Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Kenneth uśmiechnął się szeroko.
— No popatrz. Co za świat, każdy ma jakieś sekrety. To wszystko?
Dziesiętnik opuścił dłoń.
— Tak. A czy to jeszcze mało, panie poruczniku?
Porucznik westchnął.
— Za dużo, żeby zaufać, za mało, żeby zabić, Varhenn.
Velergorf skinął głową w stronę dolnego pokładu.
— No to co z nim zrobimy?
— Nic. Spróbuję go trochę wkurzyć, może coś chlapnie, ale nie będę naciskał. A jeśli uda mi się namówić go do zejścia z nami pod pokład i wyciągniemy stamtąd naszych, to wycałuję go w tę brodatą gębę i wystąpię dla niego o tytuł szlachecki. Pogoń ludzi.
Velergorf zasalutował.
— Rozkaz. Uwaga! Schodzimy! — ryknął na cały głos, po czym wychylił w dół i krzyknął — a ty, czarowniku, przestań dumać! Robota czeka!
Porucznik westchnął. Najwyraźniej dowódca Drugiej uznał, że to on może zacząć wkurzać maga.
* * *
Pokład lepił się od posoki, która na czarnych deskach była prawie niewidoczna. Jej ślady wskazywały na to, że martwe bestie ściągnięto w jedno miejsce i ułożono na kupę już po walce. Altsin podszedł do sterty ciał.
Było ich na oko ze dwa tuziny. Z bliska sprawiały jeszcze bardziej obrzydliwe, obce wrażenie niż z góry. Niektóre wyglądały jak wyżły, inne jak wilki lub duże owczarki, jeszcze inne przypominały krzyżówkę wielkich kotów i psów. Trzy wyróżniały się masą – musiały ważyć po kilkaset funtów – oraz pazurami i kłami. Istne niedźwiedzie, gdyby jakiś bóg niedźwiedzi miał ból głowy i kaca w czasie aktu tworzenia.
To on. Oni… Altsin próbował zrozumieć zagmatwane wspomnienia Bitewnej Pięści. Trudno było mu jednak przebić się przez gniew, który je przesłaniał.
Pod koniec Wojen Bogów wygnano cię z tego świata, prawda? Nawet wyznawcy obrócili się przeciw tobie, a reszta Rodzeństwa, nie chcąc ryzykować walki lub kierując się litością, wypchnęła cię poza Mrok… Co tam robiłeś? Kogo spotkałeś? Dlaczego te bestie budzą w tobie, nie… w nas… Nie w nas, tylko cholera, we mnie, taką furię?
O Pani! Ależ to było frustrujące! Złodziej miał ochotę podejść do najbliższej ściany i walić w nią łbem. Objął duszę boga, a miał wrażenie, że tak cholernie niewiele się zmieniło. Miał pewne umiejętności, ale, jak się boleśnie okazało, ograniczone możliwościami ludzkiego ciała. Dostał garść wspomnień, lecz wspomnienia mają tyle samo wspólnego z prawdą, co pamiętniki portowej kurewki spisywane dla potomności.
Patrząc na martwe bestie, czuł gniew, wiedział, że są obce, że nie powinno ich tutaj być, że powinno się je zetrzeć z powierzchni świata… Uroczyska… Wspomniał oficerowi coś o potworach z Uroczysk, ale nie chodziło o nie. W porównaniu z tymi bestiami stwory z Uroczysk wydawały mu się wręcz swojskie. Ale poza nieokreśloną odrazą nie wiedział dlaczego. Czy gdy Bitewna Pięść je spotkał, nadal był pogrążony w szaleństwie? Czy dlatego jego wspomnienia pełne są emocji, a nie informacji?
— Uwaga! Schodzimy! — Nad głową Altsina pojawiła się wytatuowana gęba dziesiętnika. — A ty, czarowniku, przestań dumać! Robota czeka!
Kolejni żołnierze zsuwali się na dolny pokład i zajmowali pozycje, sięgając po broń. Altsin zgrzytnął zębami i podszedł do sterty trupów. Velergorf miał rację, nie po tu zszedł, żeby rozmyślać.
Z bliska poczuł zapach tych zwierząt. Nieprzyjemny, ciężki, zostawiający metaliczny posmak w nosie i na podniebieniu. I znów wspomnienia odziedziczone po Bitewnej Pięści szarpnęły jego gniewem. Powstrzymał je, wyciszył. Spokój – oto, co było mu potrzebne w tej chwili.
Odciągnął najbliższe truchło nieco na bok. Stwór był wielkości sporego psa, ważył pewnie nieco ponad sto funtów, miał skórę szarą niczym skóra martwego rekina, cienką i zupełnie bezwłosą. Węzły mięśni odznaczały się pod nią wyraźnie, jakby, mimo śmierci, zwierzę szykowało się do skoku.
Krótki pysk, podobny do pysków psów hodowanych do walki, wypełniały potężne zębiska, górne kły były wyraźnie dłuższe od dolnych i wystawały spod czarnych warg. Nos… nosa nie było… za to w połowie drogi między szczęką a oczyma znajdował się otwór wypełniony kolejnymi zębami, drobnymi i ostrymi jak igły. Altsin ostrożnie podniósł pękaty łeb i obmacał. Potwór miał jakby dwie szczęki, dwa zestawy zębów, mniejszy i większy, jego czaszka musiała być cholernie skomplikowana, górne zęby poruszały się niezależnie od dolnych… Jak oddychał?
Niemal na szczycie głowy, za krótkimi uszami, znajdowały się dwa otwory, otoczone mięsistą skórą. Tędy? Jak delfiny i morświny?
Na pokładzie wokół niego znów załomotały wojskowe buciory, gdy ostatnia grupa żołnierzy zjechała na dół. Rudy porucznik rzucił kilka rozkazów i podszedł do złodzieja.
— Wszystkie tak wyglądają. Dwie szczęki, nos za uszami. — Oficer ukląkł przy ciele stwora i podniósł jedną z jego łap. — Patrz, staw wygina się w jedną i drugą stronę, a jego miednica… — Trącił tylną część bestii. — Widzisz? Jakby była z chrząstki. To coś mogło zapewne przechodzić przez otwór nie większy niż jego głowa.
— Już je sobie obejrzałeś?
Strażnik wstał, wytarł ręce w spodnie.
— Tak. Musiałem sprawdzić, co porwało moich ludzi. Wszystkie te stworzenia są zbudowane w podobny sposób. Słyszałem, że niektóre bestie z Uroczysk też są obce, jakby nie z naszego świata.
— Wszystko, co pochodzi z Uroczysk, z definicji jest nie z tego świata, poruczniku. — Złodziej był dumny z tego zdania; brzmiało dokładnie jak to, co powiedziałby nadęty mag. Nie miało wiele sensu, ale wypowiedziane odpowiednio autorytarnym tonem, sprawiało wrażenie prawdy objawionej.
Na lyw-Darawycie zdawało się jednak nie robić wrażenia.
— No właśnie. Zmierzając zatem do sedna, Żołądź, czy we wnętrzu tego statku możemy trafić na Uroczysko?
Dobre pytanie. Po wojskowemu krótkie i konkretne.