Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Luka poczuł, jak udziela mu się podniecenie zgromadzonych mężczyzn. Nieudany atak na Pomwe już się nie liczył wobec perspektywy nadchodzącej, decydującej bitwy. Gdy ją wygrają, będzie po wszystkim. Nie oprze się im nikt i nic na Południu.
— Dobra, Pore, złaź. Teraz ja. — Kahel-saw-Kirhu wskoczył na stół, rozejrzał się. — Słyszeliście? Mieliśmy w planach zdobyć Pomwe i dopiero wtedy rozprawić się z Panią Oka, ale plany możemy zmienić. Najpierw konowerska armia, potem miasto. A skoro ja nadal dowodzę, to rozkazy będą takie: pułki Lisa, Wilka, Wyżła i Rosomaka wyruszą w ciągu godziny, razem z jazdą Pore. Zabierzecie też trzecią część lekkozbrojnych i pieszych zwiadowców. Idziecie jako awangarda. Podjazdy Słowików zapuszczają się dość daleko przed główną armię, zepchniecie je w tył.
— Będą wiedzieć, że nadchodzimy — odezwał się Rambe-lah-Drum, nowy pułkownik Rosomaków.
— I tak się tego dowiedzą. Ale nie chcę, żeby od razu się zorientowali, ilu nas jest. Obserwowałem, jak działa ta ich Pani Oka. Jest ostrożna. Bynajmniej nie głupia. Za kilka godzin nadejdzie zmrok, a ona nie zaryzykuje nocnej bitwy z nieznanymi siłami, więc poczeka do rana, żeby nas policzyć. A do rana będziemy już na pozycjach, okopiemy się i zmusimy ją do walki na naszych warunkach. Pułki Orła, Jastrzębia, Jenota, Szakala, Rysia i Lwa ruszą za trzy godziny, tak żeby noc ukryła nasz marsz. Razem z nimi pójdzie reszta lekkiej piechoty i tabor. — Zwrócił się do Oluwera — ile możesz wydzielić wozów?
— Bojowych? Trzysta. I jeszcze dwieście wzmocnionych na tyle, żeby stanąć w drugiej linii. Koni mamy mało.
— Bierzemy, ile jest. Pułki Dzika, Żubra, Łosia i Tura pójdą w tylnej straży. Pore przydzieli im setkę konnych gońców. Nie chcę żadnych niespodzianek.
Luka liczył ze zmarszczonymi brwiami. Cztery pułki przodem, sześć w środku i cztery z tyłu. Czternaście z szesnastu, które z takim trudem wystawili, i to te najmniej okrwawione, z tego co się orientował. Do tego cała jazda, cały tabor i prawie wszyscy lekkozbrojni.
— To kto zostaje pod miastem?
Zadał to pytanie jednocześnie z kilkoma innymi żołnierzami. Kahel-saw-Kirhu pokiwał głową.
— Łasice i Krogulce. Ranni. Kobiety i dzieci. Oraz prawie wszystkie oddziały z czarnych równin. Nie pójdą z nami.
Setka par oczu wlepiła się we wciąż stojących nieruchomo Uware Lwa i Demenayę. Luka widział, jak brzydkie, parszywe słowo „zdrada” próbuje się wyrwać z kilku ust.
— Zanim ktoś powie coś głupiego — dowódca powstańców posłał zebranym chłodny uśmiech — odezwę się ja. Wszyscy wiedzieliśmy, że niewolnicy z czarnych równin nie pójdą z nami na wschód. Walczyli dzielnie, odważnie jak cholera, a teraz mają bliżej do domu niż my. A w ostatnim ataku na mury Uawari Nahs stracili piątą część wojowników. Zabitych i rannych. Ktoś chce, żeby zapłacili większą daninę krwi? Ktoś nazwie ich tchórzami?
Odpowiedziała mu cisza.
— Tak sądziłem. Zostaną pod miastem, żeby go dopilnować, zanim nie wrócimy. Żeby nam wojsko z Pomwe nie wbiło noża w plecy. To więcej, niż moglibyśmy prosić. Zrozumiano?
Owszem, to Luka mógł zrozumieć. Inni też. Razem z pułkiem Łasicy i Krogulca pod miastem zostanie kilkanaście tysięcy powstańców zdolnych do walki. Dość, by utrzymać oblężenie.
Kościsty oficer, pułkownik, sądząc po zielonym karwaszu, uniósł rękę.
— Powiedziałeś: prawie czy się przesłyszałem?
Uware Lew posłał mu olśniewający uśmiech.
— Wezmę pięciuset wojowników i pójdziemy z wami. Szkoda byłoby przegapić taką zabawę.
Kilku ze zgromadzonych gwizdnęło cicho, kilku z największych krzykaczy spuściło wzrok. To zamykało temat.
— Dobra. — Kahel-saw-Kirhu zeskoczył ze stołu. — Ustawić się po rozkazy. Najpierw oficerowie straży przedniej. Potem reszta. Do roboty!
* * *
Luka nie czekał na szczegóły, zresztą czym innym było stanąć w takim tłumie, a czym innym zostać przy stole z zaledwie kilkoma oficerami. Wymknął się nie niepokojony przez wartowników i wrócił do lazaretu.
Ciekawiło go, ile Koło zrozumie z całej tej opowieści.
Zrozumiała jedno. Chyba najważniejsze.
— Znowu będą krwawić. I płakać. Wszyscy będą płakać, Luka. Wszyscy.
Pojedyncza łza spłynęła jej po lewym policzku.
Interludium
Zbliżali się do tego dziwnego statku. Czuł go. Czarny okręt znajdował się mniej niż dziesięć mil przed nimi i gdyby nie mgła, która znów snuła się nad falami, pewnie już by go widzieli. Podobno taki sam tuman mgły otaczał statek, gdy podchodziła do niego Górska Straż, jednak Altsin wolał myśleć, że te białe kłęby są naturalnym zjawiskiem, a nie zapowiedzią kolejnego starcia z Panią Lodu, bo w tej skórzanej łupince nie mieliby szans przeżyć. Po prostu, pocieszał się, masa ciepłej wody wpływająca na ocean Północy rodzi mgłę w kontakcie z zimnym powietrzem.
Na razie jednak nie czuł żadnych zaburzeń w okolicznej Mocy. Najmniejszych. Co, uwzględniając fakt, że najpewniej zbliżali się do jednej z najpotężniejszych istot, jakie kiedykolwiek pływały po morzach świata, było jednak niepokojące.
Ale złodziej nie zdradzał swoich podejrzeń obu żołnierzom. Jodła ocknął się zaraz po wschodzie słońca, tak jak przewidywał jego towarzysz – spragniony i głodny. Na szczęście okazał się osobnikiem cichym i małomównym. Ubrał się, ze spokojem przyjął krótkie streszczenie bajeczki Altsina i w kilku słowach podziękował za ratunek.
To dobrze, bo głód i wyczerpanie wpędzały Altsina w paskudny nastrój. Wodę mogli uzyskać, topiąc kawałki lodu, ale z jedzeniem było gorzej; złodziej już kilka razy przyłapywał się na tym, że zastanawia się, jak smakuje rzemienna lina.
Robił się naprawdę poirytowany.
Obaj żołnierze przydali się w zupełnie nieoczekiwany sposób. Gdy Altsin czuł, że znów kręci mu się w głowie, a koncentrowanie się na wzmacnianiu wiatru zaraz pozbawi go przytomności, Gessen kazał mu siadać i odpoczywać, a sam z Jodłą sięgał po wiosła. I wiosłowali, czerpiąc siły, bogowie raczyli wiedzieć skąd. Dzięki temu na kilka godzin przed zmierzchem wpłynęli we mgłę, a po kolejnej godzinie po raz pierwszy ujrzeli wyłaniający się z mlecznej szarości zarys olbrzymiego kadłuba.