Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Kiedy znalazła się w swoim wąskim łóżku, przykryta aż po szyję dwoma miękkimi wełnianymi kocami i wypełnioną gęsim puchem kołdrą, Chesa zabrała tacę z kolacją, lecz zatrzymała się jeszcze w progu namiotu.
— Chcesz, żebym wróciła, Matko? Na wypadek, gdybyś dostała jednego ze swoich ataków migreny... No cóż, ta kobieta znalazła sobie zapewne towarzystwo, w przeciwnym razie byłaby tu do tej pory. — Określenie „ta kobieta” wypowiedziała tonem otwartej pogardy. — Mogłabym zaparzyć jeszcze jeden dzbanek herbaty. Kupiłam ją od domokrążcy, który twierdził, nie ma lepszego lekarstwa na ból głowy. A także na bóle stawów i rozstrój żołądka.
— Rzeczywiście uważasz ją za latawicę, Cheso? — wymruczała Egwene. Pod pościelą było jej ciepło i poczuła się senna. Pragnęła zasnąć, ale nie tak od razu. I migreny, i bóle stawów, i rozstrój żołądka...? Nynaeve śmiałaby się z tego do rozpuku. Może jednak ból głowy Amyrlin przegoniły te wszystkie paplające Zasiadające. — Halima czasem flirtuje, nie podejrzewam wszakże, by posuwała się dalej. Na pewno nie wychodzi poza flirt.
Przez chwilę Chesa milczała, wydymając wargi.
— Ona mnie... niepokoi, Matko — odrzekła w końcu. — Jest w niej coś... po prostu niewłaściwego. Czuję to zawsze, ilekroć ona... Halima jest w pobliżu. Mam wrażenie, że wiecznie czai się za mną. Dziwnie się wtedy czuję, naprawdę dziwnie... Z czym to porównać? O, na przykład jakbym nagle zdała sobie sprawę, że mojej kąpieli przypatruje się mężczyzna albo... — Roześmiała się, lecz odgłos był niewesoły. — Nie wiem, w jaki sposób opisać ci moje emocje. Tak czy owak, nie czuję się przy Halimie dobrze.
Egwene westchnęła i dokładniej opatuliła się kołdrą.
— Dobranoc, Cheso. — Zgasiła lampę, przenosząc na moment Moc, i namiot pogrążył się w całkowitych ciemnościach. — Dzisiejszej nocy możesz spać we własnym łóżku.
Pomyślała bowiem, że gdyby Halima postanowiła jednak przyjść, mogłaby się zdenerwować, znajdując na swoim posłaniu inną kobietę. Czy rzeczywiście złamała rękę temu mężczyźnie?! Och, jeśli tak, bez wątpienia musiał ją jakoś sprowokować!
Amyrlin pragnęła tej nocy śnić, chciała jednak snów spokojnych, a w każdym razie takich, które zapamięta, gdyż jej sny rzadko były naprawdę przyjemne i niedenerwujące. Istniał też inny rodzaj snu, do którego zamierzała wejść. Potrafiła się do niego dostać i nie potrzebowała w tym celu używać jednego z ter’angreali, których Komnata tak pilnie strzegła. Najpierw jednak musiała się wprowadzić w lekki trans, co nie było trudniejsze niż sama decyzja, szczególnie gdy Egwene była tak zmęczona jak dziś i...
...Bezcieleśnie wpłynęła w nieskończoną czerń otoczoną bezgranicznym morzem świateł, przeogromnym wirem maleńkich punkcików, lśniących wyraźniej niż gwiazdy na bezchmurnym nocnym niebie i liczniejszych niż gwiazdy. Te punkciki były sennymi marzeniami wszystkich ludzi na świecie, ludzi śniących na wszystkich istniejących i wszystkich potencjalnych światach, światach tak obcych, że Amyrlin nie potrafiłaby nawet spróbować objąć ich umysłem. Były dla niej widoczne tutaj, w tej niewielkiej szczelinie między Tel’aran’rhiod i krainą jawy, w tej niekończącej się przestrzeni pomiędzy rzeczywistością i marzeniem. Niektóre z tych snów Egwene rozpoznała na pierwszy rzut oka. Wszystkie wyglądały tak samo, tym niemniej umiała je od siebie odróżnić, niczym twarze własnych sióstr. Inne natomiast omijała z daleka.
Sny Randa zawsze wydawały się osobliwie osłonięte i Amyrlin obawiała się, że gdyby usiłowała w nie chociaż zerknąć, mężczyzna natychmiast odkryłby jej ingerencję. Zresztą chroniąca je osłona i tak uniemożliwiała jej dostęp. Żałowała, że poprzez sen danej osoby nie potrafiła wskazać miejsca jej rzeczywistego pobytu. Nawet gdy dwa oznaczające sen świetliste punkty znajdowały się z pozoru obok siebie, śniących mogła dzielić odległość tysiąca mil. Dziewczynę przyciągały z kolei sny Gawyna, na szczęście przed nimi uciekła. W jego snach tkwiło jakieś niebezpieczeństwo, a jednak jakąś częścią siebie straszliwie chciała się w nich zatopić. Z kolei sny Nynaeve zaskoczyły ją. Znieruchomiała i zapragnęła obdarzyć tę głupią kobietę lękiem Światłości, wiedziała wszakże, iż Nynaeve zdoła jej przeszkodzić, nie zamierzała zaś topić w Tel’aran’rhiod ani siebie, ani jej. Tak postępowali jedynie Przeklęci. Tym niemniej odczuła pokusę i ją zapamiętała.
Poruszając się bez jakiegokolwiek rzeczywistego ruchu, szukała pewnego szczególnego śniącego. W każdym razie pragnęła znaleźć przynajmniej jedno z dwojga poszukiwanych śniących. Miała wrażenie, że światła wokół niej wirują, a następnie przemykają obok tak szybko, że rozmazują się w smugi, podczas gdy ona nieruchomo dryfuje w tym rozgwieżdżonym morzu. Żywiła nadzieję, że choćby jedna z dwóch osób, które tropiła, już śpi. Niech Światłość jej pomoże, pora była wszak wystarczająco późna. Niejasno świadoma swego ciała w świecie jawy, Amyrlin poczuła nagle, że ziewa, a następnie zgina pod kołdrą nogi w kolanach.
Później dostrzegła świetlisty punkt, którego wypatrywała, a on natychmiast rozrósł się na jej oczach, jakby niezwykle szybko się ku niej zbliżając i zwiększając swój kształt z gwiazdki na niebie, poprzez księżyc w pełni, aż do migoczącej ściany, która wypełniła pole widzenia Egwene, pulsując niczym coś żywego i oddychającego. Amyrlin, ma się rozumieć, nie dotknęła go. Jej dotknięcie mogłoby doprowadzić do rozmaitych komplikacji. Sięgnęła więc jedynie samą siłą woli przez cienką jak włos przestrzeń, która pozostała między nią i snem, po czym przemówiła ostrożnie, w obawie, czy jej głos nie przybierze postaci krzyku. Nie miała ciała, nie miała ust, a jednak przemówiła:
— Elayne, tu Egwene. Spotkajmy się w zwykłym miejscu.
Nie przypuszczała, by ktokolwiek mógł ją podsłuchać, nie bez jej wiedzy, lecz z drugiej strony nie widziała najmniejszego sensu w podejmowaniu niepotrzebnego ryzyka.
Światełko zamrugało. Elayne się obudziła. Na pewno jednak nie zapomni słów Amyrlin i będzie wiedziała, że nie stanowią po prostu części składowej jej snu.
Egwene przemieściła się... w bok. A może tylko dokończyła krok, który zatrzymała w połowie. Odnosiła wrażenie, że zrobiła... i jedno, i drugie. Tak czy inaczej, przemieściła się i...
...Stała w jakimś małym pomieszczeniu, pustym, wyjąwszy poprzecinany rysami drewniany stół i trzy krzesła o prostych oparciach. Dwa okna wychodziły na ciemną noc, tym niemniej pokój ożywiała niesamowita jasność — inna niż poświata księżycowa, światło lampy czy słoneczne. Amyrlin nie wiedziała, skąd ów blask pochodzi, tym niemniej był. I wystarczał dla wyraźnego dostrzeżenia szczegółów tego smutnego, pożałowania godnego, małego pomieszczenia. Zakurzone, drewniane panele ścienne podziurawione były przez korniki, przez rozbite szyby w oknach zaś wpadał śnieg, który osiadał na zaścielających podłogę stertach gałązek i martwych liści. W każdym razie czasami na podłodze leżał śnieg, a czasem gałązki i liście. Stół i krzesła pozostały na swoich miejscach, jednakże ilekroć dziewczyna odwróciła wzrok, a potem wróciła spojrzeniem, śnieg znikał, a gałązki i pobrązowiałe liście znajdowała w zupełnie innych punktach pomieszczenia, jak gdyby przesunął je podmuch wiatru; czasem nawet na jej oczach zmieniały swoje położenie, przelatując z jednego miejsca w inne. Nie dziwiło jej to wcale bardziej niż stale doświadczane uczucie, że przygląda jej się ktoś niewidoczny. Zresztą w Tel’aran’rhiod nic nie było prawdziwe — ani zdarzenia, ani emocje. Świat ten stanowił jedynie zmieszane z sobą odbicie rzeczywistości i snu.