Wróciłem do świata matemowego, byłem oficjalnie odkażony, wolny i gotowy zająć się swoimi sprawami.
Trwało to jakieś dwie sekundy.
— Fraa Erasmasie! — zawołał ktoś takim tonem, jakby zamierzał mnie aresztować.
Zatrzymałem się. Stałem w nawie unarystów, gigantycznej i niewiarygodnie ozdobnej. Razem ze mną znajdowało się w niej ze dwustu deklarantów, a dalsze setki (w towarzystwie garstki sekularów) wlewały się do środka głównym wejściem i przemieszczały pospiesznie do przodu z zamiarem zajęcia najlepszych miejsc w pierwszych rzędach.
Przestrzeń między ławkami i ekranem, która powinna być pusta, żeby nic nie przeszkadzało w oglądaniu uroczystości w prezbiterium, była zagracona masą sekularnych sprzętów. Przy ekranie zbudowano rusztowanie z rur wykonanych z nowomaterii. Muskularni fidowie montowali na nim poziome platformy, tworząc scenę na podwyższeniu, dobrze widoczną nawet z ostatnich rzędów. Inni poluzowali liny i większość przestrzeni nad sceną wypełnił rozwinięty ekran projekcyjny, na którym na krótko pojawił się obraz kontrolny, zastąpiony po chwili przez nadawany na żywo obraz z wycelowanego w scenę szpilołapu. Włączyły się reflektory; świeciły oślepiającym blaskiem, jakby ostrzegały „pod żadnym pozorem nie patrzeć w tym kierunku”. Były zainstalowane na wysokich kratownicowych wieżach rozstawionych w różnych punktach nawy. Minęła mnie ubrana w zawój suur, mówiąca coś do mikrofonu przy bezprzewodowych słuchawkach.
Człowiek, który zawołał mnie po imieniu, okazał się młodym hierarchą, mający za zadanie doprowadzić mnie do niejakiego fraa Lodoghira: mężczyzny w szóstej lub siódmej dekadzie życia, ubranego w strój, który w drodze ewolucji oddalił się od mojego zawoju nie mniej niż udomowiony drób od prehistorycznych gadów.
— Fraa Ras, mój drogi młodzieńcze! — wykrzyknął fraa Lodoghir na mój widok, zanim młody hierarcha zdążył nas sobie oficjalnie przedstawić. — Nie masz pojęcia, jak wielką przyjemność sprawiłeś mi swoim śpiewem! Skąd znasz tę piosenkę? Usłyszałeś ją, podróżując po świecie?
— Dziękuję — odparłem. — Wpadła mi w ucho w Orithenie i nie dawała spokoju.
— Podobni do nas. Chociaż z początku wydali mi się zupełnie inni. Ale jak tak patrzę tutaj na deklarantów i widzę, jak bardzo różnią się między sobą…
— Wiem, co masz na myśli! Te dzikusy w przepaskach biodrowych… Z jakiego oni drzewa spadli?
Doszedłem do wniosku, że przyznanie się do tego, że fraa Lodoghir wydał mi się bardziej obcy niż „dzikusy w przepaskach biodrowych”, daleko mnie nie zaprowadzi. Skinąłem więc tylko głową.
— Wyjaśnił ci już ktoś, że będziesz gościem honorowym najbliższego plenum?
— Słyszałem o tym, ale nikt mi niczego nie wyjaśniał.
Mój sposób wysławiania się zbił go z tropu, ale tylko na chwilę.
— Wprowadzę cię. Będę twoim loktorem…
— Loktorem?
— InterLOKuTOREM! — wyjaśnił fraa Lodoghir, maskując nerwowym chichotem zniecierpliwienie. — Widzę, że w Edharze trzymacie się zasad wymowy. I dobrze, nie można łatwo odpuszczać! Ale powiedz mi… nadal mówicie „sawant” czy uprościliście sobie to do „saunta”, jak my wszyscy?
— Mówimy „saunt” — odparłem. Fraa Lodoghir gadał jak nakręcony. Nie czułem potrzeby wygłaszania dłuższych kwestii.
— Świetnie. Słuchaj, chodzi o to, że konwoks analizuje liczby, bada próbki, przegląda szpile z Nawiedzenia Oritheny, ale naturalnie wszyscy chętnie wysłuchaliby relacji naocznego świadka. Dlatego tu jesteś. Zamiast kłopotać cię przygotowaniem wykładu, zastosujemy format improwizowanego dialogu. Mam tu pytania… — Lodoghir zaszeleścił trzymanym w ręce plikiem kartek. — Większość zebrałem wśród uczestników konwoksu, ale dorzuciłem też kilka od siebie; chętnie ci je zadam, jeśli tylko wystarczy nam czasu.
Nasz dialog — a właściwie jego monolog — trwał, a plenum powoli nabierało kształtów. Suur w słuchawkach zagoniła nas na schodki, które już wcześniej podjechały na wyznaczone miejsce. Weszliśmy na scenę — ja pierwszy, fraa Lodoghir za mną. Do zawojów przypięto nam mikrofony. Na stoliku w głębi sceny pojawił się dzbanek z wodą i dwa kubki; poza tym scena była pusta. Nie wiedzieć czemu w ogóle nie czułem tremy i nie musiałem się zastanawiać nad tym, co powiem. Rozmyślałem o tej zabawnej konstrukcji, na którą wspięliśmy się z Lodoghirem: wycinku dwuwymiarowej płaszczyzny uwięzionym w przestrzennej kratownicy; nowoczesnej wersji Płaszczyzny, na której ethrascy teorowie prowadzili dialogi.
— Masz jakieś pytania, fraa Erasmasie? — zapytał mój loktor.
— Tak. Kim jesteś?
Posmutniał, ale nie na długo, bo już po chwili jego twarz stężała w wyrazie, który — jak widziałem, zerknąwszy na majaczący nad naszymi głowami olbrzymi ruchomy obraz — imponująco prezentował się na szpilu. Na pewno bardziej imponująco niż mój grymas.
— Pierwszym Wśród Równych kapituły centenarystów zakonu saunta Proca w Mucosterze.
— Wchodzicie na fonię… Już! — powiedział jakiś fraa i pstryknął przełącznikiem na przypiętym do mojego zawoju mikrofonie. To samo zrobił z mikrofonem fraa Lodoghira.
Lodoghir nalał sobie wody i pociągnął długi łyk, obserwując mnie spokojnie sponad krawędzi kubka. Ciekawiła go moja reakcja na fakt, że rozmawiam z najznamienitszym chyba proceńczykiem na świecie. Nie mam pojęcia, co wyczytał z mojej twarzy.
— Otwieram plenum — powiedział głosem, który nagle zabrzmiał oktawę niżej niż dotąd i wzmocniony poniósł się echem po nawie.
Widownia zaczęła się uspokajać. Lodoghir odczekał jeszcze chwilę, aż rozmowy ucichną i wszyscy zajmą miejsca. Nic nie widziałem: reflektory kompletnie mnie oślepiały i dla mnie fraa Lodoghir mógł być jedynym oprócz mnie człowiekiem na Arbre.
— Moim loktorem… — zaczął, ale jeszcze zawiesił głos, czekając na ciszę. — Moim loktorem jest Erasmas z kapituły decenarystów tak zwanego „zakonu edharskiego”, założonego w miejscu, które, o ile moje informacje są prawdziwe, nosi nazwę Koncentu Sawanta Edhara.
Niedorzecznie staromodna wymowa wywołała chichot w nawie.
— Chyba jednak nie masz najlepszych informacji… — odezwałem się, ale musiałem mieć źle ustawiony mikrofon, ponieważ mój głos wcale nie został wzmocniony.
Zresztą Lodoghir i tak nie dałby mi dojść do słowa.
— To ponoć wysoko w górach — ciągnął. — Powiedz mi… Nie marzniecie tam? Okrywacie się tylko prostymi zawojami, a klimat górski jest surowy…