Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie, mamy buty i…
— Tym, którzy nie słyszą mojego loktora, donoszę uprzejmie, że z dumą objaśnił, iż edharczycy mają buty.
W końcu udało mi się wycelować mikrofon w usta.
— Tak — powiedziałem. — Mamy buty. I dobre maniery. — Odpowiedzią był pełny aprobaty pomruk tłumu. — Poza tym nadal jestem członkiem wspomnianego przez ciebie zakonu i kapituły i należy mi się tytuł fraa.
— Och, najmocniej przepraszam! Interesowałem się trochę twoimi przygodami i muszę ci powiedzieć, że dowiedziałem się czegoś wręcz przeciwnego. Podobno już w drugim dniu peregrynacji stałeś się dzikusem i długo błąkałeś się po świecie, zanim dotarłeś do miejsca zwanego Oritheną, którego mieszkańcy, o ile mi wiadomo, przygarniają prawie każdego.
— Zaznałem tam większej gościnności niż w niektórych innych miejscach.
Analizowałem słowa Lodoghira, szukając sposobu na przełamanie jego argumentacji i splantowanie go, ale on tylko przytoczył fakty. I doskonale o tym wiedział. Chciał mnie wciągnąć w łapanie za słówka, żeby potem zmiażdżyć mnie konkretnymi cytatami, które z pewnością miał w trzymanych w ręku papierach.
Na Kopcu Bly’a fraa Jaad obiecał mi, że kiedy dotrze do Tredegarha, wszystko załatwi. Miał dopilnować, żebym nie wpadł w tarapaty. Czyżby mu się nie udało?
Nie. Gdyby mu się nie udało, nie dopuściliby mnie nawet do przygarnięcia. Jaad dotrzymał słowa — tylko że po drodze narobił sobie wrogów. Którzy stali się także moimi wrogami.
— To wszystko prawda — przytaknąłem. — A jednak stoję tu przed wami.
Widząc, że pierwszy gambit się nie powiódł, fraa Lodoghir stracił na chwilę rezon, ale jak wytrawny fechmistrz miał już gotową ripostę.
— To dość niezwykłe jak na człowieka, który przechwala się dobrymi manierami. W tej pięknej nawie zgromadziły się tysiące deklarantów; każdy z nich przybył do Tredegarha prosto z ojczystego matemu, gdy tylko został wezwany. Tylko jeden człowiek postanowił po drodze zostać dzikusem i związać się z obcym towarzystwem, z organizacją niebędącą częścią świata matemowego: z kultem Oritheny. Co popchnęło cię do tak samobójczej decyzji? A może nie co, lecz kto?
W mojej głowie zaszło coś dziwnego. Fraa Lodoghir zaatakował podstępnie. Był mistrzem szermierki słownej i miał gotowe odpowiedzi na każdą linię obrony, jaką mogłem obrać. Moją pierwszą — całkowicie naturalną — reakcją było zdenerwowanie, ale Lodoghir bezwiednie popełnił poważny błąd taktyczny. Nadając tak wielką rangę mojej samowolnej i „samobójczej” pielgrzymce, przypomniał mi Mahsht i podstępny atak, którego tam padłem ofiarą. Po tamtym przerażającym doświadczeniu żadne słowa Lodoghira nie mogły mi się wydać straszniejsze. Ba, jego wysiłki nagle wydały mi się wręcz zabawne. Uspokoiłem się i w przebłysku intuicji zrozumiałem, że w swoim ostatnim pytaniu mimowolnie odkrył karty. Chciał, żebym całą winą obarczył fraa Jaada. Wydaj nam tysięcznika, mówił, a wszystko zostanie ci wybaczone.
Nie dalej niż przed godziną Tulia doradzała mi, żebym nie wdawał się w politykę, tylko po prostu mówił prawdę. Teraz jednak wyrachowanie i upór sprawiły, że nie miałem najmniejszej ochoty dać Lodoghirowi tego, na czym mu zależało.
Przypomniałem sobie dramat w Mahshcie i decydującą interwencję Dzwoneczników: obserwowali rozwój sytuacji, aż w pewnym momencie uznali, że „nadeszła chwila ujawnienia”. Nie przeszedłem takiego szkolenia jak oni, ale umiałem rozpoznać ujawnienie.
— Zrobiłem to z własnej woli — powiedziałem. — I jestem gotowy ponieść konsekwencje swojej decyzji. Spodziewałem się, że jedną z nich może być peanatema, i z tą świadomością trafiłem do Oritheny. Doszedłem do wniosku, że nawet po odrzuceniu jest dla mnie szansa na kontynuację matemowego życia. To, że przyjęliście mnie w Tredegarhu i dopuściliście do przygarnięcia, zaskoczyło mnie, ale było też wielkim zaszczytem.
Konwoks stał się dla mnie równie niesłyszalny, jak już wcześniej był niewidzialny. Tylko mój loktor i ja unosiliśmy się w przestrzeni na skrawku płaszczyzny.
Fraa Lodoghir darował sobie polowanie na Jaada i postanowił się skoncentrować na celach drugorzędnych.
— Doprawdy, nie rozumiem twojego sposobu myślenia! Twierdzisz, że chciałeś żyć jak w matemie? Przecież już wcześniej tak żyłeś, prawda? — Odwrócił się do tłumu w nawie. — Może po prostu chciał się przeprowadzić w jakieś cieplejsze okolice!
Żart wywołał śmiechy, ale za reflektorami wyczułem także oburzenie.
— Fraa Lodoghir nie szanuje naszego czasu! — zawołał ktoś. — Mieliśmy dyskutować o Nawiedzeniu!
— Mój loktor prosił mnie, abym tytułował go „fraa”, do czego rzekomo ma prawo — odparł Lodoghir. — Ponieważ tak poważnie traktuje tę sprawę, staram się po prostu ustalić fakty.
— Wobec tego cieszę się, że mogłem ci w tym pomóc — wtrąciłem. — Co chciałbyś wiedzieć o Nawiedzeniu?
— Wszyscy widzieliśmy szpil nagrany przez twojego współpracownika, itę. Dlatego wydaje mi się, że najsensowniej byłoby, gdybyś zrelacjonował nam te wydarzenia, które na szpilu się nie znalazły. Co działo się w tych rzadkich chwilach, kiedy udawało ci się oderwać od twojego serdecznego druha ze szpilołapem?
Podsunął mi tyle wątków, przeciw którym chciałem zaprotestować, że musiałem dokonać wyboru — i chwilowo odpuściłem sobie prowokację związaną z itą. Mogłem jednak przynajmniej nadać mu imię.
— Sammann przybiegł i zaczął rejestrować obrazy kilka chwil po wylądowaniu sondy — wyjaśniłem. — Widziałem to, co on.
— Nie tak prędko! — powstrzymał mnie fraa Lodoghir protekcjonalnym, wyrozumiałym tonem. — Nie zaczyna się od środka.
— W porządku. Jak daleko w przeszłość powinienem się twoim zdaniem cofnąć, żeby to miało sens?
— Fascynują mnie ryty i obyczaje kultu Oritheny, ale moim zdaniem powinniśmy ograniczyć się do samego Nawiedzenia. Zacznij może od momentu, w którym uświadomiłeś sobie, że dzieje się coś nadzwyczajnego.
— Z początku kapsuła przypominała meteor, którego upadek byłby zjawiskiem niecodziennym, ale wcale nie nadzwyczajnym. Nie spaliła się od razu w atmosferze, po czym poznałem, że musi być całkiem spora. Nie bardzo potrafiłem określić jej trajektorię, dopóki nie dotarło do mnie, że leci prosto na nas. Nie potrafię powiedzieć, w którym momencie przyszło mi do głowy, że nie jest to obiekt pochodzenia naturalnego. Zaczęliśmy biec w dół zbocza, kiedy otworzył się spadochron.
— Mówiąc „my”, jak liczną grupę masz na myśli?
Nie czekając, aż fraa Lodoghir wyciągnie to ze mnie, odparłem:
— Dwie osoby: Orola i siebie.
— Saunt Orolo! Tak, tak, o nim też słyszeliśmy. Dużo go jest na szpilu, jednakże do tej pory nie wiedzieliśmy, skąd się tam wziął. Pierwszy zbiegł na dno dziury, nieprawdaż?
— Jeżeli, mówiąc „dziura”, masz na myśli teren wykopalisk przy Orithenie, to tak.
— Ale ona znajduje się przecież u stóp wulkanu! — wykrzyknął takim tonem, jakby oskarżał mnie o niewyobrażalną wręcz tępotę.
— Zdaję sobie z tego sprawę.
— Przed chwilą zaś słyszeliśmy, że zbiegaliście z Orolem z wulkanu, kiedy sonda lądowała w dziurze na spadochronie.
— Zgadza się.
— A co z pozostałymi? Czyżby do tego stopnia pochłaniała ich kontemplacja Hylaejskiego Świata Teorycznego, że nie zauważyli lądującego im w środku obozowiska statku obcych?
— Zostali na górze, na skraju wykopu. Orolo sam zbiegł na dół.
— Sam?!
— To znaczy… ja pobiegłem za nim.