Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Nakarm ich. Gdy będą jeść, opowiedz co i jak. Potem niech znajdą sobie broń. Gdy zejdziemy na dół, zostaną tu na straży.
— Rozkaz, panie poruczniku.
Dopiero w tej chwili do Altsina dotarło, że wszyscy na pokładzie są uzbrojeni. I cisi, spokojni, skoncentrowani jak przed bitwą. Niby byli żołnierzami, więc nie powinno go dziwić, że nosili hełmy, łuskowe zbroje, kolczugi, przeszywanice, szable, miecze i topory… Ale sposób, w jaki się poruszali, jak wymieniali spojrzenia albo co rusz sprawdzali broń i poprawiali pancerze… Na dodatek kilka tarcz nosiło ślady niedawnej walki, szramy i wgniecenia były świeże, świeciły jasnym drewnem. I co najmniej czterech strażników zostało rannych, krew na opatrunkach nie zdążyła jeszcze skrzepnąć.
Cholera… znów patrzył na świat, jakby urodził się w obozie wojskowym, a zamiast pieluchy używał starej kolczugi.
Bez wątpienia cały oddział bił się niedawno. I znów szykował się do walki. Zejdziemy na dół, powiedział oficer. Czyli gdzie? Znajdowali się na rufowym kasztelu, który bez wątpienia był najwyższym punktem okrętu… Zamierzali zejść na niższy pokład? Po co?
— Zazwyczaj jak ludzie widzą nas pierwszy raz, mówią, że wyglądamy jak banda zbójów.
Drgnął, zaskoczony. Nie zauważył, kiedy rudy porucznik do niego podszedł. A powinien, bo Meekhańczyk miał na sobie tyle żelaza, że wystarczyłoby na balast dla niewielkiego okrętu. Kolczuga, hełm, tarcza, pas z mieczem, sztylet… Zapowiedź przemocy wykuta w zimnym metalu wsparta była przez ten szczególny wyraz skupienia, który złodziej widział w oczach wszystkich żołnierzy.
— Na drugi i trzeci rzut oka wcale nie wyglądacie lepiej. — Altsin demonstracyjnie zmierzył oficera wzrokiem. — Szykujecie się na wojnę?
— Być może. Ale nie o tym chciałem zagadać. Przepraszam, że nie podszedłem od razu, i dziękuję za ocalenie moich ludzi.
— Nie ma za co. Jestem…
— Słyszałem. — Rudzielec uniósł dłoń. — Zanim cię wciągnęliśmy na górę, Gessen zdążył powiedzieć kilka słów o waszym spotkaniu. I o tobie. Więc jesteś czarownikiem z miasta na zachodnim wybrzeżu.
— Tak, to ja. A ty jesteś dowódcą bandy zbirów. — Altsin wskazał na kręcących się wokół żołnierzy.
— Zgadza się. — Oficer wyciągnął rękę. — Kenneth-lyw-Darawyt. Porucznik Szóstej Kompanii Szóstego Pułku Górskiej Straży z Belenden.
Uścisnęli sobie dłonie.
— Żołądź.
— Wiem. Gessen powiedział, że kazałeś się tak nazywać.
— Taki zwyczaj. W moich stronach jak parasz się magią, to nie zdradzasz swojego imienia.
— Dziwne. Ale nie dziwniejsze niż wiele rzeczy, o których słyszałem. Jakich aspektów używasz?
Altsin mógł rzucić dowolną nazwę. Miękki Piasek, Czarny Pył albo Pierdnięcie Muła. Aspektów były setki, niektórzy mówili nawet o tysiącach, i czasem nosiły one różne nazwy w różnych częściach świata. Więc nikt, może poza uczonymi spędzającymi całe życie w księgach, nie zdołałby zweryfikować, czy złodziej kłamie.
Zamiast tego wzruszył ramionami. Był zbyt zmęczony, by znów konfabulować coś na poczekaniu, a potem pamiętać, co nazmyślał.
— Tych i owych. Moja gildia nie zdradza swoich sekretów byle komu. — Złodziej cofnął się o krok i założył ręce na piersi.
Do cholery, czemu znów to robię? Póki tylko nosił duszę Bitewnej Pięści, nawiedzały go cudze emocje i wspomnienia, a czasami odkrywał, że patrzy na świat w inny sposób niż zwykły rzezimieszek, lecz potrafił to odróżnić od własnego, portowo-złodziejskiego ja. Ale teraz? Gdy objął duszę boga? No dobra, tylko jej fragment, ale za to jaki wredny. Już tego nie umiał. Robił lub mówił pewne rzeczy tak, jakby były częścią jego osoby od zawsze.
Co właściwie chciał osiągnąć, prowokując tego oficera?
Odpowiedź przyszła sama. Mógł… nie, musiał się przekonać, z kim ma do czynienia. Jak porucznik reaguje na zaczepki, jakie ma słabości, czy potrafi nad sobą zapanować…
Po co mu była ta wiedza?
Bo jakaś głęboko schowana część jego nowej, dzielonej z Bitewną Pięścią duszy odruchowo traktowała każdego, kto nosi broń, jak potencjalnego sojusznika lub wroga. A jednych i drugich trzeba dobrze poznać.
Delikatne skrzywienie warg było wszystkim, co zdołał uzyskać.
— Nie będę się z tobą kłócił, czarowniku. Nie mam na to czasu ani ochoty. Ocaliłeś moich ludzi, więc mam u ciebie dług, ale nie próbuj sprawdzać, jak wielki. Zacznijmy od rzeczy najważniejszych. Głodny?
Cholera, czy był głodny? Zjadłby pieczonego wołu, zagryzając workiem prażonego grochu z boczkiem.
— Odrobinę.
* * *
Dostał suszone mięso, suchary i, cóż za niespodzianka, garść suszonych owoców. Cholera, to były najlepsze rzeczy, jakie jadł w życiu. Gdy jeden z żołnierzy szturchnął go jeszcze w ramię manierką do połowy pełną wódki, Altsin gotów był umrzeć ze szczęścia.
— Pij. Ale z umiarem. Po takim poście gorzałka szybko uderza do głowy. — Strażnik wykrzywił wytatuowaną twarz w przyjaznym uśmiechu. — Varhenn Velergorf. Dziesiętnik. Mogę klapnąć obok?
Złodziej machnął ręką, zajęty próbą złapania tchu. Ależ to cholerstwo było mocne. I dobre. Kiedy znikło wrażenie, że ktoś zgasił mu pochodnię w gardle, pojawiał się delikatny posmak dymu i owoców. I ochota na kolejną porcję. Czemu nie?
— Ostrożnie mówię. Jak nie jadłeś od kilku dni, padniesz mi tu zaraz i będziesz chrapał. — Dziesiętnik odebrał mu manierkę w połowie łyku, potrząsnął i z wyraźnym uznaniem skinął głową. — No, no. Potrafisz nieźle golnąć. Gratulacje. Ale nawet mnie ta gorzała posyła do łóżka na całą noc, a ty, wybacz, nie wyglądasz na tęgą głowę.
Wokół nich wszczął się bardziej zorganizowany ruch, żołnierze przestali snuć się nerwowo, zebrali w grupy po czterech, pięciu ludzi. Ci, którzy mieli małe tarcze, zakładali je na ramiona, ciężkie zarzucano na plecy, część kuszników napinało i ładowało broń. Altsin nie słyszał przekazywanych półgłosem rozkazów, ale jedno było jasne. Zaraz coś zacznie się dziać.
— Idziecie na dół? — rzucił lekko, licząc, że podoficer coś chlapnie.
— Za kilka minut. — Góral podrapał się po siwej czuprynie, demonstrując pokryte zawiłymi rysunkami grzbiety dłoni. — Mamy kilka spraw do załatwienia.