Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 158 159 160 161 162 163 164 165 166 ... 253
Перейти на страницу:

— Różnice między czwórką, piątką i szóstką nie są chyba w tej chwili najważniejsze — odezwała się w końcu Maroa, zbywając w ten sposób moje pytanie. Spojrzała na mnie. — Chciałam się dowiedzieć, jak oni pachną.

— Poważnie?

— Poważnie. Miałeś w rękach ten ich spadochron, prawda?

— Tak.

— Gdybyś wziął do ręki wojskowy spadochron z Arbre, mógłbyś go powąchać. I pewnie pachniałby pleśnią, bo długo leżał zwinięty w worku.

— Że też wtedy o tym nie pomyślałem!

— Nic się nie stało. — Suur Maroa była rasowym teorem i przywykła do napotykania trudności. — Miałeś inne sprawy na głowie. Nawiasem mówiąc, dziarsko się spisaliście.

— Dzięki.

— Kiedy ta spokojna dziewczyna…

— Cord.

— No właśnie. Kiedy otworzyła zawór i ciśnienie się wyrównało, powietrze zostało…

— Zassane do kapsuły.

— Czyli zapach ich atmosfery mogliście poczuć dopiero po tym, jak zmieszała się z naszą.

— Zgadza się.

— Szlag by to trafił.

— Może powinniśmy byli poczekać… — zasugerowałem.

Spojrzała na mnie z ukosa.

— Nie radzę ci głośno wygadywać takich rzeczy!

Zamurowało mnie. Suur Maroa zmitygowała się i zniżyła głos:

— Tredegarh to stolica przemądrzalców. Wszyscy wam zazdroszczą, żałują, że nie byli na Ecbie zamiast was i gromady świrów z Dynastii. Uważają, że lepiej by się zachowali.

— Ja ich rozumiem. Ale my musieliśmy się spieszyć, bo wiedzieliśmy, że zaraz przylecą żołnierze i całkiem spieprzą sprawę.

— Pewnie masz rację. Wróćmy jeszcze do wrażeń zapachowych: pamiętasz jakąś szczególną woń? Jakąkolwiek?

— Ależ tak! Nawet o tym rozmawialiśmy!

— Na szpilu nic o tym nie ma.

— Bo Sammanna jeszcze wtedy z nami nie było. Sonda dopiero co wylądowała i Orolo wąchał spaliny. Był ciekawy, czy Geometrzy używają toksycznego paliwa…

— Słusznie — wtrąciła. — Niektóre składniki bywają naprawdę paskudne.

— Nic nie poczuliśmy i uznaliśmy, że to zwykła para wodna. Tlen i wodór.

— To na razie niewiele mi powiedziałeś…

— Później, w kapsule… Tam coś pachniało. Domyśliłem się, że ma to jakiś związek z ciałem, i uznałem, że to jakiś płyn fizjologiczny.

— Domyśliłeś się? — spytała suur Maroa, przemyślawszy sobie moje słowa. — Nie rozpoznałeś zapachu?

— Był dla mnie zupełnie nowy.

— To znaczy, że organiczne cząsteczki nowomaterii Geometrów są jednak w stanie oddziaływać na nasz zmysł węchu. Bardzo ciekawe spostrzeżenie. Teorowie dopytują się, jak to możliwe. Niektóre z tych reakcji mają charakter kwantowy.

— Nasze nosy są detektorami kwantowymi?

— Oczywiście! — Na twarzy Maroi odmalował się taki entuzjazm, że prawie się uśmiechnęła. — Chociaż to mało znany fakt. — Nałożyła hełm. — Bardzo nam pomogłeś. Pobierzemy próbkę ciała i w laboratorium sprawdzimy reakcję tkanki węchowej. — Spojrzała na mnie promiennie. — Dziękuję!

Dopełniając absurdalnego rytuału pożegnalnego, nałożyła rękawice i spuściła osłonę hełmu. Zrobiło mi się przykro, kiedy jej twarz zniknęła mi z oczu.

— Zaczekaj! — zawołałem. — Jak to w ogóle jest możliwe? Jakim cudem Geometrzy są do nas tacy podobni, skoro są zbudowani z zupełnie innej materii?

— Musiałbyś zapytać kosmografa. Ja się specjalizuję w łapaniu robactwa i rozbieraniu go na czynniki pierwsze.

— To kim ja w takim razie jestem? — spytałem.

Maroa była tak pochłonięta uszczelnianiem hełmu, że nie załapała żartu. Wyszła do śluzy, którą wybudowali mi przed domem. Drzwi się zamknęły, zamek szczęknął, rolka taśmy znów zaczęła wydawać nieprzyzwoite odgłosy.

Ściemniło się, a mnie cały czas dręczyła ta sprzeczność: Geometrzy byli do nas tacy podobni, a zarazem zbudowani z materii tak bardzo odmiennej od naszej, że suur Maroa dopuszczała możliwość, że nie będziemy w stanie nawet poczuć ich zapachu! Niektórzy goście na konwoksie obawiali się obcych zarazków — ale nie ona.

Moje uwięzienie było wynikiem sporów prowadzonych w odległych o kilkaset jardów kredowniach. Powinienem był uważniej słuchać wyjaśnień Jesry’ego na temat funkcjonowania konwoksu.

Lio przyszedł późnym wieczorem. Zza okna dobiegło pohukiwanie nieistniejącego ptaka: sygnał, którym posługiwaliśmy się jeszcze w Edharze, kiedy wymykaliśmy się gdzieś po capstrzyku.

— Nie widzę cię — powiedziałem.

— Nic nie tracisz. Jestem cały posiniaczony.

— Ćwiczysz z Dzwonecznikami?

— To by było bezpieczne. Nie, ćwiczę z ludźmi, którzy są równie nieporadni jak ja. A ci z Doliny Dzwoneczków patrzą i się śmieją.

— Mam nadzieję, że nie pozostajesz dłużny tym, którzy cię tak obijają.

— To by było nawet całkiem przyjemne — zgodził się Lio. — Tylko że w ten sposób nie zabłysnę przed moimi nauczycielami.

Dziwnie się czułem, rozmawiając z kawałkiem poliplastu, wyłączyłem więc światło i obaj siedzieliśmy w ciemnościach. Długo. Myśleliśmy — ale nie mówiliśmy — o Orolu.

— Dlaczego uczą cię walczyć? — zapytałem. — Myślałem, że nie dzielą się wiedzą z byle kim.

— Zadałeś bardzo interesujące pytanie, Ras — wychrypiał Lio. Głos mu się zrobił bardzo chrapliwy. — Jeszcze nie znam na nie odpowiedzi, dopiero klarują mi się pewne pomysły.

— Posłuchaj: mój zegar biologiczny zwariował, do rana nie zmrużę oka, książki, które mi zostawili, nie nadają się do czytania, a moja dziewczyna uciekła z Jesrym. Dlatego bardzo chętnie posiedzę tu z tobą i posłucham twoich pomysłów.

— Co to za książki?

— Groch z kapustą.

— Wątpię. Na pewno coś je łączy. A ty powinieneś je przejrzeć przed pierwszym messalem.

— Jesry też użył tego słowa. Próbowałem je zdekonstruować, ale…

— Pochodzi od protorthyjskiego zdrobnienia słowa oznaczającego płaską powierzchnię, na której podawano jedzenie…

— Czyli „stolik”?

— Raczej „kolacyjka”. W Tredegarhu to chyba ważny element tradycji. Tu jest inaczej niż w Edharze, Ras. Pamiętasz, jak się u nas jada: wszyscy razem w refektarzu, każdy bierze swoją porcję, siada, gdzie chce… Mają tu na to specjalne określenie i nie jest ono szczególnie pochlebne. W Tredegarhu powiedzieliby, że taki chaos jest przejawem wstecznictwa i kultywuje się go tylko wśród fidów i w nielicznych zakonach zdziwaczałych ascetów. Bo tutaj wszystko kręci się wokół messali. Największa dopuszczalna liczba uczestników wynosi siedem: uważa się, że jest to sensowne maksimum, przy którym wszyscy wszystkich słyszą i nikt nie wdaje się w dygresje na boku.

— Czy to znaczy, że mają tu gdzieś jadalnię z mnóstwem siedmioosobowych stołów?

— Nie. Panowałby tam zbyt wielki zgiełk. Messale odbywają się w małych, dyskretnych pomieszczeniach, tak zwanych messalanach.

— Rozumiem. W refektarzu jest kuchnia, którą otacza pierścień tych… messalanów, tak?

Lio parsknął śmiechem. Śmiał się z mojej naiwności, ale nie złośliwie: przed paroma tygodniami był przecież takim samym ignorantem jak ja teraz.

— Ras… Nie wyobrażasz sobie, jakie tu panuje bogactwo. Nie mają refektarza, nie mają nawet wspólnej kuchni. Wszędzie tylko fundy i kapitularze.

1 ... 158 159 160 161 162 163 164 165 166 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)