Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
O Pani… Złodziej siedział na łodzi i patrzył na zbliżający się powoli ogrom. Jest dwa razy większy, niż się spodziewałem.
Do tej pory sądził, że gdy Gessen mówił o statku długim na pół mili, to przesadzał. Ale rufa, której zarys ukazał się we mgle, miała naprawdę sto pięćdziesiąt albo dwieście jardów szerokości! Gdyby Oum pojawił się tutaj w swojej pierwotnej postaci, wyglądałby jak karzełek.
Ty zdrzewiały sukinsynu, powinieneś mnie ostrzec. Co ja niby mam teraz zrobić?
Wcześniej zakładał, że okręt będzie wielkości Ouma i da się w taki czy inny sposób wdrapać na jego pokład. Ale to coś? Czarna, gładka i na dodatek pokryta warstewką zamarzniętej wody burta wyglądała na przeszkodę nie do pokonania. Nawet wspomnienia Bitewnej Pięści nie podpowiadały mu, jak do cholery ma wejść na górę?
Na ich oczach statek wykonał łagodny skręt, pokazując burtę, której początek znikał gdzieś we mgle, i zaczął się oddalać. Robi trzy węzły, pomyślał Altsin, nie więcej niż cztery. Dlaczego? Zmęczył się? Czeka na coś?
Obaj żołnierze sięgnęli po wiosła, a Gessen spojrzał na złodzieja z dzikim uśmiechem na ustach.
— Skup się, Żołądź. My będziemy wiosłować, ale ty musisz pilnować, żeby nas nie zmiażdżył przy skręcie. Podpłyniemy bliżej i zobaczymy, co się da zrobić.
Co się da zrobić? Te burty były wyższe niż mury zamku, do cholery. Gessen opowiadał, że statek płynął przechylony, a tu niespodzianka: teraz trzeba by mieć zasrane skrzydła, żeby dostać się na pokład.
Bez trudu zrównali się z czarnym kolosem, a nawet zaczęli go powoli wyprzedzać. Płynęli ledwo kilkadziesiąt jardów od burty, więc Altsin skupił całą uwagę na obserwowaniu statku. Jeśli skręci w ich stronę, będzie musiał użyć Mocy, by nie zatopiła ich fala wywołana przez taki manewr.
Nagle Jodła na chwilę przerwał wiosłowanie i włożył do ust metalowy gwizdek. Przenikliwy, raniący uszy świst rozdarł powietrze.
I tak płynęli, wiosłując i gwiżdżąc, dopóki burta kasztelu wznosząca się nad pokładem ogromnego statku nie obrodziła zdumionymi twarzami.
Rozdział 35
Wciągnęli ich na górę jednego po drugim, na samym końcu podnosząc nawet z morza aherską łódź, która na rzemiennych linach zawisła za burtą. Altsin znalazł się na pokładzie ostatni i rozglądał wokół, korzystając z chwili, gdy nikt na niego nie patrzył, bo większość strażników zajęta była poklepywaniem po plecach i poszturchiwaniem ocalonych przyjaciół.
Na rufie znajdowało się kilkudziesięciu ludzi. Większość stanowili mężczyźni, ale dostrzegł też dwie kobiety; jedną – ostrzyżoną jak mężczyzna – otaczały delikatne smugi Mocy. Nie rozpoznawał aspektu, ale nie wydawał mu się groźny. Druga, blondynka z długimi włosami, siedziała nieco z boku, obejmując dłońmi kolana i kołysząc się katatonicznie.
Przez chwilę zastanawiał się, dlaczego to właśnie ta kobieta mocniej przyciągała jego uwagę. Czarownica, nawet jeśli kiepska, stanowiła potencjalne zagrożenie, ale ta druga? W całej jej postaci, w sposobie, w jaki siedziała, nie było nic poza obłędnym przerażeniem.
I co ją właściwie tak wystraszyło?
Rozglądał się dalej. Stado około trzydziestu psów kłębiło się nerwowo wokół jasnowłosego strażnika. Zwierzęta były podenerwowane, kuliły między nogami ogony, skomliły. Żołnierz uspokajał je krótkimi komendami, wyciszał. Psia głowa była wyszyta na płaszczach noszonych przez niektórych strażników, co trochę tłumaczyło obecność zwierząt w oddziale. A te dwie czerwone szóstki obok niej zapewne były numerem kompanii, choć kompania powinna liczyć zdecydowanie więcej ludzi.
Coś po lewej stronie przyciągnęło jego uwagę. Jakby drgnienie Mocy w miejscu, gdzie dwóch żołnierzy stało nad kimś leżącym na noszach. Trzymali wartę z bronią w ręku.
Mieli chronić leżącego? Przed kim?
Altsin skupił się odrobinę… To był… cholera, ciało nieprzytomnego otaczała zbroja utkana z kłębiących się duchów. Jakby włożył na siebie kawałek koszmaru. Na dodatek coś na kształt długiej, grubej struny łączyło te dusze z odległym o sto kroków budynkiem, wyglądającym jak przysadzista rotunda.
Co tu się działo?
Każdy szczegół, który dostrzegał, rodził kolejne pytania.
Uwagę Altsina zwrócił nagły ruch. Gessen stał trzy kroki przed uzbrojonym po zęby mężczyzną z krótką, rudą brodą i meldował się, salutując pięścią do piersi. No tak, najpierw regulamin.
— Panie poruczniku, strażnicy Gessen i Jodła gotowi do służby.
Dowódca oddał honory i stanął w swobodniejszej pozycji, przekrzywiając lekko głowę. Złodziej przyjrzał mu się uważnie: młody, średniego wzrostu, z włosami o barwie jasnego brązu. Albo ciemnej miedzi. W tym mglistym świetle trudno to było jednoznacznie ocenić. Co nie wróżyło najlepiej, bo Altsin pamiętał nauki udzielane przez Ceetrona, który ciągle powtarzał: nigdy nie ufaj rudym, to zdradliwa banda.
Jego pierwsze pytanie było zaskakujące:
— Gdzie zgubiłeś sanie, żołnierzu?
— Utonęły.
— Psy?
— Też.
— Broń i zapasy?
— Poszły pod wodę, panie poruczniku.
— Gdybym płacił wam żołd, to potrąciłbym z niego za stracone rzeczy, Gessen.
— Rozumiem, panie poruczniku.
— Na twoje szczęście płaci cesarz. Umówmy się więc, że jak wy mu nic nie powiecie, to ja też nie. Zgoda?
— Tak jest, panie poruczniku!
— Spocznij. Ty Jodła też.
Nagle rudy oficer uśmiechnął się. Szczerze, szeroko i radośnie.
— Velergorf!
Z grupy żołnierzy wyłonił się wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna o twarzy pokrytej taką liczbą tatuaży, że wyglądała jak poobijana. Ciężki topór zatknął sobie za pas, a krótka kolczuga pobrzękiwała cicho przy każdym kroku.
— Jestem, panie poruczniku.