha­ter­stwa. Dzię­ki niech będą Mat­ce, cała ta eks­pe­dy­cja nie wy­glą­da­ła na wy­pra­wę sza­leń­ców do­wo­dzo­nych przez szla­chet­ne­go idio­tę.

Po­rucz­nik mu­siał za­uwa­żyć jego minę.

— Co zna­czy ten uśmie­szek, Żo­łądź? Nie, le­piej nie mów. Zna­la­złeś tu coś cie­ka­we­go?

— To. — Alt­sin po­trzą­snął liną przy­wią­za­ną do kla­py. — Wi­dzisz? Wy­glą­da jak je­den z ma­ry­nar­skich wę­złów uży­wa­nych na wy­brze­żu, ale czło­wiek nie po­trze­bu­je tej liny, by za­mknąć kla­pę. Więc ktoś przy­wią­zał ją spe­cjal­nie dla tych zwie­rząt.

— Daw­no?

— A co ja je­stem, ja­sno­widz? — Zło­dziej sta­rał się nie brzmieć zbyt sar­ka­stycz­nie, jed­nak chy­ba mu to nie wy­szło. — Lina jest po­gry­zio­na i po­szar­pa­na, czy­li ko­rzy­sta­no z niej wie­lo­krot­nie. A czy zo­sta­ła za­ło­żo­na pół roku temu, czy dzie­sięć lat, to już, pa­nie po­rucz­ni­ku, tego ci nie po­wiem.

— Ro­zu­miem. — Ofi­cer na­chy­lił się nad dziu­rą. — Bergh! Na dole mogą być lu­dzie. Wro­go na­sta­wie­ni.

— Ro­zu­miem. Drzwi za­bez­pie­czo­ne.

— Do­bra, scho­dzi­my. Dru­ga i Trze­cia zo­sta­je tu i pil­nu­je.

Wy­ta­tu­owa­ny dzie­sięt­nik i jesz­cze je­den pod­ofi­cer, krę­py i za­ro­śnię­ty pra­wie po brwi, za­pro­te­sto­wa­li jed­nym gło­sem.

— To roz­kaz. Za­bez­piecz­cie po­zo­sta­łe dziu­ry, za­kli­nuj­cie kla­py, żeby nic stam­tąd nie wy­la­zło i nie od­cię­ło nam dro­gi. Zo­sta­wię wam dwa psy, może te­raz, jak już zna­ją za­pach tych po­two­rów, wska­żą jesz­cze ja­kieś inne wyj­ścia. Wie­cie, co ro­bić.

— Ale…

— An­dan, nie tym ra­zem. Miej­cie też oko na górę, na Szczu­ry i Bo­re­he­da. To roz­kaz!

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, znikł w dziu­rze. Alt­sin wes­tchnął i po­szedł w jego śla­dy.

Scho­dzi­li w głąb stat­ku w dwu­dzie­stu kil­ku lu­dzi. Je­śli po­rucz­nik miał ra­cję i be­stii zo­sta­ło tyl­ko ze trzy­dzie­ści, może czter­dzie­ści, to taka licz­ba za­pra­wio­nych w wal­ce i przy­go­to­wa­nych do star­cia żoł­nie­rzy po­win­na so­bie po­ra­dzić.

Oni i ten dys­po­nu­ją­cy ma­gią du­pek, któ­ry ob­jął du­szę naj­wred­niej­sze­go awen­de­ri w hi­sto­rii świa­ta – szturch­nę­ła go zło­śli­wa myśl – nie za­po­mi­naj o tym.

Zło­dziej zszedł po krę­co­nych scho­dach, lek­ko mu­ska­jąc dło­nią ba­lu­stra­dę. Mimo oczy­wi­ste­go upły­wu lat, wy­śli­zga­na przez do­tyk ty­się­cy dło­ni, rzeź­bio­na w mo­tyw fal i ryb, kon­struk­cja wciąż wzno­si­ła się w górę w lek­kiej, de­li­kat­nej spi­ra­li. W cza­sach świet­no­ści, gdy okręt pruł fale pod peł­ny­mi ża­gla­mi, to miej­sce mu­sia­ło być pięk­ne. Mimo wszech­obec­nej czer­ni.

Nie było czer­ni – ude­rzy­ły go wspo­mnie­nia Bi­tew­nej Pię­ści. W daw­nych cza­sach ścia­ny sal i ko­ry­ta­rzy były ko­lo­ro­we, barw­ne. Nie ma­lo­wa­no ich, bo rdzeń okrę­tu, to czar­ne drew­no, jest żywy, więc far­by spra­wia­ły mu ból, ale zdo­bio­no ja­sny­mi tka­ni­na­mi i kła­dzio­no na nich bo­aze­rie z mar­twe­go drew­na, so­sny, buka, klo­nu, dębu i wie­lu in­nych. A te­raz? Tka­ni­ny zni­kły, może roz­pa­dły się ze sta­ro­ści, może spło­nę­ły, a drew­nia­ne okła­dzi­ny zdar­to i być może wy­ko­rzy­sta­no jako opał, a może zbi­to z nich tra­twy, gdy reszt­ki za­ło­gi ucie­ka­ły ze stat­ku.

1 ... 167 168 169 170 171 172 173 174 175 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)