Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Myślałem, że fundy zostały zniesione…
— …w ramach reform po Trzeciej Łupieży — dokończył Lio. — Zgadza się. Pamiętasz, jak ZFS wyszykowali sobie Fundę Shufa? No to wyobraź sobie teraz koncent, w którym jest sto takich odnowionych fund, a każda większa i ładniejsza niż ta nasza. O kapitularzach nie wspominam.
— Już czuję się jak prowincjusz.
— Dopiero się poczujesz.
— Czyli każdy messalan ma własną…
Nie, takie szaleństwo nie mieściło mi się w głowie.
— Własną kuchnię, w której gotuje się tylko czternaście porcji naraz.
— Czternaście? Mówiłeś o siedmiu.
— Posługacze też muszą jeść.
— Kto to jest posługacz?
— My jesteśmy posługaczami! — Lio roześmiał się. — Kiedy cię wypuszczą, przydzielą cię do jakiegoś starszego fraa albo starszej suur. To będzie twój don, a ty zostaniesz jego posługaczem. Dwie godziny przed posiłkiem idziesz do fundy albo kapitularza, w którym twój don zamierza jeść, i w towarzystwie innych posługaczy przygotowujesz posiłek. Kiedy wieczorne dzwony wybijają porę kolacji, donowie zajmują miejsca przy stołach, a posługacze podają im jedzenie. W chwilach wolnych od przynoszenia i wynoszenia talerzy stoisz za krzesłem swojego dona, plecami do ściany.
— Wstrząsające. Podejrzewam, że się ze mnie nabijasz.
— Z początku sam nie mogłem w to uwierzyć — przyznał rozchichotany Lio. — Czułem się jak ostatni wsiok. Ale ten system ma swoje zalety: możesz posłuchać rozmów, do których inaczej nie zostałbyś dopuszczony. A z czasem sam zostajesz donem i dostajesz własnego posługacza.
— A jeśli twój don jest idiotą i co wieczór jesteś skazany na nudne pogaduchy w tym samym beznadziejnym towarzystwie? Nie możesz się przesiąść do innego stolika jak u nas, w Edharze!
— Nie zamieniłbym się z nimi — przyznał Lio. — Ale chwilowo nie ma to wielkiego znaczenia, bo wśród gości zaproszonych na konwoks przeważają interesujący ludzie.
— Kim jest twój don?
— Strażniczką małego matemu na szczycie drapacza chmur w wielkim mieście, które znalazło się w samym środku sekciarskiej świętej wojny.
— Ciekawe. Gdzie jest wasz messalan?
— Co wieczór jemy w innym. To dość niezwykłe.
— Ha… Ciekawe, co mnie się trafi.
— Właśnie dlatego powinieneś przejrzeć te książki. Jeśli będziesz nieprzygotowany, narazisz się donowi.
— Nieprzygotowany do czego? Do zawiązania mu serwetki?
— Powinieneś się orientować w sytuacji. Czasem oczekuje się od posługaczy, że będą brali udział w rozmowie.
— Cóż za zaszczyt!
— Owszem, to może być zaszczyt. Wszystko zależy od tego, kim jest twój don. Wyobraź sobie, że byłby nim Orolo.
— Rozumiem. Ale to niemożliwe.
— Jest jeszcze coś — powiedział Lio po chwili zastanowienia. — W Tredegarhu od prawie tysiąca lat nie odprawiano peanatemy.
— Jak to możliwe? Przecież ich jest tu dwadzieścia razy więcej niż nas w Edharze!
— Ogromna liczba fund i kapitularzy sprawia, że każdy dziwak i odludek znajdzie coś dla siebie. My nie dorastaliśmy w takich luksusach, bracie.
— No to nie traktuj mnie teraz jak dzieciaka.
— Nie zamierzam. Nie po to codziennie boksuję się z Dzwonecznikami.
To mi przypomniało, że narzekał na zmęczenie.
— Czekaj, zanim sobie pójdziesz… jedno pytanie.
— No?
— Dlaczego tu jesteśmy? Przecież w taki konwoks można walić jak w bęben.
— Można.
— No to czemu go nie rozwiążą?
— Ala opracowuje plan awaryjny na taką właśnie ewentualność, ale na razie nic konkretnego się nie dzieje. Może się boją, że wyglądałoby to jak prowokacja.
— Czyli jesteśmy…
— Zakładnikami! — oznajmił wesoło Lio. — Dobranoc, Ras.
— Dobranoc, Lio.
Mimo jego rady nie byłem w stanie przysiąść nad książkami. Miałem mętlik w głowie. Próbowałem kartkować beletrystykę (akcję w powieściach łatwiej śledzić), ale nie pojmowałem, dlaczego ktoś miał mi je wyznaczyć jako lekturę obowiązkową. W trzeciej z nich po mniej więcej dwudziestu stronach główny bohater przeskoczył przez portal do innego wszechświata. Dwie pozostałe również eksploatowały wątek wszechświatów równoległych, doszedłem więc do wniosku, że powinienem się skoncentrować na tym właśnie temacie i że pozostałe pozycje też o nim traktują. Nagle jednak moje ciało uznało, że pora spać, i ledwie zdążyłem doczłapać do łóżka, zanim padłem bez przytomności.
Obudziły mnie dzwony wygrywające dziwne zmiany i Tulia, która nieszczęśliwym głosem wołała mnie po imieniu. Wyobraziłem sobie, że wróciłem do Edhara, ale kiedy otworzyłem jedno oko — tylko odrobinkę — zobaczyłem, że nadal znajduję się w module mieszkalnym.
— Mój Boże!
Głos Tulii dobiegał z niepokojąco bliskiej odległości, a kiedy obudziłem się na dobre, zobaczyłem ją stojącą przy łóżku. Bez kombinezonu. Minę miała taką, jakby znalazła mnie leżącego na wznak w rynsztoku przed burdelem. Pomacałem szybciutko i z zadowoleniem stwierdziłem, że zawój okrywa większość mnie.
— O co chodzi? — wymamrotałem.
— Wstawaj! Natychmiast wstawaj! Dziś twoje przygarnięcie!
Zabrzmiało to poważnie, więc sturlałem się z łóżka i wybiegłem za Tulią na dwór. Ktoś odkleił śluzę od modułu i przebiegliśmy po resztkach plastiku. Tulia przeprowadziła mnie przez dziedziniec, pod łukiem, w stary matemowy korytarz zamknięty na drugim końcu żelazną kratą — w taki sposób oddzielało się u nas matemy. W kracie była furtka, którą podenerwowany fid otworzył przed nami, a potem zatrzasnął z łoskotem za naszymi plecami. Wybiegliśmy na długą, prostą alejkę poprowadzoną w podwójnym szpalerze ogromnych drzew arkuszowych.
Po tygodniach noszenia butów stopy mi się wydelikaciły i teraz drobiłem nieporadnie po kamieniach i korzeniach. Tulia wysforowała się do przodu. Arkuszowy las kończył się wysokim na ponad trzydzieści stóp murem, w którym przebito łukowate przejście. Tam Tulia przystanęła dla złapania tchu i zaczekała na mnie.
Kiedy się zbliżyłem, odwróciła się do mnie i rozłożyła ręce. Objąłem ją, podniosłem z ziemi i uściskałem z całej siły; oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Zachwyciła mnie: była jedyną znaną mi osobą, która na śmierć Orola zareagowała inaczej niż ogromnym smutkiem. Nie znaczy to, że w ogóle się nie smuciła — ale odniosłem wrażenie, że jest z niego dumna, podekscytowana tym, co zrobił, a także szczęśliwa, że ja przeżyłem i spotkałem dawnych przyjaciół.
Wybiegliśmy na łagodnie pofalowaną łąkę, upstrzoną kępami starych drzew i ciągnącą się całymi milami. Co kilkaset stóp wyrastały na niej kamienne budynki połączone siecią ścieżek — to musiały być fundy i kapitularze, o których wspominał Lio, ale największe wrażenie zrobił na mnie trawnik. W Edharze nie mogliśmy sobie pozwolić na takie marnotrawienie ziemi.
Dźwięk dzwonów minimalnie się przybliżył. Wybiegliśmy zza rogu wyjątkowo dużej budowli (jakiegoś kompleksu klasztorno-bibliotecznego) i naszym oczom wreszcie ukazało się Urwisko. Tulia pociągnęła mnie na prowadzącą prosto w jego kierunku aleję, szeroką i wysadzaną drzewami, skąd dostrzegłem przycupnięty u stóp klifu tum.
Urwisko powstało, kiedy granitowa kopuła o wysokości trzech tysięcy stóp odrzuciła swoją zachodnią połowę. Deklaranci uprzątnęli gruz i pobudowali z niego domy i mury. Wiedząc, że żadna wybudowana przez nich wieża zegarowa nie będzie mogła konkurować z Urwiskiem, zbudowali tum u stóp skalnej ściany, a następnie wgryźli się w nią, wykuli w granicie tunele, galerie i półki, rzeźbiąc Urwisko na kształt zegara (lub odwrotnie). Na przestrzeni tysiącleci dodawali nowe tarcze, coraz większe i coraz wyżej zawieszone. Wszystkie w dalszym ciągu pokazywały czas. I wszystkie zgodnie twierdziły, że jestem spóźniony.