Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Nieważne. Gessen i Jodła żyją, a już ich pożegnaliśmy. Teraz jednak my musimy nadrobić stracony czas. Zostajesz?
Altsin pokręcił głową.
— Zejdę na dół — powiedział.
— Namyśliłeś się? — Porucznik uniósł brwi.
— Nie mówię, że pójdę z wami pod pokład. Ale przyjrzę się tym truchłom poniżej. Kiedyś czytałem o podobnych bestiach złapanych na Uroczysku… To… — zawahał się, nie wiedząc, w którą stronę pociągnąć kłamstwo — … to szansa na sprawdzenie, czy chodzi o te same stwory. W gildii będą o to pytać. A poza tym, teraz są tam już twoi ludzie, a to zmienia trochę postać rzeczy.
No i Oum pytałby, dlaczego złodziej nie sprawdził wszystkiego. Nie po to tłukł się przez pół świata, by zostawiać za sobą nierozwiązane zagadki. Bo przecież wcale nie chodziło o to dziwaczne, podejrzanie rozbrajające uczucie, gdy patrzył, jak strażnicy szykują się do walki.
Szlag by to trafił. Najwyraźniej taka głupota bywa zaraźliwa.
Nie czekając, aż porucznik zacznie mu dziękować, bo tego już by chyba nie przełknął, złapał linę i prawie parząc sobie dłonie, zjechał na pokład w dole.
Rozdział 36
Atmosfera była ciężka i lepka, ale Gentrell od razu wiedział, że wszelkie decyzje zostały już podjęte. To znaczy cesarz je podjął, a potem wezwał ich tu tylko po to, by je oznajmić. Szpieg mógłby udawać przed sobą, że dostrzega to tylko w chmurnych oczach Kregana-ber-Arlensa, ale prawda była taka, że widział to w całej jego postaci. Imperator miał na sobie podróżny strój, uzupełniony stalowym napierśnikiem i rękawicami. No i miecz przy boku.
Ande Salurin żartobliwie nazywał takie spotkania nie naradami, lecz oznajmiankami, bo w końcu nie radzono na nich z cesarzem, tylko oznajmiał on zebranym swoje decyzje.
Gentrell uznał, że ten lubiący wino i dziwki sukinsyn miałby się z pyszna, gdyby wiedział, że tym razem Kregan-ber-Arlens podjął decyzję właśnie po raporcie Drugiego Szczura.
Stali wokół stołu we czwórkę, cesarz, Luwo, Suka oraz Gentrell, i wpatrywali się w płachty papieru pokryte węglowymi rysunkami. Gigant ze zwierzęcą twarzą unosił w dłoniach trzy sztuki dziwacznej broni, kilka podobnych do niego stworzeń, tylko mniejszych, walczyło z jakimiś koszmarnymi istotami pełnymi kłów i pazurów, dwie czwororękie bestie ścierały się ze sobą.
Luwo-asw-Nodares chrząknął i zaczął szybciutko:
— To wszystko rysunki Nealli, dziewczynki ocalonej z Glewwen-On. Była jedynym tropem łączącym nas z osobą używającą imienia Kanayoness Daera.
Trzeci nadstawił ucha.
— A to — szef Nory rozdał im kartki — wybrany fragment raportu oddziału Górskiej Straży znanego jako Czerwone Szóstki.
Gentrell nie musiał tego czytać, bo znał ten raport prawie na pamięć. Martwy stwór, na którego strażnicy natknęli się w czasie wędrówki przez Mrok, był dokładnie taki sam jak te na rysunkach.
— Obróćcie kartki — polecił cesarz. — Macie tam część raportu Drugiego Szczura znad Wenderladzkiego Bagna.
Gentrell przebiegł wzrokiem równe rzędy liter: „Osiem stóp wzrostu, cztery ręce, duże kły…”. Opis pasował do rysunków lepiej nawet niż to, co wycisnęli z Górskiej Straży.
— Takie właśnie stworzenie, i jeszcze jedno, jakby wielki robak, pojawiło się wczoraj na bagnie. Powtórzę, żebyście dobrze mnie zrozumieli: to nie zwykła bestia z Uroczyska, tylko najwyraźniej inteligentna, nosząca ubranie i walcząca bronią istota. Ktoś z was słyszał kiedykolwiek o czymś takim?
To było pytanie retoryczne.
— Ja też nie. A jakieś legendy z okresu Wojen Bogów?
Luwo chrząknął.
— Jedna, dość krótka opowiastka o Owerthcie, czwororękiej bestii Niechcianych, z którą zmierzył się, i którą oczywiście pokonał, Pan Burz.
Popatrzyli po sobie. Opowiastki i legendy z czasów Wojen Bogów robiły się ostatnio nadzwyczaj aktualne.
— Udaję się nad Bagno. Czarownicy z teleportem czekają już pod miastem. Przerzucą mnie przez góry do twierdzy Uwir, wezmę stamtąd cały zasrany pułk i zbierając co się da po drodze, ruszę na pomoc Drugiemu. Za trzy dni będziemy na miejscu.
Trzeci, widząc, w jaki sposób cesarz kładzie co chwila dłoń na rękojeści miecza, westchnął pod nosem.
Och, do cholery, wcale nie chodziło o to, że Salurin potrzebuje jakiejś pomocy. Wystarczyłby jeden cesarski rozkaz, a dwadzieścia tysięcy żołnierzy pomaszerowałoby w stronę bagna, i to najszybszym możliwym tempem. Kregan-ber-Arlens miał już dość przesuwania ołowianych żołnierzyków po kamiennej mapie. Chciał działać. I chyba najlepiej będzie, jeśli rzeczywiście pozwolą mu na tę eskapadę. Osiem, może dziesięć dni i zjawi się z powrotem w zamku.
Co złego może mu się stać w sercu Imperium?
* * *
— Pani.
— Pani.
Dwa bliźniacze powitania, dwa bliźniacze ukłony. Dowodzący korpusem słoni Brimgorn Uvie oraz naczelny mag armii Umneres z Luwi przybyli na naradę dokładnie o czasie. To dobrze. Teraz spóźnialstwo byłoby niewybaczalne.
Zapadł już zmrok i wnętrze namiotu oświetlał tuzin lamp oraz lichtarz stojący pośrodku stołu. Poza namiotem wojska rozstawiały się niczym do bitwy, mając przed sobą nie wiadomo dokładnie jakie siły wroga. Wyglądało na to, że tej nocy niewielu ludzi zazna snu. Grały trąbki, grzmiały bębny, nad parskanie wierzchowców jazdy wybijały się porykiwania słoni.
Muzyka zapowiadająca rzeź.
Kosse Oluwer i Wuar Sampore czekali już przy stole. Obaj w pełnym rynsztunku, którego zapewne nie zdejmą przez wiele najbliższych godzin. Obaj spięci i gotowi, niczym dwie spragnione krwi szable czekające pod ręką.
Jej szable. Jej broń.
Genno Laskolnyk nie został zaproszony nawet jako gość albo obserwator w imieniu Imperium. Co najmniej jedna z jego kobiet była czarownicą, a nigdy nie wiadomo, co ktoś taki jak ona potrafi. I ile potrafią inni. Gdyby Deana chciała, by Krwawy Kahelle poznał jej plany, sama wysłałaby mu raport z tej narady. W tej chwili „goście” z Meekhanu odpoczywali w głównym obozie pod ścisłą strażą. Dla własnego bezpieczeństwa i dla jej spokoju.
Deana spojrzała uważnie na obu af’gemidów. Ponieważ do tej pory nie wybrała żadnego z nich na głównodowodzącego, dla wszystkich było jasne, że to ona, Płomień Agara, Pani Oka, stoi na czele armii. Przynajmniej formalnie, jako przedstawicielka księcia. Zresztą, to było dobre dla morale wojsk. A nawet gdyby Laweneres nie leżał nieprzytomny w pałacu, tylko osobiście stał przy tym stole, jakaż byłaby różnica? On też nigdy nie dowodził w bitwie i też musiałby się zdawać na porady swoich af’gemidów. W jej obecności przynajmniej nie ośmielali się robić sprośnych uwag.