Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Godzinę później siedziałem w aeroplanie wiozącym mnie do Tredegarha.
Arsibalt pomału się uspokajał. Niepewnie, z drżeniem wciągnął powietrze.
— Wygląda na to, że pogodził się z losem.
— Chyba tak.
— Wiesz, dlaczego narysował na ziemi ten symbol? Analemmę? O co mu chodziło?
Nagle mnie olśniło.
— Zaraz! A skąd ty o tym wiesz? Pozwalają wam tu oglądać szpile?
Ucieszył się z pretekstu do małego wykładu, który dobrze mu zrobi.
— Zapomniałem — zaczął. — Przecież ty nic nie wiesz o konwoksie. Kiedy chcą nam wszystkim coś obwieścić, tak jak kiedy Jesry wrócił z kosmosu, zwołują tak zwane plenum. Odbywa się to w nawie unarystów, jedynym wnętrzu dostatecznie dużym, żeby pomieścić cały konwoks. Regulamin jest luźniejszy niż zazwyczaj, puszczają nam szpile. No, ale zmierzałem do tego, że po Nawiedzeniu Oritheny odbyło się całodzienne plenum. Bardzo przygnębiające.
— Nawiedzenie Oritheny? Tak to nazwali?
Widziałem, jak Arsibalt skinął głową. Poliplast zacierał szczegóły, ale odżyły we mnie obawy, że mój przyjaciel znów usiłuje zapuścić brodę.
— Spędziłem z Orolem kilka dni, zanim… zanim doszło do tego, co widzieliście na szpilu. No i widziałem oryginalną analemmę wykreśloną na posadzce świątyni.
— To musiało być coś! — zachwycił się Arsibalt.
— Nie przeczę. Zwłaszcza z perspektywy czasu, kiedy wiadomo, że tam nie wrócimy. A co do analemmy, którą Orolo wyrysował na plaży, to obawiam się, że nie mam żadnego pomysłu, co mogłaby…
— Co się stało? — spytał chwilę później Arsibalt, słysząc, że zawiesiłem głos.
— Coś mi się przypomniało… Coś, co powiedział Orolo, zanim włączyły się silniki kapsuły: „Odczytali moją analemmę”.
— Oni? Pewnie Geometrzy?
— Pewnie tak. Za dużo się wtedy działo, żebym mógł go zapytać, co ma na myśli.
— A potem było za późno.
Nie oswoiliśmy się ze śmiercią Orolo i za każdym razem, gdy wypływała w rozmowie, przez chwilę nie wiedzieliśmy, co powiedzieć.
— Na fototypie, który znaleźliśmy u niego w celi na ścianie, też była analemma — powiedziałem. — Ta starożytna.
— Tak, pamiętam.
— Można by pomyśleć, że traktował ją niemal jak symbol religijny. Tak jak niektóre arki traktują trójkąt.
— Ale to nie tłumaczy, co miał na myśli, mówiąc o jej „odczytaniu” przez Geometrów — zauważył Arsibalt.
Jeszcze przez chwilę łamaliśmy sobie nad tym głowy, ale nie poczyniliśmy żadnych postępów.
— No dobrze — powiedziałem w końcu. — Na tym plenum po powrocie Jesry’ego z kosmosu… widzieliście, co się stało z Niebiańskim Strażnikiem?
— A ty widziałeś?
Obaj umilkliśmy na dłuższą chwilę, jakby każdy czekał, aż ten drugi powie coś zabawnego i niestosownego. Wyglądało jednak na to, że ten czas jeszcze nie nadszedł.
— Co z resztą?
Arsibalt westchnął.
— Rzadko ich widuję. Zostaliśmy przydzieleni do różnych laboratoriów. W porze peryklinu panuje oczywiście chaos. Wybraliśmy też różne dyskuty.
Mogłem co najwyżej zgadywać, co chce przez to powiedzieć.
— Ale chyba wiesz, co u nich słychać?
— Powinieneś wiedzieć, że z Alą i Jesrym jest trochę inaczej.
— To znaczy?
— Zostali powołani wcześniej od nas. W pewnym sensie umarli, tak jak umierają wszyscy powołani, i musieli zacząć nowe życie. Niektórym od razu to podpasowało, inni z czasem się przyzwyczaili. A potem nagle okazało się, że będzie konwoks.
— I musieli urodzić się na nowo.
— No właśnie. Możesz się spodziewać pewnej… niezręczności, kiedy się spotkacie.
— Niezręczność! Ha, od razu czuję się jak w domu.
Zamiast się roześmiać, Arsibalt tylko odchrząknął.
— Niedługo cię wypuszczą — pocieszył mnie Jesry.
Wbrew przewidywaniom Arsibalta odwiedził mnie, zanim chleb zdążył ostygnąć. Przemówił z tak bezgraniczną pewnością siebie, jakby pierdział, a nie mówił.
— Na jakiej podstawie tak twierdzisz? — zapytałem.
— Lasery miały niewłaściwy kolor.
Powtórzyłem sobie to zdanie na głos, ale nadal nic z niego nie rozumiałem.
— Te, którymi oświetlili Nieskalane — „wyjaśnił” Jesry. — W noc, kiedy okazało się, że będzie konwoks.
— Świeciły na czerwono — powiedziałem.
Nie była to może najmądrzejsza z wypowiedzianych przeze mnie kwestii, ale próbowałem wybić luźne kawałki informacji z mózgu Jesry’ego, rzucając weń kamieniami.
— W Tredegarhu są tacy, którzy znają się na laserach, i oni od razu się zorientowali, że coś jest nie tak. Czerwony laser można zbudować na bazie pewnych mieszanek gazowych, których liczba jest skończona. Z każdego ośrodka czynnego uzyskuje się inną długość fali. Specjalista potrafi po kolorze światła rozpoznać użyty gaz, ale lasera Geometrów nie rozpoznał nikt.
— Nie rozumiem, co to ma…
— Na szczęście pewien kosmograf z Rambalfa wykazał się przytomnością umysłu i zarejestrował to światło na tabliczce fotomnemonicznej. Dzięki temu znamy dokładną długość fali. Potwierdzono już, że nie odpowiada ona żadnym naturalnie występującym liniom widma.
— Przecież to bez sensu! Długości fal wylicza się z podstawowych praw kwantowych, które rządzą całym wszechświatem!
— A co powiesz o nowomaterii?
— Hmm…
Jeżeli zmieni się skład jądra atomowego, zmienią się również trajektorie okrążających je elektronów. Światło lasera jest wynikiem przejścia elektronu z orbity o wyższej energii na orbitę o niższej energii. Różnica tych poziomów określa długość fali, czyli kolor światła.
— Lasery wykorzystujące nowomaterię jako ośrodek czynny emitują światło w kolorach niewystępujących w naturze — powiedziałem.
Jesry milczał. Czekał, aż sam zrobię następny krok.
— Geometrzy mają nowomaterię — ciągnąłem. — I użyli jej do budowy lasera.
Przestąpił z nogi na nogę, coś się zmieniło w jego pozie (przez poliplast i tak niczego więcej nie widziałem) — i zorientowałem się, że się ze mną nie zgadza. Ale przynajmniej tym razem wiedziałem dlaczego.
— A zarazem wcale jej nie mają — mówiłem dalej. — Nie używają jej. Miałem w rękach ich spadochron, linki, widziałem właz… Nic nadzwyczajnego: wszystko ciężkie i mało wytrzymałe.
Jesry skinął głową.
— Nie wiesz jednego, do niedawna nikt z nas tego nie wiedział, bo wyszło to na jaw dopiero przed paroma godzinami: sonda była wykonana w całości z nowomaterii. Całą kapsułę i wszystko, co zawierała, nazwalibyśmy nowomaterią, w tym sensie, że budowa jej jąder atomowych jest sprzeczna z naturą. Przynajmniej w naszym wszechświecie.
— Ale przecież większość kapsuły została zniszczona, a na pewno pogrzebana pod hałdami popiołu!
— Oritheńczycy i twoi przyjaciele zabrali z wyspy trochę szczątków. Mamy jedną z tych płytek, pod którymi znajdowały się uchwyty włazu, mamy śruby, które Cord schowała do kieszeni, są strzępy spadochronu, kawałki linek, pudełko z próbkami krwi… No i dzięki sauntowi Orolowi mamy zwłoki kobiety, której ktoś strzelił w plecy.
Niewiele brakowało, żebym to przegapił. Do tej pory ani słowem nie zająknął się o Orolu i tylko pewne niuanse jego głosu i pozy podpowiadały mi, że jest pogrążony w żałobie — ale wyłącznie dzięki temu, że znałem go całe życie. Wiedziałem, że przez bardzo długi czas będzie opłakiwał Orola na swój zabawny, ukradkowy sposób.