Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Westchnąwszy, Egwene odstawiła na stół filiżankę, która natychmiast zniknęła. Amyrlin przetarła palcami oczy. Podejrzliwość naprawdę ostatnio stała się jej drugą naturą. Zresztą prawdopodobnie bez tej podejrzliwości nie pożyłaby długo. Tak czy inaczej, trzeba czasem dać spokój podejrzeniom, zwłaszcza w towarzystwie przyjaciółki.
— Jesteś zmęczona — zauważyła Aviendha, znów w białej bluzce, ciemnej spódnicy i szalu. Stanowiła teraz uosobienie zatroskanej Mądrej o ostrych zielonych oczach. — Nie sypiasz dobrze?
— Dobrze sypiam — skłamała Egwene, wymuszając uśmiech. Aviendha i Elayne miały dość własnych zmartwień bez jej bólów głowy. — Nie mogę nic więcej wymyślić — zdradziła przyjaciółce, wstając. — Ty potrafisz? Zatem skończyłyśmy — podsumowała, gdy kobieta Aiel potrząsnęła głową. — Przekaż Elayne, żeby o siebie dbała. I ty dbaj o nią. O nią i o jej dzieci.
— Będę — zapewniła ją Aviendha, ponownie w błękitnych jedwabiach. — Lecz i ty powinnaś o siebie zadbać. Myślę, że zbyt ciężko pracujesz i zbyt wiele myślisz. Śpij dobrze i obudź się wypoczęta — oświadczyła łagodnie typowymi dla Aielów słowami na dobranoc, po czym zniknęła.
Amyrlin zmarszczyła brwi, patrząc w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała jej rozmówczyni. Wcale nie pracowała zbyt ciężko. Jedynie w granicach rozsądku i wytrzymałości. Wróciła do swego ciała i odkryła, że twardo spało.
Co nie znaczy, że sama Egwene także spała, w każdym razie nie do końca. Jej ciało spało, oddychając powoli i głęboko, więc Amyrlin wsunęła się w nie delikatnie, tuż pod warstwę snu. Mogłaby poczekać do przebudzenia, potem przypomnieć sobie sny i zapisać je w małej, oprawnej w skórę książeczce. Trzymała ją na dnie jednego z odzieżowych kufrów, przykrytą cienkimi lnianymi elementami bielizny pościelowej, których nikt nie będzie wyjmował aż do wiosny. Prościej i szybciej było wszakże obserwować sny wtedy, gdy się zdarzały. Może wówczas łatwiej by pojęła, co oznaczają. Przynajmniej stanowiły coś więcej niż nocne fantazje.
Było ich sporo, w wielu pojawiał się Gawyn, przystojny wysoki mężczyzna, który brał ją w ramiona, tańczył z nią i kochał się z nią. Pewnego razu — we śnie — spłoszyła się na myśl o uprawianiu z nim miłości. A gdy przypomniała sobie o tym po przebudzeniu, aż się zarumieniła. Teraz własne zachowanie wydawało jej się głupie i dziecinne. Pewnego dnia uczyni Gawyna swoim Strażnikiem, jakoś to zrobi... a następnie poślubi go i będzie się z nim kochała tak długo, aż jej mężczyzna zacznie błagać o litość. Wymyśliła to we śnie i zachichotała na tę myśl. Większość innych snów jednakże naprawdę nie była tak przyjemna. W jednym na przykład Egwene brnęła przez sięgający jej do pasa śnieg wśród gęsto rosnących drzew i wiedziała tylko jedno: że musi dotrzeć do krawędzi lasu. Ale nawet kiedy mignęła jej w przelocie polana, sekundę później oddaliła się w widoczny sposób i Amyrlin musiała grzęznąć dalej. I tak bez końca. W innym śnie z kolei pchała wielki młyński kamień, wtaczając go na strome wzgórze, lecz ilekroć prawie dochodziła do szczytu, potykała się i spadała, patrząc, jak ogromny kamień stacza się z powrotem na dół. Wzdychała, powoli i ostrożnie wycofywała się po niego i znów zaczynała go wtaczać; tyle że wzgórze za każdym razem było wyższe niż uprzednio. Dobrze się znała na snach, toteż wiedziała, skąd się brały takie męczące, nawet jeżeli nie miały żadnego szczególnego znaczenia. To znaczy żadnego poza faktem, że Egwene czuła się w nich wyczerpana i miała do wykonania z pozoru niekończące się zadanie. Wiedza ta niestety w niczym dziewczynie nie pomagała. W tych żmudnych snach jej ciało się szarpało i szamotało, a Egwene próbowała uspokoić mięśnie i jakoś się odprężać. Ten rodzaj półsnu był niewiele lepszy niż pozbawiona snów noc, którą spędzała, wiercąc się i kręcąc na łóżku. Przecież jej wysiłki dawały czasem efekt, jako taki efekt.
Pewnego razu cała drżała, gdyż śniło jej się, że została zmuszona do ciągnięcia błotnistą drogą olbrzymiego wozu, na którym tłoczyły się dziesiątki Aes Sedai.
Miała jeszcze wiele innych marzeń sennych, osobnych lub przemieszanych z tamtymi.
Czasami widywała w nich Mata Cauthona. W niektórych znajdował się na łące i grał w kule. Gdzieś niedaleko od niego majaczyły kryte strzechą domy widoczne w niewyraźny, typowy dla snów sposób... Nierzadko dachy były łupkowe, czasem domy wyglądały na kamienne, niekiedy na drewniane. Mata wszakże zawsze widziała ostro i wyraźnie. Zazwyczaj miał na sobie piękny, zielony płaszcz i czarny kapelusz z szerokim rondem, dokładnie jak owego dnia, gdy jechał do Salidaru. W takich snach w zasięgu wzroku Amyrlin niemal nigdy nie było nikogo innego. Mat pocierał kulę w dłoniach, potem brał krótki rozbieg i od niechcenia rzucał kulę, a ona toczyła się po gładkiej trawie. Strącał wszystkie dziewięć słupków, które upadały na bok, jakby je ktoś kopnął. Mat odwracał się wtedy i podnosił kolejną kulę, a słupki natychmiast wracały do pionu. Nie, może raczej pojawiał się nowy komplet słupków. Stare wciąż leżały tam, gdzie upadły. Mat znowu rzucał kulę, leniwie i niedbale. A Egwene miała ochotę wrzasnąć, gdyż słupki zamiast kawałków drewna okazywały się... mężczyznami, którzy trwali w milczeniu, wpatrując się w pędzącą ku nim kulę. Żaden się nie poruszył, póki kula w niego nie trafiła... Mat zaś znów obracał się po kolejną kulę i wśród starych, leżących na ziemi pojawiały się nowsze słupki, nowi ludzie. Ci nowi stawali w równych rządkach pomiędzy wcześniejszymi, którzy leżeli rozłożeni na ziemi i wyglądali na martwych. Ależ tak, oni byli martwi. Mat zaś, zupełnie się nimi nie przejmując, toczył kolejne kule.
Ten sen był prawdziwy. Egwene wiedziała o tym na długo przed przebudzeniem. Mignęła jej w nim przyszłość, która może się zdarzyć, choć nie musi. A może sen stanowił ostrzeżenie, wskazówkę, czego należy wypatrywać i na co należy uważać. Tak zwane prawdziwe sny zawsze stanowiły możliwość, potencjalność, a nie pewność, o czym Amyrlin często musiała sobie przypominać. Śnienie wszak nie równało się głoszeniu Przepowiedni... Tym niemniej sny owe stanowiły ewentualność straszliwą. Każdy z tych „ludzkich słupków” uosabiał tysiące osób. Egwene była co do tego absolutnie przekonana. W jednym śnie jako część tej możliwości pojawiała się jakaś Iluminatorka. Mat spotkał kiedyś pewną Iluminatorkę — raz, ale dawno temu, ten sen natomiast kojarzył się raczej z ostatnimi wydarzeniami. Obecnie Iluminatorzy rozproszyli się, a ich gildie zniknęły. Jedna z Iluminatorek współpracowała na przykład z podróżnym widowiskiem, z którym jechały przez jakiś czas Elayne i Nynaeve. Zresztą Mat mógł znaleźć Iluminatorkę gdziekolwiek. Poza tym, cały sen nadal reprezentował tylko potencjalną przyszłość. Ponurą i krwawą, lecz jedynie potencjalną. Tyle że Amyrlin śniła ów sen przynajmniej dwukrotnie. Nie, nie był to za każdym razem ten sam sen, nie dokładnie ten sam, choć jego wydźwięk stale pozostawał identyczny. Czy częstotliwość występowania tego snu zwiększała prawdopodobieństwo jego spełnienia się? Egwene musiałaby spytać o to Mądre, jej niechęć wobec takich działań rosła zaś coraz bardziej. Każdym pytaniem, które zadawała, ujawniała im wszak jakieś fakty, a ich dążenia nie zgadzały się z jej celami. Starając się zachować największe wartości Aielów, Mądre prawdopodobnie pozwoliłyby na całkowite zniszczenie Białej Wieży. Amyrlin natomiast musiała myśleć szerzej — nie tylko o jakimś jednym ludzie, nie tylko o jednym konkretnym narodzie.