Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Pozwól mi umrzeć z honorem – rzekł Agelmar. – Ja… ja nas zniszczyłem. Sprawiłem, że przegraliśmy tę wojnę, Lan.
– Nie wojnę, a bitwę – sprostował Lan. – Dzieje się z tobą coś złego. Choroba, zmęczenie lub coś związanego z Cieniem. Podejrzewam, że ktoś manipulował twoim umysłem.
– Ale…
– Jesteś żołnierzem! – ryknął Lan. – Zachowuj się więc jak żołnierz!
Agelmar zamarł. Napotkał spojrzenie Lana, potem skinął głową. Lan zdjął rękę z ostrza miecza, który Agelmar schował z powrotem do pochwy. Wielki kapitan usiadł ze skrzyżowanymi nogami w tradycyjnej shienarańskiej pozycji medytacyjnej i zamknął oczy.
Lan oddalił się, wydając rozkazy. Podbiegł do niego książę Kaisel, w widoczny sposób zaniepokojony.
– Co się dzieje, lordzie Mandragoran?
– Prawdopodobnie przymus – rzekł Lan. – Jesteśmy niczym króliki w potrzasku, wokół szyi których zaciska się linka, powoli, ale mocno. Niech ktoś poinformuje mnie, proszę, czy Asha’mani mają dość siły, by otworzyć bramy! I przynieście mi wiadomości, co się dzieje ze wschodnią flanką! Łucznicy potrzebują wsparcia. Niech reszta naszych rezerw ruszy im z pomocą.
Książę Kaisel cofnął się, podczas gdy Lan nadal wydawał rozkazy. Oczy księcia rozszerzyły się, a ręka powędrowała na rękojeść miecza. Poparzył na Agelmara z pobladłą twarzą.
– Czy naprawdę przegraliśmy? – zapytał Lana, gdy ten skończył wydawać polecenia, a posłańcy ruszyli, by dostarczyć rozkazy.
– Tak – odparł Lan. – Przegraliśmy.
– Lan! – zawołał nagle Agelmar, otwierając oczy.
Lan zwrócił się w jego stronę.
– Królowa Tenobia – rzekł Agelmar. – Wystawiłem ją na niebezpieczeństwo, nie rozumiejąc, co robię. Ktokolwiek włożył ten plan do mej głowy, pragnął jej śmierci!
Lan zaklął cicho, wypadł z obozu i pobiegł na najbliższe wzgórze. Zwiadowcy zrobili dlań miejsce, kiedy stanął na szczycie. Lan wyciągnął zwierciadło. Nie potrzebował go jednak. Obserwując pole bitwy, dostrzegł sztandar królowej.
Była otoczona. Jeśli liczyła na jakąkolwiek pomoc, ta nie nadeszła. Lan otworzył usta, by wydać rozkazy, ale zamarły mu na wargach, gdy ujrzał, jak wokół niewielkiej, białosrebrnej flagi zaroiło się od Trolloków. Sztandar upadł, a po kilku sekundach nie było w tej części pola walki jednego żywego żołnierza.
Chłód. Lan nie mógł nic zrobić dla Tenobii. Nie można było uratować pojedynczych ludzi.
Miałby szczęście, uciekając z czymkolwiek, co przypominałoby armię.
Mat jechał konno wraz z Tuon w kierunku południowej części pola walki, wzdłuż brzegów rzeki, stanowiącej zachodnią część granicy Arafel.
Oczywiście, tam, gdzie zdążała Tuon, musiała być i Selucia. A teraz także i Min; Tuon chciała mieć przy sobie Widzącą Przeznaczenie przez cały czas. Tuon prosiła o wizje, a Min z oporami wyjaśniała, co widzi.
Mat próbował nakłonić Min, by powiedziała, iż wokół jego głowy dostrzegła unoszący się kapelusz. To może powstrzymałoby Tuon przed próbami pozbycia się go, czyż nie? Byłoby to lepsze niż wyjaśnienia Min, która mówiła o oku na wadze, sztylecie i innych krwawych rzeczach, które widziała wokół Mata.
Tam, gdzie znajdowała się Tuon, była również Straż Skazańców. A także Galgan i Courtani, którym udzielono nagany za niedostatecznie szybkie udzielenie pomocy Matowi. Wraz ze wszystkimi podążał dowodzący Strażą Skazańców Furyk Karede. Przebywanie w towarzystwie Karede było mniej więcej tak przyjemne, jak odkrycie, że ktoś trzyma rękę w twojej sakiewce. Był jednak dobrym żołnierzem i Mat szanował go. Chętnie popatrzyłby, jak Karede i Lan biorą udział w pojedynku na mierzenie się wzrokiem. Trwałoby to całe lata.
– Potrzebuję lepszego widoku – oznajmił Mat, kiedy miał już pole walki w zasięgu wzroku. – Tam.
Zawrócił Oczko i pogalopował ku wzniesieniu, które znajdowało się dość blisko miejsca, w którym siły wroga siały destrukcję na brzegu rzeki. Tuon podążyła za nim bez słowa. Kiedy wszyscy dotarli na wzniesienie, Mat dostrzegł, że Selucia wpatruje się w niego z gniewem.
– Co się dzieje? – zapytał Mat. – Jak mniemam, byłabyś zadowolona, gdybym się stąd wycofał. Może wtedy patrzyłabyś z gniewem na kogoś innego.
– Imperatorowa pójdzie tam, dokąd ty podążysz – odrzekła Selucia.
– Tak będzie – potwierdził Mat. – A ja pójdę tam, dokąd uda się ona, jak sądzę. Mam nadzieję, że nie zatoczymy zbyt wielu kółek. – Zaczął obserwować bitwę.
Rzeka nie była szczególnie szeroka, ale jej strumień był wartki. Od drugiej strony brodu była głębsza. Woda stanowiła doskonałą barierę – ale nie dla Trolloków. Bród jednak łatwo było przejść – woda sięgała do kolan i rzeka w tym miejscu była na tyle szeroka, by jednocześnie mogło ją przekroczyć dwadzieścia rzędów jeźdźców.
W odległym centrum armii Sharanów znajdował się mężczyzna siedzący na przepięknym koniu. Mat z trudem zobaczył go za pomocą swego zwierciadła; nieznajomy miał na sobie lśniącą zbroję i nie wyglądał na kogoś, kogo Mat wcześniej widział, jednak odległość sprawiła, że trudno było dostrzec szczegóły.
– Przypuszczam, że to jeden z Przeklętych? – zapytał, gestykulując z ashandarei w ręku.
– Wydaje się, że wykrzykuje coś do Smoka Odrodzonego – powiedział Galgan.
Zaraz potem rozległ się na polu bitwy głos Demandreda wzmocniony Jedyną Mocą. Domagał się, by Smok pojawił się i stawił mu czoła w pojedynku.
Mat przyglądał się mu poprzez zwierciadło.
– Demandred, hm? Czy on zwariował, czy co?
Cóż, Mat wiedział, od której części krwawej bitwy musi się trzymać z daleka. Nie pisał się na to, by walczyć z Przeklętym. Tak naprawdę, odkąd pamiętał, nie pisał się na to wcale. Na każdym kroku do czegoś go zmuszano. Zazwyczaj siłą albo też czyniła to jakaś jedna czy druga głupia kobieta.
Zmierzyć się z Demandredem mogłaby Egwene albo Asha’mani. Rand twierdził, że Asha’mani już nie tracili rozumu, ale to była płytka obietnica. Wszyscy ludzie, którzy władali Jedyną Mocą, byli szaleni, jak uznał Mat. Dodawanie kolejnej szczypty szaleństwa było niczym dolewanie herbaty do pełnej filiżanki.
Przynajmniej damane Tuon zajęły się przenoszącymi Sharanów. Ich ataki rozrywały ziemię po obu stronach rzeki. Trudno było co prawda mieć zupełnie jasny obraz sytuacji. Panowało zbyt wielkie zamieszanie.
Mat uniósł zwierciadło i ponownie popatrzył w kierunku południa, ku rzece. Zmarszczył brwi. Kilkaset kroków naprzeciwko brodu rozbito wojskowy obóz, ale to nie chaotycznie rozstawione namioty przyciągnęły jego uwagę. Po wschodniej stronie obozu stało kilka oddziałów wraz z końmi. Mat dostrzegł postać, która przechadzała się z przodu tego całego zgromadzenia ludzi i zwierząt i najwyraźniej była w podłym nastroju. Mat może i nie miał oka, ale nie było trudnym zadaniem rozpoznać w tej osobie Tylee.
Opuścił zwierciadło. Potarł podbródek, poprawił kapelusz i umieścił ashandarei na plecach.
– Dajcie mi pięć minut – powiedział, po czym pogalopował na Oczku w dół zbocza, mając nadzieję, że Tuon pozwoli mu pojechać samemu. Tym razem pozwoliła, choć kiedy Mat znalazł się u podnóża wzniesienia, zaczął podejrzewać, że obserwuje go ciekawskim wzrokiem. Wydawała się uznawać wszystko, co robił, za interesujące.
Mat galopował wzdłuż rzeki w kierunku Tylee. Rozległy się eksplozje, które boleśnie raniły uszy i były oznaką, że Mat zbliżał się do serca bitwy.
Mat skierował Oczko w lewo i pojechał prosto do przechadzającego się generała.
– Tylee, ty ślepa idiotko! Dlaczego siedzisz tutaj, zamiast być użyteczna?
– Wasza Wysokość – wymamrotała Tylee, padając na kolana – rozkazano mi pozostać tutaj do czasu, gdy zostaniemy wezwani.