Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Przygarnięcie! — wysapałem. — To będzie…
— Twoje oficjalne wprowadzenie na konwoks — wyjaśniła Tulia. — Każdy musi przez to przejść, to formalne zakończenie peregrynacji. Nasze przygarnięcie odbyło się kilka tygodni temu.
— Ale żeby zadawać sobie tyle trudu dla jednego marudera…
Parsknęła śmiechem, który jednak — na skutek długu tlenowego — nie trwał zbyt długo.
— Nie pochlebiaj sobie, Ras! Przygarnięcie odbywa się tu co tydzień. Setka pielgrzymów z ośmiu różnych matemów czeka w tej chwili na ciebie.
Dzwony umilkły. Zły znak! Przyspieszyliśmy i następne kilkaset jardów pokonaliśmy, nie rozmawiając.
— Myślałem, że wszyscy już dawno są na miejscu! — przyznałem po tej przerwie.
— Tylko ci z dużych koncentów. Nie masz pojęcia, skąd ludzie przyjeżdżają. Jest nawet kontyngent matarrhitów!
— Czyli jadę na jednym wózku z deolatrami?
Miałem wrażenie, że budynki znajdujące się najbliżej tumu są zarazem najstarsze: mijaliśmy kolejne kompleksy: klauzura, krużganek, dróżka, dziedziniec; za bramami i krzyczącymi matemowymi łukami migały mi kapitularze tak małe, skromne i nadżarte zębem czasu, że musiały chyba pochodzić z okresu Rekonstrukcji. Nowe wieże próbowały niebosiężnością i wspaniałością nadrobić dystans dzielący je od spatynowanych sąsiadów: wiekowych, sławnych, pełnych godności.
— Jeszcze jedno — odezwała się Tulia. — Byłabym zapomniała: bezpośrednio po przygarnięciu odbędzie się plenum.
— Arsibalt opowiadał mi o plenach… Zwołali plenum po powrocie Jesry’ego, prawda?
— Tak. Żałuję, że nie możemy dłużej porozmawiać, ale… Pamiętaj: wszystko jest teatrem.
— To brzmi jak ostrzeżenie!
— Kiedy w jednym miejscu zgromadzi się taką masę ludzi, nie ma mowy o prawdziwym dialogu. Rozmowy się nie kleją. Wszyscy uważają na słowa.
— Polityka?
— Naturalnie. Słuchaj… Nie próbuj ich przechytrzyć w politykowaniu.
— Ponieważ jestem skończonym durniem, jeśli chodzi o…
— Otóż to.
Przebiegliśmy jeszcze kawałek i Tulia przemyślała swoje słowa.
— Pamiętasz naszą rozmowę, Ras? Tę przed kwalifikiem?
— Postanowiłaś zająć się polityką, żebym ja mógł się nauczyć pi na pamięć.
— Mniej więcej — przytaknęła i okrasiła to wybuchem śmiechu, żeby nie psuć mi zabawy.
— Jak ci poszło?
— Po prostu mów prawdę. Nie próbuj nikogo zwieść. Nie masz do tego daru.
Połowę widzialnego wszechświata wypełniał szary granit. Biegliśmy po schodach, których racją bytu było podtrzymywanie następnych schodów, na których z kolei wspierały się dalsze poziomy, hierarchie i systemy schodów. W końcu jednak teren się wypłaszczył i stanęliśmy na wprost wejścia — tyle że nie tego właściwego. Pielgrzymi powinni wchodzić do koncentu od strony Bramy Dziennej, musieliśmy więc obiec ćwiartkę tumu i wpaść do środka przez najwspanialszą z bram, na którą najchętniej gapiłbym się pół godziny, gdyby Tulia nie złapała mnie za sznur jak za smycz i nie pociągnęła za sobą. Przez coś w rodzaju holu przebiegliśmy do nawy, tak ogromnej, że w pierwszej chwili pomyślałem, że znów znaleźliśmy się na dworze. W przejściu między ławkami, w trzech czwartych jego długości, zobaczyłem ogon procesji deklarantów, którzy, szurając nogami, zmierzali w stronę prezbiterium. Tulia zwolniła, dała mi klapsa w tyłek (słyszalnego chyba aż na szczycie Urwiska) i syknęła:
— Idź za tymi w przepaskach biodrowych! Rób to, co oni!
Co najmniej trzydzieści głów zwróciło się w naszą stronę: w ławkach siedziało trochę sekularów.
Dla złapania tchu zwolniłem do żwawego marszu i tak wymierzyłem tempo, żeby dołączyć do „tych w przepaskach biodrowych” w chwili, kiedy dotarli do ekranu na przodzie nawy. Przeszedłem za nimi przez drzwi w ekranie i znalazłem się w olbrzymim półkolistym prezbiterium w towarzystwie hierarchów, chóru, facetów w przepaskach na biodrach i kilku innych grup deklarantów.
Przygarnięcie było typowym przedstawicielem naszych matemowych rytów: na oficjalny program składały się skodyfikowane gesty, starożytne frazy oraz poruszanie pewnymi symbolicznymi przedmiotami w określony sposób, a wszystko to okraszone przerywnikami muzycznymi i przemowami ubranych na fioletowo hierarchów. Przeciętny sekular w najlepszym razie uznałby to za niedorzeczną błazenadę, w najgorszym zaś, za czarną magię w czystej postaci, ja jednak próbowałem poczuć nastrój chwili i postrzegać ryt jak na deklaranta przystało. Taki przecież był cel przygarnięcia: przyjąć z powrotem na łono koncentu pielgrzyma, który na pewien czas porzucił matemowe schematy rozumowania. Z tego też powodu odznaczało się większą pompą i przepychem niż codzienne ryty, takie jak certyfik. A może nie, może po prostu w Tredegarhu wszystko tak wyglądało. Tutejsi hierarchowie naprawdę umieli zrobić przedstawienie. Potrafili przykuć uwagę widzów w taki sam sposób, jak wielcy aktorzy na teatralnej scenie, mieli imponujące szaty i występowali w ogromnej liczbie: Prymasowi towarzyszyli nie tylko jego dwaj strażnicy, ale także zastępy innych hierarchów, i to nie tylko tych niższej rangi, ale także takich, którzy przyprowadzili swoje własne orszaki. Zdałem sobie sprawę, że mam przed sobą radę złożoną z Prymasów powołanych z różnych koncentów — prawdopodobnie po to, żeby przewodniczyć konwoksowi. A przynajmniej zadbać o jego matemową oprawę. Gdzieś po drugiej stronie ekranu musiał się przecież znajdować gabinet gryzipiórków, zajmujących w świecie sekularnym równie eksponowane stanowiska jak hierarchowie w matemowym.
Czułem się jak sparszywiały żebrak i cieszyłem się, że los wyznaczył mi miejsce u boku deklarantów, którym do ubrania wystarczały chusteczki do nosa. Kiedy jednak przyjrzałem im się uważniej, stwierdziłem, że „przepaski biodrowe” są w rzeczywistości zawojami, przetartymi i postrzępionymi do tego stopnia, że niewiele z nich zostało. Zwieszające się z nich luźne włókna poplątały się i poskręcały we frędzle, których mężczyźni (nie było wśród nich kobiet) użyli do obwiązania resztek zawojów wokół lędźwi. W Edharze tradycyjnie zostawialiśmy jeden koniec zawoju nieobrębiony, żeby swobodnie się strzępił, ale nawet kiedy grzebaliśmy najstarszych członków naszego zakonu, ich zawoje miały frędzle zaledwie kilkucalowej długości. Najwidoczniej w tym zakonie przechodziły ze starszych na młodszych deklarantów. Niektóre z pewnością liczyły sobie tysiące lat.
Jeden z półnagich fraa miał wydatny brzuszek, pozostali byli chudzi jak szczapy. Należeli do rasy zamieszkującej okolice równika. Mieli rozczochrane włosy i dzikie oczy, którymi wpatrywali się w przestrzeń nad podłogą prezbiterium, niczego nie widząc. Miałem wrażenie, że nie są przyzwyczajeni do przebywania pod dachem.
Członkowie sześciu pozostałych kontyngentów mieli na sobie pełnowymiarowe zawoje udrapowane według jakichś skomplikowanych reguł. Poza tym nic ich nie łączyło: nosili różne turbany, kapelusze, kaptury, obuwie, bieliznę, okrycia wierzchnie, nawet biżuterię. Wyglądało na to, że my, edharczycy, plasujemy się w deklaranckim spektrum bliżej jego uboższego krańca; chyba tylko Dzwonecznicy i goście w przepaskach byli większymi ascetami od nas.
Przebrnęliśmy przez pierwszą fazę pompatycznej ceremonii i Prymas wystąpił naprzód, żeby wygłosić parę słów wstępu. Słyszałem, jak w nawach za ekranami gapie sadowią się wygodnie i wzdychają. Spuściłem wzrok. Zobaczyłem swoje stopy, bose i brudne, szorstki szarobury zawój zawiązany najtoporniej jak się dało (pod hasłem „przepraszam, właśnie wstałem”), czerwone blizny i żółto-zielone sińce. Modelowy dzikus.