Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 160 161 162 163 164 165 166 167 168 ... 210
Перейти на страницу:

— Nie­waż­ne. Ges­sen i Jo­dła żyją, a już ich po­że­gna­li­śmy. Te­raz jed­nak my mu­si­my nad­ro­bić stra­co­ny czas. Zo­sta­jesz?

Alt­sin po­krę­cił gło­wą.

— Zej­dę na dół — po­wie­dział.

— Na­my­śli­łeś się? — Po­rucz­nik uniósł brwi.

— Nie mó­wię, że pój­dę z wami pod po­kład. Ale przyj­rzę się tym tru­chłom po­ni­żej. Kie­dyś czy­ta­łem o po­dob­nych be­stiach zła­pa­nych na Uro­czy­sku… To… — za­wa­hał się, nie wie­dząc, w któ­rą stro­nę po­cią­gnąć kłam­stwo — … to szan­sa na spraw­dze­nie, czy cho­dzi o te same stwo­ry. W gil­dii będą o to py­tać. A poza tym, te­raz są tam już twoi lu­dzie, a to zmie­nia tro­chę po­stać rze­czy.

No i Oum py­tał­by, dla­cze­go zło­dziej nie spraw­dził wszyst­kie­go. Nie po to tłukł się przez pół świa­ta, by zo­sta­wiać za sobą nie­roz­wią­za­ne za­gad­ki. Bo prze­cież wca­le nie cho­dzi­ło o to dzi­wacz­ne, po­dej­rza­nie roz­bra­ja­ją­ce uczu­cie, gdy pa­trzył, jak straż­ni­cy szy­ku­ją się do wal­ki.

Szlag by to tra­fił. Naj­wy­raź­niej taka głu­po­ta bywa za­raź­li­wa.

Nie cze­ka­jąc, aż po­rucz­nik za­cznie mu dzię­ko­wać, bo tego już by chy­ba nie prze­łknął, zła­pał linę i pra­wie pa­rząc so­bie dło­nie, zje­chał na po­kład w dole.

Rozdział 36

At­mos­fe­ra była cięż­ka i lep­ka, ale Gen­trell od razu wie­dział, że wszel­kie de­cy­zje zo­sta­ły już pod­ję­te. To zna­czy ce­sarz je pod­jął, a po­tem we­zwał ich tu tyl­ko po to, by je oznaj­mić. Szpieg mógł­by uda­wać przed sobą, że do­strze­ga to tyl­ko w chmur­nych oczach Kre­ga­na-ber-Ar­len­sa, ale praw­da była taka, że wi­dział to w ca­łej jego po­sta­ci. Im­pe­ra­tor miał na so­bie po­dróż­ny strój, uzu­peł­nio­ny sta­lo­wym na­pier­śni­kiem i rę­ka­wi­ca­mi. No i miecz przy boku.

Ande Sa­lu­rin żar­to­bli­wie na­zy­wał ta­kie spo­tka­nia nie na­ra­da­mi, lecz oznaj­mian­ka­mi, bo w koń­cu nie ra­dzo­no na nich z ce­sa­rzem, tyl­ko oznaj­miał on ze­bra­nym swo­je de­cy­zje.

Gen­trell uznał, że ten lu­bią­cy wino i dziw­ki su­kin­syn miał­by się z pysz­na, gdy­by wie­dział, że tym ra­zem Kre­gan-ber-Ar­lens pod­jął de­cy­zję wła­śnie po ra­por­cie Dru­gie­go Szczu­ra.

Sta­li wo­kół sto­łu we czwór­kę, ce­sarz, Luwo, Suka oraz Gen­trell, i wpa­try­wa­li się w płach­ty pa­pie­ru po­kry­te wę­glo­wy­mi ry­sun­ka­mi. Gi­gant ze zwie­rzę­cą twa­rzą uno­sił w dło­niach trzy sztu­ki dzi­wacz­nej bro­ni, kil­ka po­dob­nych do nie­go stwo­rzeń, tyl­ko mniej­szych, wal­czy­ło z ja­ki­miś kosz­mar­ny­mi isto­ta­mi peł­ny­mi kłów i pa­zu­rów, dwie czwo­ro­rę­kie be­stie ście­ra­ły się ze sobą.

Luwo-asw-No­da­res chrząk­nął i za­czął szyb­ciut­ko:

— To wszyst­ko ry­sun­ki Ne­al­li, dziew­czyn­ki oca­lo­nej z Glew­wen-On. Była je­dy­nym tro­pem łą­czą­cym nas z oso­bą uży­wa­ją­cą imie­nia Ka­nay­oness Da­era.

Trze­ci nad­sta­wił ucha.

— A to — szef Nory roz­dał im kart­ki — wy­bra­ny frag­ment ra­por­tu od­dzia­łu Gór­skiej Stra­ży zna­ne­go jako Czer­wo­ne Szóst­ki.

Gen­trell nie mu­siał tego czy­tać, bo znał ten ra­port pra­wie na pa­mięć. Mar­twy stwór, na któ­re­go straż­ni­cy na­tknę­li się w cza­sie wę­drów­ki przez Mrok, był do­kład­nie taki sam jak te na ry­sun­kach.

— Ob­róć­cie kart­ki — po­le­cił ce­sarz. — Ma­cie tam część ra­por­tu Dru­gie­go Szczu­ra znad Wen­der­ladz­kie­go Ba­gna.

Gen­trell prze­biegł wzro­kiem rów­ne rzę­dy li­ter: „Osiem stóp wzro­stu, czte­ry ręce, duże kły…”. Opis pa­so­wał do ry­sun­ków le­piej na­wet niż to, co wy­ci­snę­li z Gór­skiej Stra­ży.

— Ta­kie wła­śnie stwo­rze­nie, i jesz­cze jed­no, jak­by wiel­ki ro­bak, po­ja­wi­ło się wczo­raj na ba­gnie. Po­wtó­rzę, że­by­ście do­brze mnie zro­zu­mie­li: to nie zwy­kła be­stia z Uro­czy­ska, tyl­ko naj­wy­raź­niej in­te­li­gent­na, no­szą­ca ubra­nie i wal­czą­ca bro­nią isto­ta. Ktoś z was sły­szał kie­dy­kol­wiek o czymś ta­kim?

To było py­ta­nie re­to­rycz­ne.

— Ja też nie. A ja­kieś le­gen­dy z okre­su Wo­jen Bo­gów?

Luwo chrząk­nął.

— Jed­na, dość krót­ka opo­wiast­ka o Ower­th­cie, czwo­ro­rę­kiej be­stii Nie­chcia­nych, z któ­rą zmie­rzył się, i któ­rą oczy­wi­ście po­ko­nał, Pan Burz.

Po­pa­trzy­li po so­bie. Opo­wiast­ki i le­gen­dy z cza­sów Wo­jen Bo­gów ro­bi­ły się ostat­nio nad­zwy­czaj ak­tu­al­ne.

— Uda­ję się nad Ba­gno. Cza­row­ni­cy z te­le­por­tem cze­ka­ją już pod mia­stem. Prze­rzu­cą mnie przez góry do twier­dzy Uwir, we­zmę stam­tąd cały za­sra­ny pułk i zbie­ra­jąc co się da po dro­dze, ru­szę na po­moc Dru­gie­mu. Za trzy dni bę­dzie­my na miej­scu.

Trze­ci, wi­dząc, w jaki spo­sób ce­sarz kła­dzie co chwi­la dłoń na rę­ko­je­ści mie­cza, wes­tchnął pod no­sem.

Och, do cho­le­ry, wca­le nie cho­dzi­ło o to, że Sa­lu­rin po­trze­bu­je ja­kiejś po­mo­cy. Wy­star­czył­by je­den ce­sar­ski roz­kaz, a dwa­dzie­ścia ty­się­cy żoł­nie­rzy po­ma­sze­ro­wa­ło­by w stro­nę ba­gna, i to naj­szyb­szym moż­li­wym tem­pem. Kre­gan-ber-Ar­lens miał już dość prze­su­wa­nia oło­wia­nych żoł­nie­rzy­ków po ka­mien­nej ma­pie. Chciał dzia­łać. I chy­ba naj­le­piej bę­dzie, je­śli rze­czy­wi­ście po­zwo­lą mu na tę eska­pa­dę. Osiem, może dzie­sięć dni i zja­wi się z po­wro­tem w zam­ku.

Co złe­go może mu się stać w ser­cu Im­pe­rium?

* * *

— Pani.

— Pani.

Dwa bliź­nia­cze po­wi­ta­nia, dwa bliź­nia­cze ukło­ny. Do­wo­dzą­cy kor­pu­sem sło­ni Brim­gorn Uvie oraz na­czel­ny mag ar­mii Umne­res z Luwi przy­by­li na na­ra­dę do­kład­nie o cza­sie. To do­brze. Te­raz spóź­nial­stwo by­ło­by nie­wy­ba­czal­ne.

Za­padł już zmrok i wnę­trze na­mio­tu oświe­tlał tu­zin lamp oraz lich­tarz sto­ją­cy po­środ­ku sto­łu. Poza na­mio­tem woj­ska roz­sta­wia­ły się ni­czym do bi­twy, ma­jąc przed sobą nie wia­do­mo do­kład­nie ja­kie siły wro­ga. Wy­glą­da­ło na to, że tej nocy nie­wie­lu lu­dzi za­zna snu. Gra­ły trąb­ki, grzmia­ły bęb­ny, nad par­ska­nie wierz­chow­ców jaz­dy wy­bi­ja­ły się po­ry­ki­wa­nia sło­ni.

Mu­zy­ka za­po­wia­da­ją­ca rzeź.

Kos­se Olu­wer i Wuar Sam­po­re cze­ka­li już przy sto­le. Obaj w peł­nym rynsz­tun­ku, któ­re­go za­pew­ne nie zdej­mą przez wie­le naj­bliż­szych go­dzin. Obaj spię­ci i go­to­wi, ni­czym dwie spra­gnio­ne krwi sza­ble cze­ka­ją­ce pod ręką.

Jej sza­ble. Jej broń.

Gen­no La­skol­nyk nie zo­stał za­pro­szo­ny na­wet jako gość albo ob­ser­wa­tor w imie­niu Im­pe­rium. Co naj­mniej jed­na z jego ko­biet była cza­row­ni­cą, a ni­g­dy nie wia­do­mo, co ktoś taki jak ona po­tra­fi. I ile po­tra­fią inni. Gdy­by De­ana chcia­ła, by Krwa­wy Ka­hel­le po­znał jej pla­ny, sama wy­sła­ła­by mu ra­port z tej na­ra­dy. W tej chwi­li „go­ście” z Me­ekha­nu od­po­czy­wa­li w głów­nym obo­zie pod ści­słą stra­żą. Dla wła­sne­go bez­pie­czeń­stwa i dla jej spo­ko­ju.

De­ana spoj­rza­ła uważ­nie na obu af’ge­mi­dów. Po­nie­waż do tej pory nie wy­bra­ła żad­ne­go z nich na głów­no­do­wo­dzą­ce­go, dla wszyst­kich było ja­sne, że to ona, Pło­mień Aga­ra, Pani Oka, stoi na cze­le ar­mii. Przy­naj­mniej for­mal­nie, jako przed­sta­wi­ciel­ka księ­cia. Zresz­tą, to było do­bre dla mo­ra­le wojsk. A na­wet gdy­by La­we­ne­res nie le­żał nie­przy­tom­ny w pa­ła­cu, tyl­ko oso­bi­ście stał przy tym sto­le, ja­każ by­ła­by róż­ni­ca? On też ni­g­dy nie do­wo­dził w bi­twie i też mu­siał­by się zda­wać na po­ra­dy swo­ich af’ge­mi­dów. W jej obec­no­ści przy­naj­mniej nie ośmie­la­li się ro­bić spro­śnych uwag.

1 ... 160 161 162 163 164 165 166 167 168 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)