Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Jedna z grup pielgrzymów — najliczniejsza i najlepiej ubrana — odśpiewała swój numer. Mieli mocne głosy: sześciogłosowa polifonia nie sprawiła im najmniejszego problemu. Piękny gest, pomyślałem. Drugi kontyngent odklepał jednogłosową pieśń obfitującą w tony i harmonie, jakich w życiu nie słyszałem. Następny zespół sięgał właśnie po trzymane za pazuchą karteczki, kiedy doznałem olśnienia i poczułem się tak, jakbym śnił wyjątkowo sadystyczny koszmar: znalazłem się w potrzasku. Wszyscy musieli coś zaśpiewać! Każda grupa! A ja byłem sam sobie grupą! I wiedziałem, że się nie wyłgam. Na konwoksie nikt nie uzna moich wygłupów za słodkie i zabawne.
Nie będzie aż tak źle, próbowałem siebie przekonać. Nikt tu nie ma wygórowanych oczekiwań, ja ze śpiewaniem radzę sobie całkiem nieźle… Gdyby ktoś podsunął mi przed oczy jakiś kawałek i kazał śpiewać, dałbym radę. Najtrudniej jednak było zdecydować, co zaśpiewam. Inni — co oczywiste — podjęli decyzje już dawno temu: wybrali pieśni mówiące coś o nich, o ich koncentach, o tradycji muzycznej, którą upamiętniali najcenniejsze idee. Dziedzictwo muzyczne Saunta Edhara mogło się równać z najlepszymi, pod tym względem nie miałem się czego obawiać. Kłopot w tym, że całkiem spory kontyngent z Edhara miał już swoje przygarnięcie w Tredegarhu. Arsibalt i Tulia wzięli pewnie sprawy w swoje ręce i zorganizowali taki występ, oparty na wprawiającym świat w drżenie burdonie fraa Jaada, że cały konwoks po dziś dzień rozprawiał o tym przy messalu. Co mi pozostało? Harmonia i polifonia odpadały. Nie byłem aż takim mistrzem śpiewu, żeby samą techniką powalić słuchaczy na kolana. Najlepiej wybrać coś prostego, nie przesadzić, nie wyjść na durnia. Niewielu solistów jest na tyle dobrych, żeby ludzie chcieli słuchać ich samych dłużej niż przez minutę czy dwie. Musiałem po prostu odbębnić swoje, okazać szacunek, a potem zamknąć się i wrócić na miejsce.
Nie chciałem jednak odśpiewywać pierwszego lepszego kawałka (chociaż byłoby to łatwe i w zupełności wystarczające), ponieważ — dobrze wiem, jak niedorzecznie to zabrzmi — zależało mi na tym, żeby poruszyć Alę. W jednym Jesry miał rację: nie zobaczę jej, dopóki nie dokona wyboru. Wiedziałem jednak, że jest gdzieś w tumie i że nie będzie miała innego wyjścia, jak wysłuchać tego, co postanowię zaśpiewać. Jakaś stara pieśń, której razem uczyliśmy się w Edharze, mogłaby obudzić w niej nostalgiczne wspomnienia, ale nie byłaby niczym nadzwyczajnym. Jesry poleciał w kosmos.
A ja przeżyłem swoje własne przygody, wiele się nauczyłem, nabyłem cech, o których Ala nie miała pojęcia — na razie. Czy mogłem to jakoś wyrazić w muzyce?
Być może. Oritheńczycy wypracowali śpiewany system rachunkowy w ewidentny sposób wyrastający z tradycji edharskiej i przez to rozpoznawalny dla każdego edharczyka. Pozwalał dokonywać obliczeń i manipulować informacją poprzez permutację danego zbioru nut i tworzenie z nich nowych melodii. Permutacji dokonywało się na bieżąco, podczas śpiewu, zgodnie z regułami wyprowadzonymi z formalizmu automatów komórkowych. Muzykę tę wymyślili deklaranci w okresie reform po Drugiej Łupieży, kiedy to nagle zostali pozbawieni dostępu do komputerów. W niektórych koncentach tradycja umarła śmiercią naturalną, w innych zmutowała i kompletnie się zmieniła, ale w Edharze zawsze traktowano ją poważnie. Poznawaliśmy ją jako swojego rodzaju dziecięcą zabawę muzyczną.
W Orithenie znaleźli dla niej nowe zastosowanie i za jej pomocą próbowali rozwiązywać problemy — a właściwie jeden problem, którego natury na razie nie rozumiałem. Tak czy inaczej, brzmiała nieźle i wydała mi się bardziej melodyjna niż jej edharska odmiana, sprawdzająca się w przewidzianych dla niej zastosowaniach, ale z czysto muzycznego punktu widzenia bywała trudna do zaakceptowania. Spędziłem wśród oritheńczyków dość czasu, żeby ich posłuchać i oswoić się z ich muzyką, a podczas lotu do Tredegarha i późniejszej kwarantanny jedna melodia wprost nie dawała mi spokoju. Może jeśli zacznę ją śpiewać na głos, uda mi się wyśpiewać całość.
Gdy tylko dokonałem wyboru, od razu wydał mi się oczywisty, kiedy więc przyszła moja kolej, wyszedłem na środek prezbiterium i odśpiewałem swój kawałek swobodnie i bez wysiłku, nie nękany żadnymi wątpliwościami.
Przynajmniej dopóki nie było za późno: nie zdążyłem się dobrze rozpędzić, gdy szmer zaskoczenia przebiegł jak fala przez pierwsze rzędy słuchaczy w jednej z naw. Nie był głośny, ale też nie sposób było go z czymkolwiek pomylić. Odruchowo zerknąłem w kierunku, z którego dochodził, i niewiele brakowało, żebym się pogubił i zapomniał melodię. Szmer dobiegał z nawy tysięczników.
Czując, że pakuję się w kłopoty, zrobiłem to samo, co zrobiłby na moim miejscu każdy wystraszony fid: ukradkiem zerknąłem na hierarchów. Wpatrywali się we mnie. Większość miała szkliste, niewidzące spojrzenie, ale niektórzy pochylali się ku sobie i rozmawiali szeptem. Wśród tych ostatnich rozpoznałem starego znajomego — inkwizytora Varaksa.
W pewnym sensie ulżyło mi, kiedy uświadomiłem sobie, że jestem całkowicie bezradny: nie wiedziałem, jaki kosz z robactwem przewróciłem, ale nie mogłem już nic zmienić. Większość zebranych nie zauważyła w moim śpiewie niczego nadzwyczajnego i słuchała z uprzejmym zainteresowaniem, starałem się więc nie fałszować i skoncentrowałem się na końcówce. Kątem oka dostrzegłem jednak, że goście w przepaskach, którzy do tej pory nie zwracali uwagi na przebieg rytu, złamali szyk i ustawili się w taki sposób, żeby bez przeszkód mnie obserwować.
Skończyłem. Spodziewałem się, że zapadnie cisza, bo tak publiczność reagowała na dobrze odśpiewany kawałek, ale tysięcznicy w dalszym ciągu szeptali między sobą. Ba, miałem nawet wrażenie, że któryś z nich zaśpiewał coś w odpowiedzi! W rozległych połaciach ławek za pozostałymi ekranami fraa i suur również rozmawiali, nie dając się uciszyć.
Mężczyźni w przepaskach biodrowych wystąpili z własną pieśnią obliczeniową, w zupełnie obcej nam tonacji, która nadawała jej nadzwyczaj dziwaczne brzmienie. Trudno było uwierzyć, że struny głosowe są zdolne do wydawania takich dźwięków — miałem jednak wrażenie, że jako metoda obliczeniowa do złudzenia przypomina to, co ja zaśpiewałem. Na zakończenie brzuchacz odśpiewał kodę, w której (o ile dobrze zrozumiałem) stwierdzał, że ich pieśń wyraża ostatni etap obliczeń prowadzonych w jego zakonie bez przerwy od trzech tysięcy sześciuset lat.
Ostatni byli matarrhici: jeden z niewielu zakonów matemowych wierzących w Boga. Stanowili pozostałość po pewnym zakonie centenarystów, który tuż po Rekonstrukcji dostał setki. Narzucali zawoje na głowy, zasłaniając twarze; tylko na wysokości oczu mieli wszyte ażurowe ekrany. Odśpiewali żałobny tren, lament wyrażający żal po oderwaniu od łona macierzystego koncentu i ostrzeżenie (zbędne, moim zdaniem), że nie zamierzają przebywać wśród nas dłużej niż to konieczne. Wykonanie było bez zarzutu, uderzyła mnie jednak płaczliwa i nieuprzejma wymowa pieśni.
Nasze występy były przedostatnim punktem programu. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem, ale już wcześniej podczas rytu zostaliśmy oficjalnie wykreśleni z listy pielgrzymów i przyjęci na konwoks. Odnowiliśmy śluby. Do naszych macierzystych matemów posłano śmiesznie wyglądające dokumenty (spisane ręcznie na zwierzęcych skórach), zaświadczające, że dotarliśmy na miejsce. Pieśni stanowiły nasz pierwszy (na razie symboliczny) wkład w prace konwoksu. Teraz musieliśmy jeszcze tylko poczekać, aż wszyscy zebrani — tysiące ukrytych za ekranami uczestników konwoksu — wstaną i odśpiewają kantyk stwierdzający, że przyjmują nasze pieśni i nas samych. Zanim wybrzmiały ostatnie nuty, hierarchowie zaczęli wychodzić do nawy unarystów. My, nowo przyjęci, ruszyliśmy za nimi w takim samym porządku jak poprzednio. Szedłem na końcu. Weszliśmy (symbolicznie) przez Bramę Dzienną i przeznaczoną dla gości nawę jako sekularowie, teraz zaś, znowu jako deklaranci, przechodziliśmy wprost do matemu. Po zniknięciu hierarchów kantyk zaczął się rozłazić, a zanim ja przeszedłem przez próg, zostawiając za sobą puste prezbiterium, melodia rozpłynęła się w szuraniu stóp i szmerach rozmów. Konwoks opuszczał tum.