Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 162 163 164 165 166 167 168 169 170 ... 210
Перейти на страницу:

— Bez wąt­pie­nia, pani. Ude­rzać na przy­go­to­wa­ną do obro­ny me­ekhań­ską pie­cho­tę to jak pró­bo­wać wbić nóż w belę mo­kre­go płót­na. Naj­lep­sze ostrze ugrzęź­nie.

— Wła­śnie. I my­ślę, że taki jest plan wro­ga. Oko­pią się głę­bo­ko trze­ma, czte­re­ma li­nia­mi i po­zwo­lą nam za­ata­ko­wać. Olu­wer, nie rób ta­kiej miny, znów trak­tu­jesz ich jak zwy­kłych bun­tow­ni­ków. Two­je pra­wie sie­dem ty­się­cy Ba­wo­łów, na­wet wspar­te całą na­jem­ną pie­cho­tą, jaką mamy, nie prze­bi­je się przez sześć­dzie­siąt ty­się­cy przy­go­to­wa­nych do obro­ny Me­ekhań­czy­ków. Ugrzęź­nie­cie.

Przez chwi­lę za­sta­na­wia­ła się, czy po­dzie­lić się z nimi wie­ścia­mi od Evi­kia­ta. O pta­kach w lo­cie. Uzna­ła jed­nak, że nie. Je­śli wie­ści się ro­zej­dą, mogą do­trzeć i do wro­ga. Krwa­wy Ka­hel­le i tak zbyt dużo wie­dział o jej ar­mii.

— Więc co zro­bi­my, pani?

Af’ge­mid Ba­wo­łów po­chy­lił by­czą gło­wę i za­dał to py­ta­nie ni­skim, roz­draż­nio­nym gło­sem. Wy­glą­dał jak praw­dzi­wy Ba­wół, któ­re­mu na­rzu­ca się po­słu­szeń­stwo siłą.

— Mi­strzu Umne­re­sie, co me­ekhań­ska pie­cho­ta robi, by zmu­sić prze­ciw­ni­ka do ata­ku?

— Hm… za­zwy­czaj uży­wa ma­chin bo­jo­wych i za­sy­pu­je go gra­dem po­ci­sków. Wte­dy wróg nie ma wyj­ścia, może tyl­ko ude­rzyć lub uciec. Cza­sem ko­rzy­sta z cza­rów, by­le­by zmu­sić go do dzia­ła­nia.

— Albo?

— Albo ude­rza i wy­co­fu­je się, pro­wo­ku­jąc do kontr­ata­ku.

De­ana po­ki­wa­ła gło­wą. Sama do­sko­na­le o tym wie­dzia­ła, prze­stu­dio­wa­ła bo­wiem hi­sto­rię me­ekhań­skich bi­tew i pod­bo­jów, ale le­piej było, żeby tą wie­dzą po­dzie­lił się z af’ge­mi­da­mi inny męż­czy­zna. Zwłasz­cza taki, któ­ry wi­dział tak­ty­kę im­pe­rial­nej pie­cho­ty na wła­sne oczy.

— Ma­chin nie mają. W każ­dym ra­zie nie uży­li żad­nych w cza­sie ata­ków na Po­mwe. Ma­gów też nie, w koń­cu, je­śli do­brze pa­mię­tam, nie­wol­ni­cy byli bar­dzo ry­go­ry­stycz­nie kon­tro­lo­wa­ni pod ką­tem zdol­no­ści ma­gicz­nych, a każ­de­go, u któ­re­go wy­kry­to Ta­lent, za­bi­ja­no. Więc co im po­zo­sta­nie? Za­ata­ko­wać i od­sko­czyć, li­cząc na to, że pój­dzie­my za nimi. A my bę­dzie­my stać.

Do­wód­ca ka­wa­le­rii chrząk­nął i prze­stą­pił z nogi na nogę.

— Jak dłu­go?

— Tyle, ile bę­dzie trze­ba, Wu­arze Sam­po­re. Ale nie martw się. Przyj­dzie czas, by wy­pu­ścić two­je Sło­wi­ki z klat­ki.

— A je­śli nie za­ata­ku­ją?

— Wte­dy my po­dej­dzie­my z ba­li­sta­mi i ma­ga­mi na dwie­ście jar­dów od ich oko­pów, po czym zwa­li­my im nie­bo na gło­wy i pod­pa­li­my zie­mię pod no­ga­mi. Oni o tym wie­dzą. Więc mu­szą za­ata­ko­wać. I zro­bią to. Bo Me­ekhań­czy­cy bro­nią się, ata­ku­jąc, i ata­ku­ją, bro­niąc. A te­raz przy­go­tuj­cie mi tu, na ma­pie, naj­lep­szą tak­ty­kę na nad­cho­dzą­cą bi­twę.

* * *

Luwo-asw-No­da­res, Pierw­szy Szczur Nory, prze­mknął się do swo­ich kom­nat po ci­chut­ku, na pal­cach, byle nie na­tknąć się na ni­ko­go ze służ­by i nie mu­sieć prze­by­wać Na Ze­wnątrz dłu­żej, niż to było ab­so­lut­nie ko­niecz­ne. Na­wet głu­pie py­ta­nie w sty­lu: „W czym mogę ci po­móc, pa­nie?”, zmu­si­ło­by go do za­trzy­ma­nia się, uśmiech­nię­cia i udzie­le­nia uprzej­mej od­po­wie­dzi. A świat wo­kół za­ci­skał­by się ni­czym szu­bie­nicz­ny wę­zeł.

Ce­sarz opu­ścił za­mek przed kil­ko­ma go­dzi­na­mi i za­pew­ne sza­lał już po dru­giej stro­nie gór, pod­ry­wa­jąc na nogi całe puł­ki. A Pierw­sze­go Szczu­ra Nory cze­ka­ła wła­sna pra­ca, do któ­rej mu­siał się od­po­wied­nio przy­go­to­wać.

Do­tarł na miej­sce, za­mknął drzwi, oparł się o nie i przez chwi­lę stał tyl­ko bez ru­chu, po­zwa­la­jąc zwol­nić wa­lą­ce­mu ser­cu. Spo­kój. Po­rzą­dek. Ład.

Otwo­rzył oczy, po­zwa­la­jąc, by te trzy fi­la­ry jego dru­gie­go ży­cia spły­nę­ły na nie­go i uko­ły­sa­ły. W tej kom­na­cie, jed­nej z czte­rech, któ­re były Jego i Tyl­ko Jego, sam za­pla­no­wał szcze­gół wy­stro­ju. Wszyst­ko tu było pro­ste, żad­nych łu­ków, za­wi­ja­sów i mięk­kich wzo­rów, tak ostat­nio po­pu­lar­nych w ca­łym Im­pe­rium. Moda nie mia­ła do­stę­pu do jego pry­wat­nych po­miesz­czeń. De­ski na pod­ło­dze, ka­mien­ne płyt­ki na ścia­nach, ka­se­to­ny na su­fi­cie – każ­dy z tych ele­men­tów miał do­kład­nie osiem cali sze­ro­ko­ści i szes­na­ście dłu­go­ści i łą­czył się z są­sied­ni­mi pod do­sko­na­le pro­stym ką­tem. Luwo sam tego pil­no­wał, ka­żąc na­wet zmniej­szyć sze­ro­kość i wy­so­kość kom­na­ty, by nie było po­trze­by przy­ci­na­nia żad­nej płyt­ki. By po­wstał wzór do­sko­na­ły.

Sy­cił się przez chwi­lę tą per­fek­cją, po czym od­kle­ił od drzwi i ru­szył do ko­lej­nej kom­na­ty. Do bi­blio­te­ki. Tu ścia­ny były bia­łe, po­dob­nie jak pod­ło­ga, a je­dy­ne oświe­tle­nie za­pew­niał rząd wiel­kich świe­tli­ków na bia­łym su­fi­cie, choć szkło w nich zo­sta­ło zma­to­wio­ne tak, by wpusz­cza­ło do środ­ka tyl­ko roz­pro­szo­ne, ła­god­ne świa­tło.

Bi­blio­te­kę za­peł­nia­ło szes­na­ście po­ma­lo­wa­nych na czar­no re­ga­łów, z któ­rych każ­dy miał osiem pó­łek wy­peł­nio­nych książ­ka­mi. Książ­ki ko­pi­ści też oczy­wi­ście spo­rzą­dzi­li do­kład­nie we­dług jego wska­zań: opra­wio­no je w bia­łą skó­rę w taki spo­sób, by sze­ro­kość i wy­so­kość każ­de­go grzbie­tu była iden­tycz­na. Co do ułam­ka cala.

Na każ­dej pół­ce znaj­do­wa­ły się sześć­dzie­siąt czte­ry wo­lu­mi­ny, uło­żo­ne tak, że mię­dzy ich okład­ki trud­no by­ło­by wci­snąć na­wet po­je­dyn­czą kar­tę.

Pierw­szy Szczur przez chwi­lę po­zwa­lał, by ten po­rzą­dek ob­my­wał jego du­szę, uspo­ka­jał ser­ce. Znał na pa­mięć roz­kład tej bi­blio­te­ki, mógł w środ­ku nocy, z za­wią­za­ny­mi oczy­ma, wejść tu i nie po­trą­ca­jąc żad­nej z pó­łek, zna­leźć każ­dy z pię­ciu to­mów Gór krwi i łez – czy­li hi­sto­rii pod­bo­ju Ma­ne­la­wów i Do­vsów au­tor­stwa hra­bie­go gle-Omnio­na, albo Koło We­nhe­ris­sa i Mon­zel­ski Dąb – wstęp do pro­ble­mów z aspek­ta­mi Ma­wiu­sa Kar­ła.

Och, gdy­byż sta­ry cza­row­nik wie­dział, co na­praw­dę zna­czą „kło­po­ty z aspek­ta­mi”. Szczę­ściarz.

W ką­cie bi­blio­te­ki stał ol­brzy­mi fo­tel, ob­szy­ty rów­nież bia­łą skó­rą. Luwo pod­szedł do nie­go i z ci­chym wes­tchnie­niem za­padł się w bez­piecz­ną mięk­kość. Po­wo­li uspo­ka­jał umysł i cia­ło, usztyw­niał je, ści­skał. Się­gnął do skryt­ki wbu­do­wa­nej w lewy bok fo­te­la i wy­jął por­ce­la­no­wą bu­te­lecz­kę. Nie­ste­ty, me­dyk-al­che­mik, któ­ry spo­rzą­dzał dla nie­go le­kar­stwo, nie po­tra­fił nadać mu ko­lo­ru śnież­nej bie­li, więc na­czy­nie, z któ­re­go Pierw­szy Szczur ko­rzy­stał, mu­sia­ło być nie­przej­rzy­ste. Płyn w środ­ku miał zło­wro­gą, czer­wo­ną bar­wę, więc gdy­by go wi­dział, ni­g­dy nie zdo­łał­by prze­łknąć.

1 ... 162 163 164 165 166 167 168 169 170 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)