Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Potrafię o siebie zadbać.
— To dobrze. — Oficer skinął dłonią i tuzin strzelców zajęło miejsce na blankach kasztelu. — Nadal chcesz zejść? Będziemy cię osłaniać.
Altsin pokręcił głową. Minął już szok, którego doznał na widok tych stworzeń; z głowy wyparowały mu i gniew, i lodowata furia, którą go ugasił. I nagle pomysł zjechania na dolny pokład wcale nie wydawał mu się już taki dobry. Przynajmniej nie tak na łapu-capu.
— Czekaj, czekaj. Jak się chwilę zastanowić, to mam jeszcze kilka pytań, poruczniku. Opowiedz mi o nich. — Wskazał na trupy bestii.
Opowieść oficera była krótka i właściwie Altsin sam mógł odtworzyć jej część na podstawie śladów walki. Zaatakowano ich, gdy większość oddziału była już na górze, bestii było czterdzieści, może pięćdziesiąt. Nie walczyły jak zwykłe zwierzęta, w ich atakach dało się dostrzec jakąś dziką przemyślność i niezwierzęcy spryt, ale i tak zostały odparte. Zdołały jednak porwać czterech żołnierzy. Zabrały ich pod pokład. Szósta Kompania właśnie wybierała się po swoich.
Cholera, ten oficer nie zrobiłby kariery jako wędrowny bard. Ani nawet jako pomocnik barda. Taki, co to łazi za mistrzem i podaje lutnię. Rzucał zdania krótkie, koślawe, po żołniersku proste. Nic dziwnego, że wybrał karierę w armii.
Ale złodziej wysłuchał jego opowieści do końca, nie przerywając ani razu.
— Zdajesz sobie sprawę z tego, że zejście pod pokład to szaleństwo? — skwitował, gdy już usłyszał całość.
Wyobraźnia podpowiadała mu, że pod pokładem będzie prawdziwy labirynt. Ciemno, ciasno, na wpół inteligentne bestie znające każdy zakamarek… To nie wyobraźnia, uświadomił sobie nagle. To wspomnienia. Było jasne, że Bitewna Pięść spotkał już kiedyś te potwory i z nimi walczył.
Porucznik wzruszył ramionami.
— Istnieje taka możliwość.
— Czy regulamin imperialnej armii nie zakazuje oficerom wysyłania ludzi na samobójcze misje?
Stojący obok wytatuowany dziesiętnik plasnął się z rozmachem w czoło.
— Wiedziałem, że chyba kiedyś coś takiego czytałem. To chyba rozdział siódmy, podpunkt czterdziesty drugi. Zaraz po instrukcji, jak srać i się podcierać.
Kilku najbliższych żołnierzy parsknęło krótkim rechotem, ale żaden nie oderwał wzroku od pokładu poniżej. Ich kusze zataczały leniwe półkola, omiatając teren.
Oficer pokiwał głową, a na ustach zagościł mu cień uśmiechu.
— Owszem, Varhenn, ale poniżej napisali „nie dotyczy Górskiej Straży”, więc się nie wymigasz. Schodzimy pod pokład, bo czas nas nagli. A ty, czarowniku, rób, co chcesz. Nie mam czasu cię przekonywać, a błagać nie będę. Uwaga! Pierwsza i Trzecia ruchy! Zabezpieczyć teren i czekać na resztę.
W dół poleciały kolejne liny i w dosłownie kilka uderzeń serca dziesięciu żołnierzy znalazło się na pokrytych posoką czarnych deskach. Błyskawicznie załadowali kusze i rozstawili się w półokrąg.
— Gotowe!
Altsin musiał przyznać, że chociaż wyglądali na bandytów, którzy uzbroili się, szabrując pola bitewne, działali cholernie sprawnie.
Do dowódcy podbiegł Jodła, już w kolczudze i z mieczem w garści.
— Proszę o pozwolenie na dołączenie do oddziału. Gessen też chce iść.
— Wolałbym, żebyście odpoczęli.
— Z całym szacunkiem, panie poruczniku. Ja bym wolał siedzieć w Belenden pod ciepłą pierzyną. Takie jest życie, nie wszystkim dogodzi.
— Jodła…
— Przepraszam, panie poruczniku, ale mówię, jak jest. Tu ze Szczurami zostanie Patyk i paru innych chłopaków, więc my nie musimy. No i Alenth i Otha są mi winni pieniądze, nie pozwolę durniom dać się zeżreć tam na dole, zanim nie dostanę swoich dwóch orgów.
— Po dwóch od każdego?
— Tak jest!
Oficer podrapał się po brodzie, przysłaniając dłonią uśmiech.
— A, to zmienia postać rzeczy. Za cztery orgi poszedłbym po nich sam. Dobra, dołączycie do Siódmej. Schodzi ostatnia, razem z psami. Powiedz Gessenowi, żeby się pospieszył, nie będziemy czekać.
— Rozkaz! — Strażnik zasalutował i pobiegł na tyły.
To był ten moment, który sprawił, że Altsin zmienił zdanie.
Na chwilę, dosłownie na mgnienie oka, na twarzy oficera patrzącego na truchtającego Jodłę nie było nic, poza najczystszą, najpełniejszą dumą. Zasraną, głupią jak ledwo wyklute pisklę, kretyńską dumą. A jej odbicie zagościło na twarzach pobliskich żołnierzy, wypiękniając je w najwspanialszy możliwy sposób. Rozumiał to, tak dobrze to rozumiał… Wspomnienia awenderi Reagwyra z tysiąca pól bitewnych grały z tą dumą jednym tonem.
Cholera. Ależ to było cudownie idiotyczne.
Mimo to musiał jeszcze zapytać.
— Wiesz, że najpewniej idziecie po trupy?
— Velergorf zaklina się, że potwory zabrały ich na dół żywych. Wierzę mu. Nie wiem, dlaczego tak zrobiły, ale jeśli jest szansa, że moi ludzie żyją, pójdziemy po nich.
— Bo są winni cztery orgi?
— No. — Uśmieszek porucznika był niemal figlarny. — To też. A jeśli nie, trupy też są ważne. No i nie sądzę, by tych stworów było zbyt wiele. Zaatakowały nas, dopiero gdy większość kompanii znalazła się na górze. Czaiły się, czekały na odpowiednią chwilę i uderzyły wtedy, gdy uznały, że mają szansę. Nie wcześniej. To znaczy, że nie może ich być zbyt dużo. Na dodatek trzecią część położyliśmy trupem, a resztę zdrowo poharataliśmy. Pójdziemy więc za śladami posoki i zabijemy te, co zostały. Trzeba tylko znaleźć ich norę.
Altsin wskazał na nosze pilnowane przez dwóch żołnierzy.
— Może jak obudzisz swojego szamana, to powie ci, gdzie szukać.
— Nie ma na to szans. Jest nieprzytomny, bo coś schwytało jednego z jego duchów i więzi. Gdyby nie sprawa z tymi potworami, rąbałbym już ściany tej budowli — wskazał na drewnianą rotundę za plecami — żeby sprawdzić, kto to zrobił i kto, do cholery, steruje tym statkiem. Ale teraz muszę odzyskać swoich ludzi. Żywych lub martwych. A twoje przybycie, Żołądź, opóźniło nas o pół godziny.
Ostatnia uwaga trochę złodzieja ubodła.
— Wybacz, gdybym wiedział, bardziej bym się spieszył.