Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Odkaszlnąłem.
— Dużo ludzi tak o nim mówi?
— Coraz mniej. Kiedy puścili nam szpil, to słowo cisnęło się nam na usta; zachowanie Orola tak bardzo przywodziło na myśl saunta, że nikt się nad tym nie zastanawiał. Ale potem niektórzy sobie to przemyśleli i pomału, jakoś tak od wczoraj, wycofują się.
— A co tu jest do przemyśliwania?
Jesry wzruszył ramionami i rozłożył ręce.
— Nie martw się, wiesz, jak jest. Nikt nie chce wychodzić przed szereg, żeby go nie nazwali entuzjastą. Proceńczycy w swoich dyskutach pewnie obmyślają nowe, radykalne interpretacje czynów Orola. Ale to naprawdę nieważne. Poświęcił życie, a my z szacunku dla niego powinniśmy dowiedzieć się jak najwięcej od tej nieżywej babeczki. I właśnie ci tłumaczę, że każde jądro atomowe w jej ciele, w śrucinach, które ma w bebechach, także w jej ubraniu, to nowomateria. To samo dotyczy pewnie całego dwudziestościanu.
— Dlatego krążące wokół tych jąder elektrony też zachowują się sprzecznie z naturą — dodałem. — Przez co lasery Geometrów emitują światło niewłaściwej barwy.
— Cała chemia opiera się na zachowaniu elektronów. Właśnie w ten sposób odkryliśmy nowomaterię: nukleosynteza dała nam do zabawy całkiem nowe pierwiastki i całkiem nową chemię.
— Na chemii opiera się funkcjonowanie żywych organizmów.
Jesry był z nas dwóch bystrzejszy i na pewno o tym wiedział, ale prawie nigdy tego nie okazywał. Bez względu na to, ile razy nie pojmowałem w lot jego wywodów, zawsze wierzył niezłomnie, że w końcu zrozumiem to, co on zrozumiał. Była to cudowna cecha charakteru — jedyna, jaką miał. Widziałem, że znów zmienił pozę: nachylił się w moją stronę, jakby moje słowa naprawdę go zainteresowały. Dawał mi w ten sposób do zrozumienia, że jestem na dobrym tropie.
— Nie porozumiemy się z Geometrami na poziomie chemicznym; ich bakterie i wirusy są dla nas niegroźne, ponieważ laser miał niewłaściwy kolor!
— Proste interakcje na pewno są możliwe. Elektron pozostaje elektronem, więc nasze atomy mogą się wiązać z ich atomami. Nie ma jednak mowy o skomplikowanej biochemii, na której opiera się funkcjonowanie drobnoustrojów.
— Geometrzy mogą wydawać dźwięki, które będą dla nas słyszalne; widzą światło odbite przez nasze ciała; mogą nawet zdzielić nas w nos.
— Albo zesztabować.
Pierwszy raz usłyszałem, żeby ktoś użył tego czasownika, ale domyśliłem się, że Jesry ma na myśli pocisk, który zdruzgotał Ecbę.
— Ale nie zarazić — powiedziałem.
— My im też nie możemy zaszkodzić. Z czasem zarazki na pewno wyewoluują do postaci pozwalającej im oddziaływać z oboma rodzajami materii i nasze ekosystemy się splotą, ale to potrwa. Tak to wygląda. A ty niedługo wyjdziesz z tego pudła.
— Czy Geometrzy mają wodę? Mają tlen?
— Ich wodór niczym się nie różni od naszego, a tlen jest wystarczająco podobny, żeby tworzyć z nim wodę, ale nie wiemy, czy moglibyśmy nim oddychać. Węgiel wygląda ciut inaczej. Przy metalach i innych cięższych pierwiastkach różnice są coraz wyraźniejsze.
— Co jeszcze wiesz o Geometrach?
— Mniej niż ty. Co Orolo robił w Orithenie?
— Prowadził badania, których do końca nie rozumiem.
— Spójne z polikosmiczną interpretacją ostatnich wydarzeń?
— W stu procentach.
— Opowiedz mi o nich.
— Boję się.
— Dlaczego?
— Boję się, że wyjdzie mi z tego bełkot.
Jesry nie odpowiedział. Miałem wrażenie, że przygląda mi się podejrzliwie z drugiej strony poliplastu. Prawdziwy powód mojej niechęci do opowiadania o Orolu był oczywiście inny: obawiałem się, że dalsza dyskusja doprowadzi nas wprost do inkanterów, a byłem prawie pewien, że jesteśmy obserwowani.
— Kiedy indziej — zaproponowałem. — Niech mi się trochę rozjaśni w głowie, pójdziemy na spacer… Pamiętasz, jak prowadziliśmy dialogi teoryczne w winnicy Orola?
Winnica Orola znajdowała się na południowym zboczu wzgórza, przez co należała do tych nielicznych części Edhara, które były niewidoczne z okien Regulatorki; zawsze tam chodziliśmy, kiedy planowaliśmy jakąś awanturę.
Jesry zrozumiał mnie i pokiwał głową.
— Jak się miewa Ala? — zapytałem.
— Dobrze. Ale nie wiem, kiedy się z tobą spotka, bo po naszym voco nawiązaliśmy romans.
Uszy mi się zapaliły, a na kręgosłupie wyrosły kolce. Tak się przynajmniej czułem, bo kiedy zerknąłem w lustro, wyglądałem zupełnie normalnie, może tylko odrobinę bardziej głupkowato niż zwykle. Wyżej zorganizowana i bardziej nowoczesna część mojego mózgu (czyli taka, która wykształciła się później niż przed pięcioma milionami lat) doszła do wniosku, że dobrze będzie podtrzymać rozmowę.
— Rozumiem — mruknąłem. — Dzięki, że mi powiedziałeś. Co teraz?
— Jak ją znam, będzie musiała podjąć jakąś decyzję. Dopóki tego nie zrobi, nie odezwie się pewnie do żadnego z nas.
Nie odpowiedziałem.
— Poza tym i tak jest zajęta — dodał Jesry.
Odniosłem wrażenie, że konwersacja mu się znudziła i ma mnie dość — ale nawet on wiedział, że nie może bezkarnie rzucić takiej bomby i po prostu sobie pójść. Dla zabicia czasu opowiedział mi więc o strukturze konwoksu i organizacji jego prac. Słuchałem go jednym uchem.
Przynajmniej zrozumiałem, dlaczego tak szybko przyszedł mnie odwiedzić: chciał mi przekazać tę nowinę, dopóki dzieli nas stalowa siatka. Spryciarz.
Znał mnie na wylot; wiedział, że przemyślę sprawę i zachowam się rozsądnie. No bo niby dlaczego nie mieliby nawiązać romansu? Przecież po powołaniu Ali ja też uznałem, że jestem wolny.
Inna sprawa, że niewiele mi z tego przyszło.
Zjadłem kawałek chleba.
Do mojej przyczepy weszło trzech deklarantów w baniastych kombinezonach: dwóch ukradło mi nową porcję krwi, a trzeci odczekał, aż złodzieje sobie pójdą, ściągnął hełm i rzucił go na podłogę. Włożył do środka rękawice. To była kobieta.
— Duszno — wyjaśniła, widząc, że się jej przyglądam. Przeczesała palcami włosy. — Suur Maroa, centenarystka, piąty odłam krakersów. Pochodzę z małego matemu, o którym nigdy nie słyszałeś. Mogę kawałek chleba?
— Nie boisz się zakażenia?
Spojrzała znacząco najpierw na hełm, potem na mnie.
Wydała mi się całkiem atrakcyjna, ale była ode mnie piętnaście lat starsza, a ja wiedziałem, że chwilowo nie mogę sobie zaufać. Całkiem możliwe, że pociągająca wydałaby mi się każda kobieta, która nie traktowałaby mnie jak nosiciela obcej zarazy.
Poczęstowałem ją chlebem.
— Co za paskudne miejsce! — powiedziała, rozglądając się po wnętrzu modułu. — Tak mieszkają statyści?
— Większość.
— Niedługo powinni cię wypuścić. — Wciągnęła powietrze przez nos, usiłując zanalizować dominujące w module zapachy. Z irytacją pokręciła głową. — Za dużo tych przemysłowych świństw… — mruknęła.
— Co cię sprowadza? Czym zajmują się krakersi z piątki? Przepraszam, chyba powinienem to wiedzieć…
— Dzięki. — Wzięła ode mnie chleb, przypadkiem muskając moją dłoń.
Odgryzła kawałek i zapatrzyła się w dal.
Po Rekonstrukcji wśród zwolenników Dyscypliny Krakerskiej wybuchły spory ideowe, które doprowadziły do podziałów i rozłamów, a te do kolejnych kłótni — tym razem o to, kto ma prawo używać nazwy Krakersi, Krakersi Zreformowani, Nowi Krakersi i tak dalej. Skończyło się na tym, że postanowili numerować kolejne frakcje. Wiedziałem, że doszli już do dwudziestu kilku, więc piąta musiała być dość stara i szanowana.