Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 163 164 165 166 167 168 169 170 171 ... 253
Перейти на страницу:

— Nie, mamy buty i…

— Tym, którzy nie słyszą mojego loktora, donoszę uprzejmie, że z dumą objaśnił, iż edharczycy mają buty.

W końcu udało mi się wycelować mikrofon w usta.

— Tak — powiedziałem. — Mamy buty. I dobre maniery. — Odpowiedzią był pełny aprobaty pomruk tłumu. — Poza tym nadal jestem członkiem wspomnianego przez ciebie zakonu i kapituły i należy mi się tytuł fraa.

— Och, najmocniej przepraszam! Interesowałem się trochę twoimi przygodami i muszę ci powiedzieć, że dowiedziałem się czegoś wręcz przeciwnego. Podobno już w drugim dniu peregrynacji stałeś się dzikusem i długo błąkałeś się po świecie, zanim dotarłeś do miejsca zwanego Oritheną, którego mieszkańcy, o ile mi wiadomo, przygarniają prawie każdego.

— Zaznałem tam większej gościnności niż w niektórych innych miejscach.

Analizowałem słowa Lodoghira, szukając sposobu na przełamanie jego argumentacji i splantowanie go, ale on tylko przytoczył fakty. I doskonale o tym wiedział. Chciał mnie wciągnąć w łapanie za słówka, żeby potem zmiażdżyć mnie konkretnymi cytatami, które z pewnością miał w trzymanych w ręku papierach.

Na Kopcu Bly’a fraa Jaad obiecał mi, że kiedy dotrze do Tredegarha, wszystko załatwi. Miał dopilnować, żebym nie wpadł w tarapaty. Czyżby mu się nie udało?

Nie. Gdyby mu się nie udało, nie dopuściliby mnie nawet do przygarnięcia. Jaad dotrzymał słowa — tylko że po drodze narobił sobie wrogów. Którzy stali się także moimi wrogami.

— To wszystko prawda — przytaknąłem. — A jednak stoję tu przed wami.

Widząc, że pierwszy gambit się nie powiódł, fraa Lodoghir stracił na chwilę rezon, ale jak wytrawny fechmistrz miał już gotową ripostę.

— To dość niezwykłe jak na człowieka, który przechwala się dobrymi manierami. W tej pięknej nawie zgromadziły się tysiące deklarantów; każdy z nich przybył do Tredegarha prosto z ojczystego matemu, gdy tylko został wezwany. Tylko jeden człowiek postanowił po drodze zostać dzikusem i związać się z obcym towarzystwem, z organizacją niebędącą częścią świata matemowego: z kultem Oritheny. Co popchnęło cię do tak samobójczej decyzji? A może nie co, lecz kto?

W mojej głowie zaszło coś dziwnego. Fraa Lodoghir zaatakował podstępnie. Był mistrzem szermierki słownej i miał gotowe odpowiedzi na każdą linię obrony, jaką mogłem obrać. Moją pierwszą — całkowicie naturalną — reakcją było zdenerwowanie, ale Lodoghir bezwiednie popełnił poważny błąd taktyczny. Nadając tak wielką rangę mojej samowolnej i „samobójczej” pielgrzymce, przypomniał mi Mahsht i podstępny atak, którego tam padłem ofiarą. Po tamtym przerażającym doświadczeniu żadne słowa Lodoghira nie mogły mi się wydać straszniejsze. Ba, jego wysiłki nagle wydały mi się wręcz zabawne. Uspokoiłem się i w przebłysku intuicji zrozumiałem, że w swoim ostatnim pytaniu mimowolnie odkrył karty. Chciał, żebym całą winą obarczył fraa Jaada. Wydaj nam tysięcznika, mówił, a wszystko zostanie ci wybaczone.

Nie dalej niż przed godziną Tulia doradzała mi, żebym nie wdawał się w politykę, tylko po prostu mówił prawdę. Teraz jednak wyrachowanie i upór sprawiły, że nie miałem najmniejszej ochoty dać Lodoghirowi tego, na czym mu zależało.

Przypomniałem sobie dramat w Mahshcie i decydującą interwencję Dzwoneczników: obserwowali rozwój sytuacji, aż w pewnym momencie uznali, że „nadeszła chwila ujawnienia”. Nie przeszedłem takiego szkolenia jak oni, ale umiałem rozpoznać ujawnienie.

— Zrobiłem to z własnej woli — powiedziałem. — I jestem gotowy ponieść konsekwencje swojej decyzji. Spodziewałem się, że jedną z nich może być peanatema, i z tą świadomością trafiłem do Oritheny. Doszedłem do wniosku, że nawet po odrzuceniu jest dla mnie szansa na kontynuację matemowego życia. To, że przyjęliście mnie w Tredegarhu i dopuściliście do przygarnięcia, zaskoczyło mnie, ale było też wielkim zaszczytem.

Konwoks stał się dla mnie równie niesłyszalny, jak już wcześniej był niewidzialny. Tylko mój loktor i ja unosiliśmy się w przestrzeni na skrawku płaszczyzny.

Fraa Lodoghir darował sobie polowanie na Jaada i postanowił się skoncentrować na celach drugorzędnych.

— Doprawdy, nie rozumiem twojego sposobu myślenia! Twierdzisz, że chciałeś żyć jak w matemie? Przecież już wcześniej tak żyłeś, prawda? — Odwrócił się do tłumu w nawie. — Może po prostu chciał się przeprowadzić w jakieś cieplejsze okolice!

Żart wywołał śmiechy, ale za reflektorami wyczułem także oburzenie.

— Fraa Lodoghir nie szanuje naszego czasu! — zawołał ktoś. — Mieliśmy dyskutować o Nawiedzeniu!

— Mój loktor prosił mnie, abym tytułował go „fraa”, do czego rzekomo ma prawo — odparł Lodoghir. — Ponieważ tak poważnie traktuje tę sprawę, staram się po prostu ustalić fakty.

— Wobec tego cieszę się, że mogłem ci w tym pomóc — wtrąciłem. — Co chciałbyś wiedzieć o Nawiedzeniu?

— Wszyscy widzieliśmy szpil nagrany przez twojego współpracownika, itę. Dlatego wydaje mi się, że najsensowniej byłoby, gdybyś zrelacjonował nam te wydarzenia, które na szpilu się nie znalazły. Co działo się w tych rzadkich chwilach, kiedy udawało ci się oderwać od twojego serdecznego druha ze szpilołapem?

Podsunął mi tyle wątków, przeciw którym chciałem zaprotestować, że musiałem dokonać wyboru — i chwilowo odpuściłem sobie prowokację związaną z itą. Mogłem jednak przynajmniej nadać mu imię.

— Sammann przybiegł i zaczął rejestrować obrazy kilka chwil po wylądowaniu sondy — wyjaśniłem. — Widziałem to, co on.

— Nie tak prędko! — powstrzymał mnie fraa Lodoghir protekcjonalnym, wyrozumiałym tonem. — Nie zaczyna się od środka.

— W porządku. Jak daleko w przeszłość powinienem się twoim zdaniem cofnąć, żeby to miało sens?

— Fascynują mnie ryty i obyczaje kultu Oritheny, ale moim zdaniem powinniśmy ograniczyć się do samego Nawiedzenia. Zacznij może od momentu, w którym uświadomiłeś sobie, że dzieje się coś nadzwyczajnego.

— Z początku kapsuła przypominała meteor, którego upadek byłby zjawiskiem niecodziennym, ale wcale nie nadzwyczajnym. Nie spaliła się od razu w atmosferze, po czym poznałem, że musi być całkiem spora. Nie bardzo potrafiłem określić jej trajektorię, dopóki nie dotarło do mnie, że leci prosto na nas. Nie potrafię powiedzieć, w którym momencie przyszło mi do głowy, że nie jest to obiekt pochodzenia naturalnego. Zaczęliśmy biec w dół zbocza, kiedy otworzył się spadochron.

— Mówiąc „my”, jak liczną grupę masz na myśli?

Nie czekając, aż fraa Lodoghir wyciągnie to ze mnie, odparłem:

— Dwie osoby: Orola i siebie.

— Saunt Orolo! Tak, tak, o nim też słyszeliśmy. Dużo go jest na szpilu, jednakże do tej pory nie wiedzieliśmy, skąd się tam wziął. Pierwszy zbiegł na dno dziury, nieprawdaż?

— Jeżeli, mówiąc „dziura”, masz na myśli teren wykopalisk przy Orithenie, to tak.

— Ale ona znajduje się przecież u stóp wulkanu! — wykrzyknął takim tonem, jakby oskarżał mnie o niewyobrażalną wręcz tępotę.

— Zdaję sobie z tego sprawę.

— Przed chwilą zaś słyszeliśmy, że zbiegaliście z Orolem z wulkanu, kiedy sonda lądowała w dziurze na spadochronie.

— Zgadza się.

— A co z pozostałymi? Czyżby do tego stopnia pochłaniała ich kontemplacja Hylaejskiego Świata Teorycznego, że nie zauważyli lądującego im w środku obozowiska statku obcych?

— Zostali na górze, na skraju wykopu. Orolo sam zbiegł na dół.

— Sam?!

— To znaczy… ja pobiegłem za nim.

1 ... 163 164 165 166 167 168 169 170 171 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)