Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Kto ci to powiedział? Wstań.
– Generał Bryne, Wasza Wysokość – odrzekła, wstając. W jej głosie wyczuł złość, ale kontrolowała wyraz twarzy. – Powiedział, że jesteśmy tylko rezerwą i pod żadnym pozorem mamy się stąd nie ruszać aż do chwili, gdy otrzymamy rozkaz. Powiedział też, że wiele istnień ludzkich od tego zależy. Ale spójrz, zobacz na własne oczy – powiedziała, wskazując na rzekę – bitwa nie toczy się w dobrym kierunku.
Mat był zbyt zajęty dotarciem do Tylee, by zwrócić uwagę na sytuację nad rzeką, ale teraz przyjrzał się temu uważnie swoim jednym okiem. Podczas gdy damane zmagały się z sharańskimi przenoszącymi, oddziały znajdowały się w trudnym położeniu. Obrona na lewej flance armii Bryne’a w dole rzeki kompletnie się rozsypała, a żołnierze byli oblegani przez Sharanów.
Gdzie była kawaleria? Miała ochraniać flanki. I, jak przepowiedział Mat, na polu bitwy pojawili się sharańscy łucznicy i zaczęli ostrzał kawalerii Bryne’a z prawej flanki. Wszystko to przypominało ściśniętą kipiel, tylko że oddziały Bryne’a były kipielą, która lada chwila mogła eksplodować.
– To nie ma żadnego cholernego sensu – powiedział Mat. – To wszystko zmierza ku katastrofie. Gdzie jest teraz generał, Tylee?
– Nie umiem powiedzieć, Wasza Wysokość, moi ludzie go szukają, ale jak dotąd nie mamy od niego żadnych wieści. Mam jednak raporty, że nasze siły poniosły znaczną klęskę na południe stąd. Dwa duże oddziały kawalerii generała Bryne’a zostały pokonane przez Sharanów przy wzgórzach na granicy. Mówi się, że zostały tam wysłane, by wspomóc znajdujące się na wzniesieniach marath’damane.
– Krew i krwawe popioły. – Mat rozważał te informacje. – W porządku, Tylee, nie możemy już więcej marnować czasu. Oto, co zrobimy. Niech generał sztandaru Makoti wprowadzi do walki Drugą Chorągiew. Musi ona ominąć naszych żołnierzy i odepchnąć Sharanów. Trzecia Chorągiew okrąży prawą flankę; zaatakuje łuczników i innych wielbicieli kóz, którzy staną na naszej drodze. Ja wezmę Pierwszą Chorągiew na lewą fankę i wspomogę broniących się. Ruszamy, Tylee!
– Tak, Wasza Wysokość. Ale z pewnością nie ma Wasza Wysokość zamiaru brać udziału w bitwie?
– Tak, mam zamiar. Ruszamy, Tylee!
– Proszę, czy mogę wyrazić pewną sugestię, Wasza Wysokość? Nie ma Wasza Wysokość ochrony, niech choć wolno mi będzie wręczyć odpowiednią zbroję.
Mat zastanowił się przez chwilę, po czym zgodził się. „Można zostać zranionym, kiedy latają strzały i krzyżują się ostrza”. Tylee przywołała jednego ze starszych oficerów, który był mniej więcej takiej budowy jak Mat. Poleciła mu zdjąć zbroję. Była niesamowicie kolorowa – pokrywające ją płytki były zielone, złote i czerwone, a na brzegach srebrne.
Oficer wydawał się speszony, gdy Mat w zamian wręczył mu swój płaszcz, mówiąc, iż oczekuje, że zostanie mu on oddany pod koniec dnia w takim samym stanie. Mat nałożył zbroję, która zakrywała jego klatkę piersiową, spodnią część rąk i przednią ud, po czym stwierdził, iż czuje się komfortowo. Jednakże kiedy oficer podał mu swój hełm, Mat zignorował go, poprawiając na głowie swój kapelusz o szerokim rondzie. Potem odwrócił się do Tylee.
– Wasza Wysokość, jeszcze jedna rzecz – marath’damane…
– Rozprawię się z tymi przenoszącymi osobiście – obiecał Mat.
Tylee popatrzyła na niego, jakby postradał rozum. Krwawe popioły, może i rzeczywiście tak było.
– Wasza Wysokość! – powiedziała Tylee. – Imperatorowa… – Urwała, zobaczywszy wyraz twarzy Mata. – Pozwól nam przynajmniej posłać po damane, by cię ochraniały.
– Sam o siebie zadbam całkiem dobrze, dziękuję bardzo. Te cholerne kobiety weszły mi w drogę. – Wyszczerzył zęby. – Jesteś gotowa, Tylee? Chciałbym się z tym wszystkim uporać przed moim wieczornym kuflem piwa.
W odpowiedzi Tylee odwróciła się i krzyknęła:
– Na koń!
Światłości, ależ mocne miała płuca! Na ten okrzyk tysiące żołnierzy dosiadło koni, a odgłos ten rozniósł się po całym legionie, wzbudzając zainteresowanie wszystkich wojskowych. Mat musiał oddać Seanchanom jedno – mieli wspaniale wyćwiczonych, doskonałych żołnierzy.
Tylee wydała serię rozkazów, po czym odwróciła się do Mata i powiedziała:
– Na twoją komendę, Wasza Wysokość.
Mat zakrzyknął:
– Los caba’drin!
Większa część obecnych nie zrozumiała tych słów, jednakże instynktownie pojęli ich znaczenie: „Na koń i naprzód!”.
Kiedy Mat wjechał na Oczku do wody w miejscu brodu z uniesionym nad głową ashandarei, usłyszał, jak ziemia dudni pod naporem zbliżającej się Pierwszej Chorągwi. Rozbrzmiewające z tyłu rogi dawały sygnał do ataku, a każdy z nich brzmiał inaczej od pozostałych. Ich dźwięki były drażniące i nie harmonizowały ze sobą, ale dały się słyszeć na daleką odległość. Usłyszawszy rogi, znajdujący się z przodu żołnierze Białej Wieży obejrzeli się przez ramię. Przekroczenie brodu zajęło Matowi i Seanchanom kilka sekund, zaś żołnierze usuwali się z drogi, by zrobić miejsce dla jeźdźców.
Niewielki zakręt w lewo – i Seanchanie znaleźli się nagle w środku sharańskiej kawalerii, która wycinała piechotę Egwene. Szybkość natarcia umożliwiła przednim szykom Seanchan silnie uderzyć w Sharanów. Ich znakomicie wytrenowane rumaki stawały dęba, po czym tratowały wroga przednimi nogami. Sharanie i ich wierzchowce padli, wielu zostało przygniecionych podczas bezlitosnego marszu seanchańskiej kawalerii.
Sharanie wydawali się orientować, co dzieje się wokół, ale ich siły były ciężką jazdą, żołnierze mieli na sobie masywne zbroje i byli wyposażeni w długie lance, doskonałe do zabijania piechoty, ale niezbyt użyteczne w przypadku bardzo zwrotnej lekkiej kawalerii, walczącej na małej przestrzeni.
Pierwsza Chorągiew była elitarną jednostką, która używała rozmaitej broni i była ćwiczona w działaniach grupowych. Włócznie rzucane przez znajdujących się na przodzie jeźdźców ze śmiertelną precyzją przebijały przyłbice wroga. Zdumiewająco wiele włóczni celnie wbijało się w otwory przyłbic, a potem w twarze Sharanów. Z tyłu nadjeżdżali jeźdźcy władający dwuręcznymi mieczami o zakrzywionych ostrzach, którzy celowali bronią w nieosłonięte miejsca opancerzonych sharańskich koni, co sprawiało, że jeźdźcy znajdowali się na ziemi. Inni Seanchanie używali zakończonych hakami żerdzi, za pomocą których ściągali jeźdźców z koni, a ich kompani uderzali we wrogów kolczastymi maczugami, wgniatając ich zbroje tak, że poruszanie się w nich było znacznie ograniczone. A kiedy Sharanie znajdowali się już na ziemi, atakowali ich włócznicy. Za pomocą swojej lekkiej broni ściągali z ich głów przyłbice i wbijali wąskie ostrza prosto w oczy. Lance Sharanów w takich warunkach były bezużyteczne. Tak naprawdę były zawadą, a wielu Sharanów umierało, nim zdążyło je upuścić i dosięgnąć mieczy.
Mat rozkazał szwadronom swojej kawalerii jechać wzdłuż brzegu, aż do chwili, gdy dotrą do odległego lewego skraju pola bitwy. Potem jeźdźcy mieli obrócić się i stanąć twarzą w twarz z sharańską kawalerią. Nieobciążona już zmaganiem się z sharańskimi lancami, znajdująca się z lewej strony centrum walki piechota Białej Wieży była znowu w stanie użyć swoich włóczni i pik. Z pomocą Drugiej i Trzeciej Seanchańskiej Chorągwi obrońcy z wolna umacniali swoje pozycje przy brodzie. Była to brudna i śliska robota, bo ziemia w odległości siedmiuset kroków od rzeki zapadała się, przemieniając się w błotnisty teren. Ale siły Światłości utrzymały swoje pozycje.
Mat znalazł się w gąszczu walki, a jego ashandarei nie przestawał być w ruchu.